< - realizacje krajowe | realizacje zagraniczne ->

 

 

Teatr im. S. Żeromskiego, Kielce

William Szekspir

Poskromienie złośnicy

 

Tłumaczenie: Stanisław Barańczak

Scenografia: Andrzej Sadowski

 

Udział biora:

Teresa Bielińska, Wiktoria Kulaszewska, Beata Pszeniczna, Zuzanna Wierzbińska, Mirosław Bieliński, Marcin Brykczyński, Andrzej Cempura, Wojciech Niemczyk, Janusz Głogowski, Krzysztof Grabowski, Edward Janaszek, Dominik Nowak, Łukasz Pruchniewicz, Artur Słaboń

Premiera: 12 kwietnia 2014

Złoty Yorick - Festiwal Szekspirowski, Gdańsk 2014 ->


 

Zgadzam się z dyrektorem Teatru im. Stefana Żeromskiego Piotrem Szczerskim, że realizowanie w XXI wieku "Poskromienia złośnicy" jest ryzykowne. Ale nie zgadzam się, że ryzyko to wynika z odmienianego przez wszystkie przypadki "gender. Reżyser Katarzyna Deszcz zaczęła swój spektakl od ostrzeżenia - zabrzmiało "Sex and violence" punkrockowego The Exploited. I rzeczywiście dostajemy seks i przemoc. A oprócz tego dużo "money". Bo szlachetny ojciec chce sprzedać grzeczną córkę Biankę jak najdrożej i nieprzypadkowo targuje się z zalotnikami-celebrytami, chwilę po tym, jak zajmował się rąbaniem mięsa. Dwie kamienice czy trzy galeony? Kto da więcej? Córunia tatusia wdzięczy się do kawalerów na rurze. "Kobieta musi być sexy" - zabrzmiało przecież na wstępie. Jak w życiu. Brakuje tylko różowej parasolki. A złośnicę Kasię tatuś dla odmiany chce oddać za wszelką cenę. Nawet temu, który groszem nie śmierdzi. Niech ją weźmie. Niech ją bije, niech nią pomiata, traktuje jak szmatę, głodzi, uczy rozumu. Nareszcie. Ku uciesze zajętej głównie oszukiwaniem siebie nawzajem menażerii na scenie oraz części widowni. Żona musi być mężowi posłuszna, tak napisał Szekspir. Z pierwszym aktem dostajemy więc obraz społeczeństwa, w którym kobieta jest towarem. Z drugim... - Nie jest to rzecz o tym, że Petruchio poskromił Kasię ani odwrócenie, że Kasia podporządkowała sobie Petrucia. To rzecz o wzajemnej walce, wzajemnych kompromisach i nieprawdopodobnej fascynacji - zapowiadała reżyser.
Czy to się udało? - Seks jest jednak wielką siłą, która sprawia, że kobiety tkwią w przemocowych związkach - skomentowała po premierze znajoma psycholog, która nie słyszała zapowiedzi reżysera. "Sex and violence". A miłośników punkrocka lojalnie ostrzegam, że na koniec menażeria pląsa w rytm discopolo, który świetnie uczestników balangi charakteryzuje.» "Sex and violence, czyli sklep mięsny z kobietami"
Agnieszka Gołębiowska / Gazeta Wyborcza Kielce online

 


 

W Kielcach Szekspir górą.
Premiera "Poskromienia złośnicy" w kieleckim teatrze - było dużo śmiechu na widowni i... nagości na scenie. Pojawił się też przeboje... disco polo
Niewiele wyszło z poskramiania seksistowskich poglądów zaprezentowanych przez Szekspira w "Poskromieniu złośnicy". Nawet zamiana ról w ostatniej scenie niewiele pomogła. W sobotę kielecki Teatr imienia Żeromskiego zaprezentował kolejną premierę.
Reżyser Katarzyna Deszcz zapowiadała nowe, współczesne odczytanie tego, bardzo popularnego dramatu. Oczekiwania były w związku z tym duże, bo jak zmienić wymowę rubasznej komedii, w której chodzi o bezwzględne podporządkowanie kobiety mężczyźnie?
Tytułowa bohaterka słynie z ciętego języka i niechęci do zamążpójścia, wiedząc, że byłaby tylko przedmiotem handlu. Jej młodszej siostrze, pięknej Biance to, że ma być sprzedana temu, kto da więcej nie przeszkadza, jednak ojciec stawia warunek: młodsza wyjdzie za mąż, dopiero po ślubie starszej. Trzeba więc znaleźć męża dla Katarzyny, tyle, że chętnych nie ma. Sytuację ratuje Petruchio, który nie kryje iż dla pokaźnego posagu gotów jest zrobić wszystko.
Kipiące emocjami spotkanie tych dwojga jest starciem dwóch żywiołów, ale nie wybuchem miłości. O wzajemnym szacunku trudno także mówić w kolejnych scenach rozgrywanych przez tę parę. Petruchio upokarza Katarzynę, robi jej wodę z mózgu tak długo aż osiąga swój cel - bezwględne posłuszeństwo. Niestety, nie wygląda to na partnerski związek dwóch silnych charakterów a zgoda na małżeństwo wydaje się ucieczką Katarzyny przed kolejnymi drwinami zarówno rodziny jak i sąsiadów. I mało wiarygodnie brzmi padające w ostatniej scenie, kiedy bohaterowie zamieniają się rolami, zapewnienie, że to miłość a nie upór zwycięża.
Grający Petruchia Krzysztof Grabowski i Wiktoria Kulaszewska jako Katarzyna mieli przekonać widzów, że nie było poskramiania siebie nawzajem. Czy im się to udało?
Na scenie kotłuje się menażeria różnych postaci, które w interpretacji reżysera otrzymały miejsca niemal pierwszoplanowe, prawie wszyscy udają kogoś kim nie są potęgując wrażenie chaosu. Spektaklowi bliżej chwilami do kabaretu a sceny z aktów zmieniają się w slapstickowe gagi przyjmowane przez publiczność wybuchami śmiechu. Niektóre bardzo smakowite, ale trudno do nich zaliczyć goły tyłek pana młodego (czy był to żywy rebus mówiący o statusie Petruchia?), czy galopowanie w bieliźnie przez drugi akt.
Tempo sztuki czasami siada a oglądanie długiego fragmentu amerykańskiej adaptacji sztuki z 1967 roku jako wprowadzenie do kolejnej sceny było nużąco długie. Reżyser sięgnęła po nowoczesne środki przekazu także przedstawiając Biankę grającą w filmie erotycznym. Czy potrzebna jest taka dosłowność oceni każdy z widzów sam. Świetnym zabiegiem było wplecenie w spektakl współczesnych przebojów - także z ludycznego dico polo, które współbrzmiały z tekstem i były doskonałym komentarzem wielu scen. A w słowa przetłumaczone przez Barańczaka warto się wsłuchiwać, bo nawet jeśli nie zgadzamy się z przesłaniem sztuki, to tekst jest piekielnie inteligentny i skrzy się humorem. Lidia Cichocka / Echo Dnia nr 87

 


 

Poskromienie złośnicy w reżyserii Katarzyny Deszcz nie tyle unika skrajności, ile realizuje zasadę „każdemu po trochu”. Oglądamy więc spektakl dość eklektyczny, ale przecież szukający szerokiej publiczności i stroniący od radykalizmów. Trochę jakby kielecki teatr – po serii głośnych i nagradzanych w całej Polsce tytułów – udowadniał, że umie się odnaleźć w różnorodnej estetyce. I tę różnorodność prezentował w dwie godziny.
Szekspirowska historia zamążpójścia dwóch sióstr – słodkiej, pięknej i milutkiej Bianki (Zuzanna Wierzbińska) oraz hardej i nie najśliczniejszej Kasi (Wiktoria Kulaszewska) – jest w tym spektaklu przede wszystkim historią o tej drugiej, o tytułowej złośnicy. O tym, jak ze zbuntowanej, niemłodej już dziewczyny przeistacza się w małżonkę z doklejonym uśmiechem. I choć zaczyna się radykalnie i – paradoksalnie – bez zaskoczenia (czy wykrzykiwane hasła, że kobieta powinna być pokorna, mieć talię i nogi gotowe do rozłożenia nie stały się dziś dyżurnym pomysłem na interpretowanie Poskromienia złośnicy?), to z czasem pojawia się zabawa odcieniami. Bo winy za nieszczęście Kasi nie ponosi wyłącznie jakaś nieuchwytna siła forsująca w społeczeństwie kanony piękna i zachowania, definiowane nie wiadomo gdzie i przez kogo (jak ten otwierający spektakl krzyk). Za cierpienie dziewczyny odpowiedzialny jest i jej ojciec (Baptista, Mirosław Bieliński), który potrafi przehandlować Kasię, jakby handlował mięsem w rzeźniczym kantorku, i jej siostra – wyjątkowo wyrachowana, również w swej niechęci do Kasi, i absztyfikant złośnicy Petruchio (Krzysztof Grabowski), myślący jedynie w perspektywie najbliższej chwili. I winę ponosi Kasia, bo jej skądinąd słuszny sprzeciw wobec otaczającego świata jest – z wyboru – niekonstruktywny i nieskuteczny.

A czy z tej gmatwaniny rozczarowania i wzajemnych niechęci rodzi się coś poza opowieścią o cynicznym i zblazowanym świecie? Pewną tajemnicą pozostaje przemiana Kasi: staje się uśmiechniętą żoną, ale czy dzieje się tak, bo straciła rozum, czy dlatego, że – jak wykalkulowała – zaczęło jej się to opłacać? A może po prostu zakochała się w mężu? Bo oczywiście, możemy wierzyć, że Petruchio wziął ją głodem – ale przecież w domu rodzinnym jadła cytryny (jak w pierwszej scenie spotkania z narzeczonym)… Bo możemy utrzymywać, że Petruchio zrobił jej pranie mózgu, każąc mówić to, co sam chce usłyszeć, ale w podobnych układach stawiało ją otoczenie od najmłodszych lat, widzące w niej tylko złośnicę. Bo możemy dostrzegać w tytułowej bohaterce kobietę, która zmęczyła się ciągłym stawianiem czoła codzienności. Ale może ta Kasia po prostu nauczyła się wreszcie grać z otoczeniem? Sprawdzać, co się bardziej opłaca i co przyniesie jej najwięcej. Może w ten sposób zatriumfowała nad swoim światem? Jakąś odpowiedź na to pytanie daje finałowa scena, gdy Kasia i Petruchio zdają się pozować do zdjęcia: kto w tej malarskiej kompozycji będzie ważniejszy?

Reżyserka chciała dać każdemu po trochu – a ja chciałbym jak najwięcej dla mnie.Takie prowadzenie fabuły świadomie pokazuje, że żal szekspirowskiej historii na otwieranie jej jednym kluczem: że radykalne doktryny filozoficzne czy ideologiczne nie pozwalają na wyjaśnienie motywacji i zachowania Kasi. Że nie da się krótko i efektownie wykrzyczeć ze sceny prawdy o jej wyborach. Zresztą wydaje się, że reżyserka gra z tradycją – dawniejszą i bliższą – interpretowania tej sztuki. Kostiumy i scenografia (z kanapą w centralnym miejscu) uruchamiają skojarzenia, kierując myśl w stronę ostatnich inscenizacji tej sztuki w polskim teatrze, ale włączenie do przedstawienia prezentacji wideo z Poskromieniem złośnicy Franco Zeffirellego chroni widzów przed natręctwem tylko jednego skojarzenia. I trochę szkoda, że walcząc ze stereotypami postrzegania Kasi, reżyserka wpuściła do innych wątków i innych postaci sporo sztampy. Jak Petruchio informuje Kasię o ślubie, to robi to do melodii La donna è mobile. Nieco później będzie kolejna piosenka, w której oryginalna „ostatnia niedziela” staje się „najbliższą niedzielą”, w której „z Kasią się pobierzemy”. A jeszcze później będzie Ona tańczy dla mnie, You are so beatiful i kilka innych szlagierów, dobranych tyleż mechanicznie, ileż przewidywalnie. Duża część publiczności szaleje z radości, zwłaszcza, że może też popatrzeć na kogucie zaloty lub nieudolne wciskanie się Trania w przyciasne spodnie…

I pewnie takie gagi byłyby mniej nachalne, gdyby nie kontrast, jaki rodzi się z ich zderzenia z przekładem Barańczaka: eksponującym matematykę słownych gier i precyzję deklaracji, które trudno osadzać w jarmarcznych kontekstach. Ten przekład jest ciekawy w ascetycznej w tym spektaklu i bardzo udanej scenie pojedynku na słowa, który towarzyszy pierwszemu spotkaniu Petruchia i Kasi, ale już mniej się sprawdza tam, gdzie śmieszność ma być budowana za pomocą rozwiązań spoza szekspirowskiego (literackiego) świata.

Szkoda więc, że ten spektakl bywa eklektyczny. Że do ciekawszego pomysłu na opowiedzenie historii głównej bohaterki dodano mniej ciekawe (acz skuteczne, gdy myśli się o skorej do śmiechu publiczności) pomysły. Ale… Reżyserka chciała dać każdemu po trochu – a ja chciałbym jak najwięcej dla mnie. Piotr Olkusz /teatralny.pl/12-05-2014