< - realizacje krajowe | realizacje zagraniczne ->

 

 

Teatr Bagatela w Krakowie

David Mamet

Bizon (American Buffalo)

 

Obsada:
Juliusz Krzysztof Warunek (Prof), Maurycy Popiel (Bob), Paweł Sanakiewicz (Don)


Scenografia: Andrzej Sadowski
Reżyseria świateł: Marek Oleniacz
Asystent reżysera: Sylwia Domin

 

Premiera: 16.11.2014

 

Link do strony Teatru >>

Foto: Piotr Kubic

 

Bizon w Teatrze Bagatela
Spektakl pod tytułem: Bizon w reżyserii Katarzyny Deszcz na podstawie sztuki: American Buffalo Davida Mameta. Dramat, zrealizowany przez reżyser Katarzynę Deszcz, rozśmiesza, lecz z okrucieństwem, rozczula, pozostawiając jednak cień dylematu i rozdarcia, wreszcie buduje sporą lukę na interpretacje psychologiczną, gdzie odkryte zostaje ludzkie oblicze w absurdzie zachłanności. Obsada: Don Paweł Sanakiewicz, Prof  Juliusz Krzysztof Warunek, Bob Maurycy Popiel.
W zeszłą sobotę (15 listopada) odbyła się premiera spektaklu Bizon w Teatrze Bagatela. Szuka do niedawna grana na deskach teatru amerykańskiego, teraz znalazła swoje miejsce i pozytywny odzew publiczności w Teatrze Bagatela. Sztuka Davida Mameta zatytułowana oryginalnie American Buffalo została wydana w roku 1975. W swoim czasie sztuka przeżywająca ogromny rozkwit, który objawił się wieloma premierami na deskach teatrów Europejskich i Amerykańskich. Cóż mogło się przyczynić do takiego sukcesu teatralnego?
Nagle, znajdujemy się w środku jakiejś akcji, jest nim sklep ze starościami wszelkiej maści. Po chwili zachowujemy się tak, jakbyśmy byli jego stałymi bywalcami w tym miejscu, a zachcianki bohaterów były nas dobrze znane, z nimi czekamy na kawę, tosty i telefon. Snujemy domysły, reżyserka sprytnie pozostawia przestrzeń dla wyobraźni widza, pozwalając na dobudowanie własnego początku historii. Fabuła z czasem wyrasta dosłownie z rzeczy małych, z pozoru naiwnych i śmiesznych do wielkiej intrygi, w której z każdą minutą docierają się charaktery miejskich cwaniaczków. Postacie ciekawie zestawione, gdzie naiwność, znerwicowanie, niepewność przeplatają się. Postacie te złaknione rzeczy porywczych, duszą się w swym niedopilnowaniu, tu widocznie na przekór amerykańskiego kina gangsterskiego. Intryga niemała – a wszystko z powodu małego pieniążka, który otwiera bramę mrocznych interesów. Ta akcja w miejscu istotnie do tego wpasowującym się, które przyciąga nasze oko – sklep, w którym starocie otrzymują swoje drugie życie. Mamy też rolę kilku niewystępujących postaci, które zagrzewają bohaterów do walk, potyczek, rozpamiętywania namiętności, do roztargnienia, przyczyniają się do napięć i konfliktów. W spektaklu raz na prowadzenie wysuwa się akcja rozegrana wokół pieniążka, którego wartość z czasem trudno ocenić, bowiem w nim znajduje się absurdalnie klucz wartościowania bohaterów (Dona, Profa, Bobbiego) przez siebie samych. Z drugiej strony warto zobaczyć spektakl ze względu na portrety bohaterów. Świetnie zagrana rola przez Maurycego Popiela (Bob) z jednej strony łagodzi, rozczula, z drugiej jest w nim satyra na współczesność.  Czasami atmosfera staje się wręcz nie do wytrzymania, roi się w przestrzeni od przekleństw i szyderstw. Trzeba się na to przygotować wkraczamy w orient prawdziwego biznesu, w którym nie ma sentymentów. Mocną stroną spektaklu zdecydowanie jest język, który nie oszczędza widza, mamy tu soczystość w pełnej krasie, zwroty, które wpadają w ucho od razu (tak rozmawiają ze sobą zapewne „prawdziwi” mężczyźni). Czasami nieco irytujące zachowania i przekomarzania się (być może taki był zamysł). Warto zobaczyć spektakl dla metafory codzienności, oraz dla postaci Boba, bardzo naturalnie i przekonywająco zagrana postać, która długo posiedzi w mojej pamięci. Choć sztuka Bizon jest dość współczesna, nie zabraknie w niej tradycyjności i tego, co od teatru aktualnie się oczekuje – Dobrej zabawy!
Kulturatka.pl / Klaudia Fras

 

 

 

Bez rewersu
Bizon Davida Mameta bywa przedmiotem analiz studentów – ze względu na swoją konstrukcję i modelowe prowadzenie konfliktu, jaki zawiązuje się między bohaterami. Ów konflikt nie wykracza jednak poza słowa, jego przebieg wydaje się pozorny.
Tym bardziej że to, co dzieje się przed naszymi oczyma, rozgrywa się w jednym pomieszczeniu: sklepie ze starzyzną Dona Dubrowa, „mężczyzny pod pięćdziesiątkę”. To dziwne miejsce, rzadko pojawiają się w nim klienci. Poprzedniego dnia zabłąkał się jeden i kupił monetę, unikalną pięciocentówkę, tytułowego „bizona”, który – zdaniem Dona – mógł być wart więcej niż suma, za jaką został nabyty. To drobne zdarzenie uruchamia w mężczyźnie (dowiadujemy się o nim niewiele, lecz możemy domyślać się jałowości jego życia) marzenie o pięknej, a na pewno lepszej przyszłości. Bizon jest więc nie tyle zbyt tanio sprzedanym przedmiotem, ale staje się przepustką do marzeń. Dwaj pozostali mężczyźni – Walter Cole, „zwany Prof, wspólnik i przyjaciel Dona” oraz Bob, „goniec Dona” – uwiedzeni wizją przyjaciela podążają za nim, obmyślając dość absurdalny plan.

Mottem dramatu jest dwuwiersz: „Chwałę nadejścia pana widziały me źrenice/ Czarno-żółtym fordem zasuwał przez ulicę…”. Bohaterowie Mameta żyją w świecie pozbawionym większych emocji; tematem porannych dysput przy kawie jest wczorajsza gra w karty (na pieniądze) i zachowanie kobiet, bywalczyń tej samej knajpy, do której Don i Prof przychodzą codziennie od dwudziestu lat. Bob, nastoletni pomocnik i podopieczny Dona, dopiero wchodzi w ten świat – bez nadziei, bez szczególnych ambicji. Tu życie toczy się z dnia na dzień, poza głównym nurtem zdarzeń. I nie chodzi o sielską prowincjonalność – bohaterowie zdają się trwać w przedziwnym zawieszeniu, nie nawiązują żadnych bliższych relacji; możemy domyślać się, że Don i Prof nie są żonaci, nie mają rodzin. Pozostają: męska przyjaźń i męska rywalizacja.

Bizon w Teatrze Bagatela rozgrywa się w sklepie ze starzyzną, a właściwie z gadżetami PRL-u. Mała scena na Sarego zapełniona jest prowizorycznymi regałami, na których piętrzą się rozmaitego pochodzenia sprzęty, od szklanych kolorowych ryb, jakie ustawiano na telewizorach (bo niegdyś można było jeszcze coś na nich postawić), przez duże radia po plastikowe łazienkowe półki (takie dwustronne, w stylu lat sześćdziesiątych. Skądinąd, niektóre z przedmiotów są naprawdę ładne i budzą nostalgiczne westchnienie – przaśne, ale stylowe rupiecie przypominają o modnej dziś tęsknocie za peerelowskim wzornictwem). W którymś momencie Don (Paweł Sanakiewicz) pokazuje Profowi (Juliusz Krzysztof Warunek) papierośnicę z wymalowaną swastyką – za ów gadżet kolekcjonerzy są gotowi zapłacić sporą sumę.

W Bizonie Deszcz zabrakło tajemnicy.Katarzyna Deszcz zdaje się świadomie nie określać miejsca akcji. Niby gadżety są polskie, ale wciąż mówi się o „papierach”, czyli dolarach, które wyciąga z portfela jeden z bohaterów. Realia również wydają się amerykańskie – śniadania jedzone na mieście składają się z dobrze podsmażonego bekonu, całe zamieszanie związane z planowanym rabunkiem wiąże się z kolekcją amerykańskich monet. To zderzenie – przedmiotów i słów postaci – tworzy ciekawe „nigdzie”. „Nigdzie” – czyli równie dobrze w Stanach Zjednoczonych, w latach siedemdziesiątych (dramat po raz pierwszy wystawiono w 1975 roku), co we współczesnej Polsce.

Kim są zatem bohaterowie? W owym „nigdzie” wydają się nieprzypisani do miejsca, czasu, konkretnych zdarzeń. Przy takim założeniu mniej istotne wydają się interpretacje dramatu zakładające na przykład, że Don jest weteranem wojny w Wietnamie. Albo wynikające już z konstrukcji świata przedstawionego rozważania, czy ich obecny status życiowy nie wynika z transformacji ustrojowej.
 
Trzej mężczyźni w różnym wieku w dramacie Davida Mameta są tajemniczy, mimo że charakteryzowani w sposób dość jednoznaczny, ujawniający kilka zaledwie cech. Ważne jest to, o czym się nie mówi – albo raczej to, o czym nie mówią bohaterowie. Obszary nieznane są w tym przypadku równie znaczące, jak to, o czym wiemy. I właśnie balansowanie między faktem a domniemaniem może być w tym przypadku najciekawsze – dla reżysera, aktorów i widzów.

W spektaklu Katarzyny Deszcz ten stan dziwnego zawieszenia wynika, jak pisałam, ze zderzenia scenografii i tekstu. Owe dziwne pęknięcia rzeczywistości ujawniają się też niekiedy w sytuacjach, jakie buduje reżyserka: nagle spowolnionych, urwanych w pół, zaniechanych. Ale spektakl – mimo wszystkich tych zabiegów i mimo wysiłku aktorów – dryfuje w stronę rodzajowego obrazka, na którym trzech cwaniaczków usiłuje zrealizować skok życia. Postaci Mameta są nadto dopowiedziane, określone, zamknięte w kilku gestach. Aktorzy grają postaci niczym z bulwarowej komedii: są określeni przez swoje miejsce w ludzkim układzie, przez własne nawyki czy ułomności. W Bizonie Deszcz zabrakło tajemnicy – a bez niej to, co się wydarzyło w sklepie ze starzyzną, pozostaje niewiele znaczącą sprzeczką przyjaciół, z których każdy usiłuje wytargować coś więcej od życia, niekiedy kosztem drugiego. Owszem, bywa zabawnie, absurdalność sytuacji jest komiczna – ale ów absurd u Mameta ma też inny ton, dużo ciemniejszy. Tego, co niepokojące, groźne i nieśmieszne, w spektaklu zabrakło.

Olga Katafiasz / Teatralny.pl

 


 

Nasz mały fetysz (Bizon – American Bufallo)

Każdy czegoś pragnie. Każdy czegoś pożąda. Żądza nigdy się nie starzeje. Zwłaszcza żądza pieniędzy. Bo to właśnie one, a nie płomień lędźwi, jak mogło by się wydawać, są tutaj mrocznym obiektem pożądania. I bynajmniej nie chodzi o miliony pachnących dolarów, ale raczej ich wizję, którą tworzy jedna mała srebrna moneta – moneta z bizonem.
Reżyserka Bizona – American Bufallo Katarzyna Deszcz, biorąc na warsztat sztukę Davida Mameta stwierdziła, że z dobrymi tekstami jest tak, że pozostają wiecznie młode, tuż obok pożądania i niektórych mechanizmów ludzkiej natury. Właśnie te mechanizmy próbuje obnażyć Mamet – od nieuchronnego zepsucia, którego nie sposób przezwyciężyć, jeśli w grę wchodzi obietnica spełnienia, do nieustannej chęci wyrwania się z obmierzłości zwykłego życia. Trochę przykurzonego, trochę zdezelowanego – zupełnie jak bohaterowie Bizona, czyli dwoje podstarzałych cwaniaczków Don i Prof (wyborny duet w wykonaniu Pawła Sankiewicza i Juliusza Krzysztofa Warunka). Trudna, pełna napięć i niedomówień relacja obu panów zakłócana jest przez dość enigmatyczną zażyłość Dona z młodym, opóźnionym w rozwoju Bobem (w tej roli wcale nie gorszy od starszych kolegów Maurycy Popiel). Całość tworzy kuriozalny efekt naznaczony ciągłą gonitwą za srebrnym bizonem. I jak powiedziałby Freud: „Cóż, nie mamy innego środka, by opanować naszą popędliwość, jak tylko inteligencja”. A inteligencji w spektaklu nie brakuje. Błyskotliwe dialogi, ciekawa kreacja psychologiczna, niejednoznaczność uwikłań bohaterów we wzajemne relacje.
Perypetie związane z poszukiwaniem nowego wspaniałego świata, zdobyciem świętego Graala, jakim jest moneta oraz jej ciągła obecność, poprzez paradoksalny brak, nadają bizonowi status fetyszu. I wracając do Freuda – bo w tym przypadku pominąć go nie sposób – w jego rozumieniu fetysz tożsamy jest ze stratą, symboliczną kastracją, a jednocześnie obroną i próbą przezwyciężenia straty. A więc wszystko by się zgadzało, bo Don początkowo był szczęśliwym posiadaczem monety, która później nieopatrznie znalazła innego właściciela. Bizon oprócz tego, że jest konkretną, materialną rzeczą, wskazuje też na pewną metonimiczną całość. Łączy się z pragnieniami, snami o spełnieniu wszystkich trzech mężczyzn. Stanowi rodzaj utopii i jak każda utopia pozostaje tylko w sferze projektu, niespełnionej kreacji.
Zamknięci w czterech ścianach sklepu ze starociami, Don, Prof i, raz pojawiający się, raz znikający, Bob poddani są sile mrocznego obiektu pożądania. Bizon niczym Sauronowy pierścień z Władcy Pierścieni wpływa na jasność ich umysłów i logikę zachowań, upapranych planami zbrodni i występku. Ale czego się spodziewać, przecież jest „Taki jasny! Taki piękny! Nasz ssskarb!”.
Spektakl Katarzyny Deszcz jest w istocie smutną diagnozą kondycji człowieka oraz relacji międzyludzkich. Niech nie zmyli nas to, że zuniwersalizowane treści ubrane są w kostium starego neurotyka, przeżywającego drugą młodość choleryka i nierozgarniętego flegmatyka. Każdy w istocie ma swojego własnego bizona i swój własny fetysz.
Katarzyna Oczkowska, Teatralia Kraków / Internetowy Magazyn „Teatralia”