< - realizacje krajowe | realizacje zagraniczne ->

 

 

Teatr Powszechny, Radom

Martin McDonagh

Jednoręki ze Spokane

 

Scenografia: Andrzej Sadowski

 

Udział biorą:

Karolina Michalik, Marek Braun, Janusz Łaodziński, Wojciech Wachuda

 

Premiera: 14.05.2011

Link do strony teatru >> Jednoręki ze Spokane


 

Fruwające po scenie dłonie, absurd i patologia, to główne cechy sztuki "Jednoręki ze Spokane” Martina McDonagha zaprezentowanej w sobotę w Teatrze Powszechnym. No i słowa na k, p, j i ch płynące potokiem. Czy nie za dużo jak na bogobojny Radom

Ale przecież obskurny hotelowy pokój, w którym rozgrywa się akcja sztuki, to patologia. Złachmaniony Carmichael potrząsający kikutem bez dłoni, niezupełnie normalny i jeszcze kochający małpę, recepcjonista Mervyn, a także para handlarzy narkotyków to przecież nie są bohaterowie z naszego świata.
Tak misternie i tak klarownie poplątać ich losy może tylko autor tak utalentowany, jak McDonagh.
W tym jednym, brzydkim hotelowym pokoju (scenografia Andrzej Sadowski), dzieją się rzeczy zapierające dech w piersiach. Reżyser, Katarzyna Deszcz, zrobiła spektakl emocjonujący, zwarty i pełen napięcia. Zastrzeli, nie zastrzeli? Podpali - nie podpali…? Wybuchnie benzyna czy nie?...Przekleństwa padają ze sceny jak groch.
Czwórka klnących, nieszczęśliwych, popapranych życiowo bohaterów grana jest koncertowo.
Carmichael Janusza Łagodzińskiego to genialne studium chorego psychicznie człowieka, którego życie sprowadza się do szukania dłoni, odciętej prawdopodobnie przez siebie samego. Końcowa scena telefonicznej rozmowy Carmichaela z matką to tylko jeden z przykładów wspaniałej gry Łagodzińskiego.
Drugi popis daje Marek Braun jako recepcjonista Mervyn. Ma równie wspaniałe momenty: kiedy ćwiczy jako kulturysta, kiedy nieruchomieje w rozmowach, kiedy działa w zwolnionym tempie zamiast zgasić płonącą świeczkę. Jego opowieść o miłości do małpy (gibonki), która zmarła, porusza. Ta rola to majstersztyk młodego aktora.
Coraz nam bliżsi w miarę rozwoju akcji stają się dilerzy. Wojciech Wachuda – Toby i Karolina Michalik – Marilyn działający najpierw na zasadzie "wszystko dla forsy” przeżywają wstrząs zetknąwszy się z dewiantami. Czy po cudownym ocaleniu od śmierci staną się lepsi? Wciąż płaczący Toby rokuje nadzieje.Wojciech Wachuda, Janusz Łagodziński, Karolina Michalik i Marek Braun dziękują raz jeszcze za oklaski (Barbara Koś)
Profesjonalnie więc przedstawienie jest wspaniałe. A jednak przy wyjściu dyskutuje się tylko o wulgaryzmach.
Trudno tu mieć pretensje do autora – Martin McDonagh to przecież najwyższa, światowa półka. Lub do reżysera - Katarzyna Deszcz to też osoba z dobrej półki.
Lecz fakt, że wulgaryzmów jest w nadmiarze. Oglądane już w Radomiu sztuki McDonagha: ”Królowa piękności z Leenane” i "Porucznik z Inishmore” nie wzbudzały aż takiego sprzeciwu.
Premiera "Jednorękiego ze Spokane” odbyła się w roku 2010 na Broadwayu. A więc to sztuka całkiem świeża. Czyżby McDonagh piszący swe sztuki o ludziach pogubionych i pokaleczonych postrzegał świat w coraz czarniejszym kolorze?

Barbara Koś / Echo Radomia

 


Kiedy zaczyna się rzeczywistość

Poobcinane ludzkie dłonie, ludzie przykuci do kaloryfera, podpalony kanister z benzyną... Nie, bynajmniej nie opowiadam o najnowszym filmie grozy. Wtedy bowiem nie mielibyście Państwo szansy na salwy śmiechu, a to właśnie one powinny się znaleźć na samym początku tej wyliczanki. Wszystko razem, kompletne o ten najważniejszy element, może stanowić reklamową zapowiedź najnowszej sztuki Teatru Powszechnego w Radomiu - polskiej prapremiery "Jednorękiego ze Spokane" Martina McDonagha w reżyserii Katarzyny Deszcz
Jak przystało na twórczość McDonagha fabuła sztuki od samego początku nasączona jest groteską i humorem, o którym można powiedzieć co najmniej „specyficzny”. Carmichael (Janusz Łagodziński) – tytułowy Jednoręki – od 27 lat żyje w ciągłym pościgu za utraconą w dzieciństwie dłonią. Od czasu, jak banda wyrostków zmusiła go do położenia lewej ręki pod przejeżdżający pociąg, wędruje od jednego człowieka do drugiego, wciąż mając nadzieję, że odnajdzie zaginiony fragment własnego ciała. W swoich poszukiwaniach trafia w końcu do zapyziałego hotelu przy jednej z amerykańskich autostrad. To tutaj spotka pozostałych bohaterów spektaklu – zdziwaczałego recepcjonistę Mervyna (Marek Braun) oraz parę dilerów marihuany: Toby’ego (Wojciech Wachuda) i jego dziewczynę Marilyn (Karolina Michalik), którzy  zaoferowali się – oczywiście za odpowiednią sumę pieniędzy – dostarczyć kalece jego dłoń. Jednak Carmichael, notorycznie oszukiwany przez poprzednich handlarzy „ludzkim materiałem”, tym razem także zaczyna węszyć podstęp. A to dla młodej pary oznacza nie lada kłopoty…

Wszyscy bohaterowie tego spektaklu to postaci w jakiś sposób skrzywione, okaleczone nie tyle w sensie fizycznym, co przede wszystkim psychicznym. Prym w tym „gabinecie osobliwości” wiedzie oczywiście Jednoręki. Sfiksowany na punkcie utraconej dłoni i bezwzględny w swoich dążeniach, nie zawaha się przed niczym, byleby tylko odzyskać „zgubę”. Mimo zamierzonej karykaturalności, postać Jednorękiego poprzez swoje rozbicie, psychiczną i fizyczną defragmentację tchnie głębokim tragizmem. Emocjonalny bagaż, z jakim musi się zmagać ten bohater, został w spektaklu Katarzyny Deszcz zobrazowany przez walizkę pełną odciętych dłoni. Kolejnym indywiduum jest Mervyn, którego życie zawieszone jest pomiędzy dziwaczną fascynacją gibbonami a  marzeniami o tym, że w jego hotelu wreszcie coś się wydarzy. Trochę bliżej do „normalności” jest już być może parze dilerów, ale oni także borykają z własnymi problemami i traumami. Toby musi żyć w ciągłym poczuciu inności, ze względu na inny kolor skóry. Marilyn – z ubioru dziewczyna pokroju „lalek Barbie”, z przekonań naiwna hippiska – nie ma w pełni ukonstytuowanej tożsamości, niejako sama przechodzi na stronę „inności”, związując się z Toby’m i ostentacyjnie broniąc wszelkich mniejszości. Oboje pragną lepszego życia, do którego dostęp mogą im dać przede wszystkim pieniądze, uzyskane w obojętnie jaki sposób.

Chociaż „Jednoręki ze Spokane” niewątpliwie ociera się o cały szereg problemów, jak chociażby kwestie rasizmu, identyfikacji z własnym ciałem czy stereotypów płciowych, to przede wszystkim zdaje się pokazywać tkwiące w każdym człowieku pragnienie życiowego celu, czegoś, co byłoby w stanie nadać sens jego egzystencji. Na tej płaszczyźnie Jednoręki i recepcjonista Mervyn jawią się praktycznie jako dwa przeciwstawne bieguny. Carmichael całe swoje życie podporządkował obsesyjnym poszukiwaniom. W tej irracjonalnej wędrówce nie tylko los innych przestał mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie, ale także jego własne życie zostało zawężone do pogoni za wymuszonym fantazmatem. Przeciwnie Mervyn – ten żyje w całkowitej stagnacji, chorobliwym odrętwieniu, z którego sam nie potrafi znaleźć wyjścia. Wciąż czeka aż coś się wydarzy. I niech by to było cokolwiek, byleby tylko przerwało monotonię, pozwoliło odmienić los i dało szansę, by z niezbyt rozgarniętego recepcjonisty przekształcić się w super-bohatera. W przypadku tej postaci potrzeba zaistnienia „życiowej treści” jest tak wielka, że zaczyna się w nim wytwarzać specyficzne pragnienie zagłady. Dlatego wbrew wszelkim objawom zdrowego rozsądku Mervyn nie stara się trzymać jak najdalej od Jednorękiego, lecz lgnie do niego z dziecinną wprost fascynacją.

Niewątpliwie największymi atutami „Jednorękiego…” są błyskotliwe dialogi i oczywiście niepowtarzalny humor, jaki cechuje McDonagha. Nie dziwi więc fakt, że inscenizacja Teatru Powszechnego w Radomiu jest w znacznej mierze spektaklem aktorskim. Tak specyficzna sztuka jaką jest „Jednoręki ze Spokane” niewątpliwie wymaga dostosowania się aktorów do jej szczególnej konwencji i wyczucia reakcji publiczności, która także ową konwencję powinna zaakceptować. W przypadku inscenizacji Katarzyny Deszcz w zasadzie się to udaje i zarówno publiczność jak i aktorzy niemal od pierwszych chwil przedstawienia nadają i odbierają na podobnych falach. Dlatego spektakl wymaga sprawnego warsztatowo aktorstwa i jak to w komediach bywa nie znosi fałszu ani scenicznej nieszczerości. Reżyserka dokonała trafnego wyboru obsady, narzuciła spore, konieczne przy takim charakterze sztuki, tempo, ale przede wszystkim jednak pilnowała dyscypliny i konsekwentnej realizacji klimatu absurdu.

Na scenie nieomal zachwyca Janusz Łagodziński, który w swojej roli potrafił zawrzeć jednocześnie zimny spokój i szaleństwo, melancholię i gniew, a nawet jak w mistrzowskiej scenie rozmowy z matką - czułość i furię. Bardzo interesująco partneruje mu Wojciech Wachuda jako Toby, który także nie gubi nigdzie po drodze tego, co u McDonagha najistotniejsze – owego specyficznego poczucia humoru, w którym brutalność nie tylko nie przeraża, ale wręcz powoduje niezwykłą sympatię do bohaterów.

Katarzynie Deszcz udało się stworzyć spektakl, który jest swoistym koktajlem, gdzie znalazło się miejsce zarówno dla groteski, czarnej komedii, jak i dla wątków sensacyjnych czy dramatu psychologicznego. Co więcej: jest to spektakl, który w sposób świadomy żongluje tymi konwencjami. W związku z tym możemy w „Jednorękim...” zobaczyć typowe klisze gatunkowe, ukazane tym razem w krzywym zwierciadle, przerysowanie doprowadzone do absurdu, które sprawia, że to, co mogłoby się wydawać przerażające, okazuje się przerażająco… śmieszne.

Jednak makabryczne sceny, nasycenie wulgaryzmami i ów humor absurdu sprawiają, że radomski „Jednoręki…” nie jest spektaklem dla każdego. Z pewnością znajdą się osoby, których konwencja i język mogą po prostu razić. Ale jakiekolwiek próby złagodzenia treści w przypadku twórczości McDonagha byłyby po prostu wyjałowieniem i pozbawieniem najważniejszych atrybutów.

Niech więc „Jednoręki ze Spokane” pozostanie taki jaki jest: pikantny, przesadnie wulgarny, z dawką radykalnej głupoty, emanujący przeraźliwą agresją, a jednocześnie śmieszny, bliski i w gruncie rzeczy dość swojski, bo odnajdujemy w nim spory ładunek naszej codzienności. Ta ostatnia refleksja ogarnia nas jednak nieco później, kiedy spektakl się kończy i opuszczamy już widownię. Kiedy trwa - jest wesoło, ale kiedy dobiega końca i zaczyna się rzeczywistość - staje się straszny a nawet przerażający. I myślę, że właśnie to jest istotą sukcesu radomskiej inscenizacji.
Magdalena Iwańska / Dziennik Teatralny 18 maja 2011


 

Bóle fantomowe

Chyba każdy z nas odczuwa czasem przemożną chęć posiadania czegoś. Lub odzyskania tego, co do nas niegdyś należało. Tęsknimy, poszukujemy, cierpimy, dręczą nas bóle fantomowe, jak po odcięciu kończyny. Ten problem dotyka dosłownie tajemniczego Carmichaela - tytułowego bohatera dramatu Martina McDonagha "Jednoręki ze Spokane".
Jednorękiego (Janusz Łagodziński) poznajemy w dość obskurnym pokoju hotelowym, który mógłby mieścić się wszędzie i nigdzie zarazem. Jego image przywodzi na myśl samotnego mrocznego podróżnika pozbawionego miejsca stałego pobytu. Ma w sobie coś z kowboja i coś z harleyowca. Jak się wkrótce okazuje, to mężczyzna z ponurą przeszłością: od 27 lat poszukuje brutalnie odciętej swojej lewej dłoni. Na oprawcach już dawno się zemścił, teraz przemierza kraj w poszukiwaniu utraconej kończyny. Okrutny i bezwzględny sprawdza kolejne tropy, które mogą doprowadzić go do odnalezienia tego, co niegdyś było integralną częścią jego ciała. W pojemnej walizce kolekcjonuje odcięte kończyny. Nie wiadomo, czy to owoc chybionych transakcji, czy zemsty.
W niewielkim pokoju hotelowym wkrótce pojawiają się kolejne, równie barwne postacie: para drobnych dilerów marihuany - Marylin (Karolina Michalik) i Toby (Wojciech Wachuda) oraz osobliwy recepcjonista Mervin (Marek Braun).
Fabuła się zagęszcza, akcja toczy wartko. Bohaterowie nie przebierają w słowach i czynach. Jednoręki terroryzuje wszystkich wymierzonym w skroń pistoletem, przykuwa parę kajdankami do kaloryfera, oblewa benzyną, montuje niebezpieczny zapalnik. Targa nim ogromne poczucie krzywdy, straty, nienawiść do oprawców, złość na wszystkich, którzy chcą go oszukać i odwlec w czasie ponowne zjednoczenie się z utraconą tragicznie dłonią.
Każdy z bohaterów ma jakieś pragnienie. Marylin i Toby wchodzą w ryzykowny interes z Jednorękim, bo chcą dzięki zarobionym pieniądzom choć na chwilę odmieć swój los, wyrwać się z nudy małego miasteczka, zabawić. Recepcjonista marzy o przygodzie, o niebezpiecznej akcji, która rozproszy marazm i bylejakość. Mervin ma również swój sekret, tęskni do małpy, do gibona, którego obserwował w zoo podczas jednego ze swych narkotycznych tripów.
Genialne, błyskotliwe dialogi i monologi słusznie przywodzą na myśl mistrza filmowej ciętej riposty Quentina Tarantino. Miłośnicy komedii gangsterskiej odnajdą w fabule i ekstraordynaryjnych postaciach również sznyt Guya Ritchiego. W dialogach i postawach bohaterów króluje popkulturowy egzystencjalizm. Nie brak też przerysowanego stosunku do homofobii i rasizmu, z którego McDonagh kpi wkładając w usta bohaterów obraźliwe epitety. Wszystkie te elementy składają się na obraz zaściankowego sposobu myślenia, społeczeństwa prowincji mentalnej, uniwersalnej, bez narodowej czy geograficznej przynależności.
Irlandzki dramaturg Martin McDonagh przewrotnie steruje sympatiami widza, bo choć każda z postaci ma w sobie coś z psychopaty, czarny humor oswaja grozę i łagodzi powagę sytuacji.
W telefonicznych rozmowach pojawia się również szalona matka Carmichaela - staruszka, która w obawie przed spekulacjami sąsiadów wdrapuje się na drzewo, by dosięgnąć zaczepiony balonik. Kobieta wskutek upadku odnosi dotkliwe obrażenia, ale wzbrania się przed wezwaniem pogotowia, bo pragnie ukryć przed wszystkimi skrzynię pełną pornograficznych pism syna. Absurd sięga zenitu, gdy po jej rasistowskich uwagach pod adresem więzionego Toby'ego Jednoręki zmienia zdanie i postanawia uwolnić parę nieszczęsnych dilerów.
Reżyserka przedstawienia, Katarzyna Deszcz, w mistrzowski sposób przeniosła na scenę żonglowanie konwencjami, jakie uprawia irlandzki dramaturg. Żywiołowa i niezwykle emocjonalna gra każdego z aktorów nie pozwala się nudzić ani przez chwilę. Postacie są charakterystyczne, mięsiste, co nadaje sztuce wielkiej plastyczności. Mamy więc okazję doświadczyć bezpardonowego pomieszania komedii z kryminałem i dramatem. Bo choć komizm postaci, sytuacji i języka bawi, pozostaje świadomość jednostkowych, małych i większych dramatów i traum bohaterów, z których każdy pragnie odmiany.
W wielu wywiadach, jakich udzielała Katarzyna Deszcz przed i po premierze podkreślała, że zależało jej na tym, by widz mógł w postępowaniu bohaterów "Jędnorękiego" dostrzec swoje własne zachowania, postawy, lęki i marzenia. Udało się, bo przecież każdy z nas czeka na coś, co odmieni los, rozpryśnie nudę i schematyczność, przeniesie do lepszego życia. W każdym z nas toczy się codziennie walka jasnej strony z tą ciemniejszą, ponurą, nieoswojoną.
W "Poduszycielu", innej świetnej sztuce Martina McDonagha pada stwierdzenie, że historia, nieważne, jak dramatyczna i brutalna, powinna mieć modnie dołujący koniec. Tak jest i w przypadku "Jednorękiego ze Spokane". Po rozmowie z niejednoznacznie rezolutnym Mervinem Carmichael siada zrezygnowany na łóżku, kładzie na kolanie jedną z dłoni z walizki, makabrycznie klaszcze i ...
Katarzyna M. Wiśniewska / Gazeta Wyborcza - Radom online
/ 17-05-2011


 

Mam Was w garści. Ale kto?
"Jednoręki ze Spokane" zagrał w polskiej prapremierze w Teatrze Powszechnym w Radomiu. Sztuka irlandzkiego autora Martina McDonagha jest oparta na nieskomplikowanej historii, powiedzmy - sensacyjnej. Nie to jednak jest największą jej zaletą, lecz umiejętność ukazania na tle, w zasadzie głupiej, sytuacji doskonale funkcjonującego mechanizmu ludzkiej psychiki i wynikających z tego relacji.

Irlandczyk doskonale bawi "się" i bawi nas, ukazując, jak człowiek może być jednocześnie bezwzględny, ale i bezbronny; jak na pozór niezaradna osoba wygrywa kolejną życiową potyczkę...
Widz w zasadzie nie wychodzi z hotelowego pokoju, nie licząc kilku "wyskoków", w których uczestniczą sami aktorzy, niejako poza nami. Główną postacią wydaje się Carmichael w roli tytułowego kaleki, który w zaskakujący sposób odsłania kolejne swoje oblicza, dzięki czemu jednocześnie poznajemy z zupełnie innego punktu widzenia pozostałych bohaterów. Carmichael od dwudziestu siedmiu lat szuka swojej obciętej dłoni… Brzmi nieracjonalnie? To dopiero wierzchołek góry lodowej. Jak sam twierdzi, kilku oprychów podłożyło mu rękę na tory, przed nadjeżdżającym pociągiem. W miarę jak widz wchodzi w - cokolwiek dziwny - świat, nawet wydaje się go nie zaskakiwać próba wytłumaczenia celu, dla którego mężczyzna od ponad ćwierć wieku nie rezygnuje z poszukiwań.

Swój udział w dziwnym przedsięwzięciu ma para Marilyn i Toby, zresztą na własne życzenie, czego powinni już żałować w momencie podjęcia decyzji o wyłudzeniu pieniędzy od człowieka bez ręki. Sytuacja staje się poważna, kiedy uwięziony w szafie Toby - w oczekiwaniu na partnerkę wysłaną po dłoń - zostaje zastraszony strzałem z pistoletu. W pewnym momencie powstaje wrażenie, że nie chodzi już o odnalezienie dłoni. Z kłótni między Carmichealem i uwięzioną przez niego parą wynika, że bieżącym problemem jest to, czy "przedmiot", o który toczy się gra, należy do Murzyna, czy też leży na niedziałającej zamrażalce w jego domu.

Przez specyficzny rodzaj grozy przedziera się - chociażby w dialogach - ironia i komizm, jednak w przeważającej mierze prosto z podwórka, bo okazuje się, że chłopak Marilyn w jej przekonaniu jest "..., a nie Czarną Panterą". Karolina Michalik wykreowała postać kobiety na pozór lekkomyślnej, ale w zetknięciu z przeciwnościami losu umiejącej lepiej znieść niepowodzenia niż jej facet. Wojciech Wachuda wyluzował do tego stopnia, że puściły mu nerwy i się rozpłakał, ale to tylko gra, bo podczas przedstawienia prezentuje cały wachlarz emocji. Demaskuje się też Poszukiwacz podczas telefonicznej rozmowy z matką. Na moment przestaje być ważna sprawa ręki, na plan pierwszy wysuwa się zawieszony na drzewie balonik czy gromadzone przez dorosłego syna "świerszczyki". Janusz Łagodziński w jednej postaci kumuluje niejedno oblicze - taki zwyczajny niezwyczajny z walizką pełną ludzkich dłoni i jednocześnie mocno zatroskany o zdrowie matki.
Punktem zwrotnym sztuki jest postać recepcjonisty Mervyna, który na pierwszy rzut oka jest po prostu półgłówkiem. Wydawać by się mogło, że w zetknięciu z Jednorękim nie ma szans. Jednak jest coś, co ich łączy - jeden stracił dłoń, drugi - małpę (?). Niepostrzeżenie Mervyn wychodzi na prowadzenie (nie tylko w grze aktorskiej Marka Brauna), ratując życie parze kombinatorów i - bądź co bądź - zdesperowanemu mężczyźnie. Wystarczyło jedynie opróżnić zapalniczkę... Niech żyje głupota, nawet jeśli jest tylko udawana.
Diana Tomaszewska/Teatralia Radom/12 października 2011