< - realizacje krajowe | realizacje zagraniczne ->

 

 

Teatr Miejski im. W. Gombrowicza w Gdyni

Samuel Beckett

Ostatnia taśma Krappa

 

Obsada:

Krapp - Krzysztof Kujawski


Premiera: 27.03.2010

 

Młodość nie umiera

"Ostatnia taśma" Becketta w reżyserii Katarzyny Deszcz to jedna z tych sztuk, które pozostawiają po sobie smutną zadumę. Nad starością? Pewnością przemijania? Ciężarem śmierci pod jakim uginają się barki starca - jedynego bohatera tej melancholijnej opowieści.
Sensem dramatu pozostaje konfrontacja teraźniejszego życia 70-latka z pozostałością jego wspomnień sprzed 30 lat. Pamięci ułatwia zadanie taśma z nagraniem, podczas którego kończący 39 lat bohater dokonuje swoistego remanentu doświadczeń – głównie w dziedzinie miłości. Monolog bohatera sprzed ponad ćwierć wieku irytuje, chwilami trapi jego samego. Uśmiech pojawia się rzadko – jedynie przypomnienie rozkoszy smaku, jakiej oddawał się konsumując egzotyczny owoc budzi jego zadowolenie.

Jeszcze nie nadszarpnięty, choć już dojrzały glos 39-latka przypomina o miłosnych uniesieniach, flirtach, rozstaniach, romantycznych spotkaniach podczas porannej mgły – „banalnie i głupio!”, ryknąłby starszy o kilkadziesiąt lat. Obecna bowiem chwila w niczym nie przypomina czasów młodości – wypełniona jest ciszą, ociężałym szuraniem kapci i autorefleksją w otoczeniu nadwyrężonej czasem scenografii „własnego kąta”.

Sztukę można obejrzeć z przekonaniem, iż nikt inny nie zagrałby lepiej roli starca, aniżeli Eugeniusz K. Kujawski – dla mnie autorytet na Trójmiejskiej scenie. Wiarygodność zagranej przez Pana Kujawskiego postaci zminimalizowała do rozmiarów subtelnych granicę między rzeczywistością a fikcją tejże sztuki. Dodatkowym stymulantem takiej właśnie reakcji pozostaje sama fabuła, która bardzo dobrze pasuje do sytuacji człowieka zakłopotanego nagle własnym wiekiem.

Chyba zaskoczeniem pozostaje czas trwania spektaklu – niewiele ponad lekcyjną godzinę. Wystarczająco, aby przekonać a jednocześnie nie znudzić opowieścią o psychicznym dyskomforcie, jaki funduje starość i syndromie mniej lub bardziej świadomego oczekiwania na śmierć ujawniającego się pod postacią retrospekcji. Słuszny również jest wybór elementów scenograficznych: stół, lampa bijąca bladym światłem, pare taśm, w szufladzie żółty owoc. Więcej dekoracji mogłoby zakłócić coś, co bliskie temu mężczyźnie – samotność i smutek.

Kończąc, dodam jedynie, że wbrew przypuszczeniom na temat przygnębiającego charakteru spektaklu (choć taki on jest), można odnaleźć w nim aspekty, które cieszą, podtrzymują na duchu. Choćby to, że młodość do końca nigdy nie umiera - ukryta w detalach starczego
życia, bądź co bądź przypomina o sobie czasami. Gorzej, gdy nie ma się o czym pamiętać.

 

Justyna Jazgarska
Dziennik Teatralny Trójmiasto
01 kwietnia 2010