< - realizacje krajowe | realizacje zagraniczne ->

 

 

Teatr Dramatyczny im. A. Węgierki w Białymstoku

Gur Koren

Pięć kilo cukru


Scenografia i kostiumy – Andrzej Sadowski
Inspicjent – Jerzy Taborski

 

Obsada:
Agnieszka Możejko-Szekowska, Dorota Radomska, Jakub Snochowski (gościnnie), Sławomir Popławski, Piotr Szekowski (+ muzyka na żywo)


Premiera: 8 maja 2015, Białystok


Teatr Dramatyczny. Pięć kilo cukru, czyli chamisza kilo sukar.

Komedia o holokauście? To możliwe, zwłaszcza kiedy pisze ją ktoś z Izraela, wychowany w tradycji dygresyjnych gawęd i wierzeń w dybuka.
Opowiadanie historii to poważna sprawa. Wiedzą to doskonale tak zwani stand uperzy, czyli ludzie którzy będąc sami na scenie, muszą przyciągnąć uwagę słuchaczy, a dodatkowo ich rozbawić i nie być wygwizdanymi. Jeszcze poważniejsze jest z pewnością opowiadanie historii o historii. A ta sztuka udaje się już nie wszystkim. Przecież wiadomo – historia to przeszłość, nie wszyscy chcą się w tym grzebać. Gur Koren znalazł sposób, by w przezabawnej komedii przemycić i pradawny mit o dybuku, czyli zawładnięciu ciałem żywego człowieka przez ducha zmarłej osoby. Przy okazji pokazuje, jak można obrzydzić opowieści o holokauście, ale i jak pokazać tułaczkę i zagładę Żydów z perspektywy pojedyńczego człowieka.
FOTO: BARTEK WARZECHA
Katarzyna Deszcz znakomicie trafiła z obsadą izraelskiej komedii traktującej w bardzo przewrotny sposób o holokauście. W roli stand upera i swego rodzaju szefa ceremonii, mogącego kojarzyć się też, z postacią z literackiego kabaretu, obsadziła Jakuba Snochowskiego. Jest w nim coś zawadiackiego, ale zarazem groźnego. Ma w sobie młodzieńczą energię, ale potrafi też odkrywać w sobie uczucia zgoła inne, niż tylko pożądanie zbuntowanych licealistek. Świetnie wprowadza widzów w mającą sprawiać pozory autentyczności historię, a później błyskawicznie rozszyfrowuje, dlaczego niegrzeczna licealistka dość obcesowo pyta go, dlaczego się jeszcze nie ożenił. I od tej chwili komediowa karuzela postaci rusza w szalonym roller coasterze.
Jest bezdomny żebrak, wielbiący marihuanę kolega ze studiów, jest fałszywe medium, zakochany w literaturze pięknej taksówkarz i kobieta lekkich obyczajów i grający niepoślednią rolę w scenariuszu gej o skłonnościach pamiętnikarskich. To oczywiście nie wszystkie z galerii postaci, które muszą zagrać Agnieszka Możejko-Szekowska, Dorota Radomska, Sławomir Popławski oraz Piotr Szekowski. Ten ostatni muzyką na żywo wspiera dramaturgię i wymowę spektaklu.
Co zostaje w pamięci? Śmiech, który towarzyszy zadumie, krótkie chwile grozy zagłady przeplatające się ze smakami dzieciństwa, sowieccy milicjanci na białostockim dworcu. Znakomicie poprowadzeni przez reżyserkę Popławski ze Snochowskim w kilkadziesiąt sekund odgrywają blitzkrieg, a sam Snochowski w innym fragmencie potrafi przekonująco zagrać, a zarazem wykpić sposób w jaki nie należy opowiadać o holokauście. Historia wkrada się dyskretnie w wizualizacjach Krzysztofa Kiziewicza, we wspomnieniach o smrodzie towarzyszącym żydowskim uchodźcom z okupowanej przez hitlerowców Polski na tereny zagrabione przez Sowietów. I o ich zmyśle przedsiębiorczości. W czasie II wojny światowej i już w latach życia na emigracji w powołanym po niej do życia państwie Izrael.

Kilka twarzy ma szansę pokazać Dorota Radomska (także przy dowcipnym wsparciu multimediów). Dość oczywiście została obsadzona Agnieszka Możejko-Szekowska, podobnie Piotr Szekowski. Ich talenty komediowe pod okiem Katarzyny Deszcz rozkwitają, szczególnie przy sprawnie przetłumaczonych kwestiach dialogowych. Prosty zabieg zamienia niewielką scenę w izraelskie miasto, przez które musi przebijać się taksówkarz. Porusza wyobraźnię i, podobnie jak wiele innych scen, pozwala na szukanie odniesień w historii popkultury.

„Chamisza kilo sukar”, jak w oryginale brzmi tytuł sztuki Korena, to przede wszystkim lekko podana opowieść o poszukiwaniu korzeni. O tym, że w największym lekkoduchu może obudzić się ciekawość własnej przeszłości, a tęsknota za rodziną i dążenie do prawdy mogą wyzwolić niecodzienne poświęcenie. W sercu pozostaje lekka zazdrość, że Żydzi wierzą w dybuki i mają szansę na kontakt z bliskimi nawet po ich śmierci. Chociaż, jak jest – któż wie. Gur Koren opowiada o tym wszystkim bardzo przekonująco i z poczuciem humoru. Warto.
Jerzy Doroszkiewicz / Kurier poranny

 



O tym, jak przemyt 5 kilogramów cukru może  zmienić czyjeś życie.

Dawno w Teatrze Dramatycznym nie było tak dobrego spektaklu. Mowa o sztuce "Pięć kilo cukru" Gura Korena w reżyserii Katarzyny Deszcz.
Na pierwszy rzut oka to śmieszna opowieść o młodym Izraelczyku, któremu w różnych napotkanych osobach objawia się zmarły dziadek. Staruszek raz jest krnąbrną uczennicą, innym razem bezdomnym, a jeszcze kiedy indziej... prostytutką. Objawia się wnukowi, bo chce, by ten pomógł mu w załatwieniu pewnej sprawy, która uniemożliwia mu wieczny odpoczynek. Ma to związek z zafałszowaniem historii, Białymstokiem, wojną i przemytem pięciu kilogramów cukru. Kłopoty pojawiają się, kiedy wnuk godzi się wyświadczyć dziadkowi przysługę, a jedynym sposobem, by to zrobić jest pójście na pewien układ z... pisarzem gejem. Czy dziadek zazna raz na zawsze spokoju? Musicie przekonać się sami w teatrze. A naprawdę warto.
W spektaklu genialne monologi przeplatają się ze świetnie zagranymi scenami na dwóch czy trzech aktorów. Cały zespół Dramatycznego radzi sobie rewelacyjnie. Sceny się nie dłużą, nie nudzą. Aktorzy są zabawni, a kiedy trzeba poważni (świetny, na wpół wykrzyczany monolog prezentujący dobitnie żniwo Holocaustu). Do tego dochodzą bardzo dobre wizualizacje Krzysztofa Kiziewicza i muzyka na żywo wykonywana przez jednego z aktorów - Piotra Szekowskiego.
Uwagę widza kradnie (pojawiający się gościnnie) Jakub Snochowski. Rewelacyjnie radzi sobie z narracją, którą prowadzi w nieco kabaretowy sposób. Gra z widzem, bawi się z nim. Wciela się w postać wnuczka, który zresztą nazywa się tak, jak autor sztuki - Gur Koren. I który od samego początku zapewnia widzów, że historia, którą za chwilę usłyszą, jest jak najbardziej prawdziwa. Wychodząc z teatru naprawdę można w to uwierzyć. Bo każdy w swoim życiu potrzebuje magii. A ten spektakl ją daje.

"O tym, jak przemyt 5 kilogramów cukru może zmienić czyjeś życie"
Urszula Krutul/Gazeta Współczesna nr 88

 


     

Jak dziadek wyciął numer wnuczkowi. Pięć kilo cukru i inne kwestie.

Dziadek urywa się z zaświatów, nawiedza wnuczka, daje zadanie do wykonania. To jeszcze nic. Dziadek wciela się w żyjących, przemieszcza się z pasją, istny z niego maratończyk... Jak bardzo dybuk może być nieokiełznany i ile z tego uciechy - zobaczyć można w Teatrze Dramatycznym. I, przede wszystkim, zobaczyć, jak młodzi Żydzi próbują zdystansować się do traum i dziedzictwa swoich przodków.
Bo to właśnie żydowski dramaturg młodego pokolenia - Gur Koren - jest autorem sztuki "Pięć kilo cukru", która w białostockim teatrze (w reżyserii Katarzyny Deszcz) ma polską prapremierę. I w której spuszcza powietrze z balonu wypełnionego wzniosłym myśleniem o mistycyzmie żydowskim czy martyrologią czasów zagłady.
Tu wszystko staje na głowie: powaga folkloru żydowskiego miesza się z surrealistycznym poczuciem humoru, przaśny klimat ze wspomnieniem Holocaustu. Są tu przygody erotyczne różnych orientacji i w różnych wariacjach, słychać rejwach izraelskiego miasta, a młody singiel, luzak Gur (gościnnie Jakub Snochowski) wiedzie lekki żywot. Ale któregoś dnia lekki żywot się kończy, Gur dostaje niezwykłe zlecenie. Oto bowiem z ciała ponętnej rudowłosej dziewczyny odezwie się do niego... dziadek. Ledwie wnuk przetrze oczy i uszy ze zdumienia, dziadka głosem przemówi inna, miotająca się z komórką dziewczyna, potem taksówkarz, a nawet bezdomny i chiromantka.
Wierzyć, nie wierzyć? Jak nie wierzyć, skoro tylko dziadek spieszczał imię wnuczka - Gurke, i tylko on mógł wiedzieć, że kugel przyrządzany przez babkę nie był najlepszy? Dziadek, przypominając mu wstydliwe fakty, żąda od wnuka pewnego, zdawałoby się drobiazgu - ujawnienia istotnej dla niego prawdy z przeszłości, w którym niebagatelne znaczenie ma szmuglowany w czasie wojny cukier...
To, co jednak drobiazgiem dla dziadka, dla wnuka będzie, hm... dramatycznym przewrotem. Nie będziemy psuć niespodzianki, napiszemy więc tylko, że trzeba będzie płaszczyć się przed innym wnukiem, a nawet kupczyć ciałem. Nie będzie łatwo, oj nie...

 

Zestaw pomocowy

 

Tak jak wnuk wpadnie błyskawicznie w spiralę przeszłość-teraźniejszość, tak i my, widzowie, załapiemy się szybko na podróż (również multimedialną) między światami i epokami. To podróż wariacka, czasem po bandzie, czasem ryzykowna, ale prześmieszna. I w sumie wzruszająca, o czym dowiemy się na końcu.
Póki co, duch dziadka szaleje. W mistycyzmie i folklorze żydowskim to nic nowego - duch zmarłego, który nie może zaznać spokoju - powraca, by zawładnąć ciałem jakiegoś żywego człowieka. Powraca i dziadek więc, jako dybuk. Ale cóż to jest za powrót! Żadne tam podkrążone oczy znane z przedwojennych filmów o żydowskich dybukach. Nic w klimacie Szymona An-skiego (niewykluczone zresztą, że XIX-wieczny pisarz - ekspert od dybuków zatrząsłby się ze zgrozy, co też ten Gur Koren z tradycją wyczynia).
Dziadek to bowiem dybuk niepokorny, wielki uciekinier z zaświatów, z których wyrwał się niczym uczeń na wagary i korzysta z nich (wagarów) ile wlezie. O, to dziadek bardzo krzepki, który - choć nie żyje, to żyje bardziej niż niejeden żyjący. Doceni dobrego skręta (świetna scena smakowania "fajeczki"), pochwali krągłości ciała damskiego, w które się wcieli, nowocześnie podejdzie do tematu gejów, choć kiedyś myślał inaczej.
Mnóstwo tu humoru i ironii, która - choć bywa ryzykowna - świetnie się sprawdza. Czy to jako metoda na ożywienie dybuków, czy jako próba uporania się z dramatycznym dziedzictwem przodków. Nie da się nieustannie żyć w cieniu zagłady, młodzi Żydzi muszą sobie jakoś z nim radzić, a rodzaj ironii, jaką stosuje Koren, jest jednym z zestawów pomocowych. Przeszłość - z racji życzenia dziadka - jest w spektaklu nieustannie, ale, jak się okazuje, można o niej opowiedzieć też w niekonwencjonalny sposób. I w jednym miejscu, w jednej historii wzniosły klimat przełamać choćby podtekstami seksualnymi.

 

Dziadek i wiedza o stringach

 

Koren napisał dobry tekst, skrzący humorem, pełen prześmiesznych dialogów (przekład Agnieszka Olek), w których w żywe oczy (ale dość czule) kpi z żydowskich gestów, wizji i rytuałów. To też tekst mądry, bowiem - po swojemu i ciekawie - opowiada o pamięci i dialogu międzypokoleniowym. Wnuk, wiodąc luzackie życie, uciekał od przeszłości swoich przodków, a ta i tak go dopadła. Właśnie w postaci dziarskiego dziadka, który wychynął z zaświatów, by upomnieć się o swoje.
Dziadek postanowił swoje wojaże odbywać po różnych postaciach, co oznacza niezłe wyzwanie dla aktorów. Radzą sobie dobrze. Kelnerka niemal omdlewająca podczas wyliczania rozmaitych tart i kaw (ciekawa Dorota Radomska) nagle zaczyna mówić twardszym głosem, bo właśnie w jej wnętrzu umościł się dziarski dziadek. Dziadek zagarnie też telawiwskiego taksówkarza, który ma fioła na punkcie literatury i ze swadą zapowiada, że "jeśli ktoś powie, że jest coś lepszego niż "Sonata Kreutzerowska", to on z miejsca wyciąga japoński nóż i odcina sobie kutasa". Taksówkarz rozprawia i rozprawia, a tu nagle w paradę wchodzi mu dziadek, który radośnie woła: "Gurke" i wątek literacki znika. Dziadek przejmuje też ciało szkolnego kolegi swego wnuka, który z pasją pali skręta (brawurowy Sławomir Popławski), co dziadkowi też się spodoba. Ba, zażywny starszy pan, którego nie widać, nie odpuści też dziewczynie (Agnieszka Możejko), która właśnie wyszła, poprawiając garderobę, z zarośli, ale też dzięki niej poszerzy swą wiedzę o stringach.

 

Nie ziewajcie za mocno

 

Jest w tej galerii postaci jeszcze wystudiowany autor wspomnień (zabawny Piotr Szekowski) w kluczowej roli Jada Ryby, od którego praktycznie wszystko zależy. I oczywiście sam Gur, który z Rybą będzie miał do czynienia nie tak, jak by chciał. Grający go Jakub Snochowski tworzy postać młodego luzaka, czerpiącego z życia garściami, któremu nieoczekiwanie życie właśnie (i zaświaty) dają kuksańca w nos. Snochowski z wdziękiem urabia publikę - a to zapewnia, że on sam na jej miejscu miałby problem z tym, co się za chwilę wydarzy, a to instruuje: "nie ziewajcie za mocno, bo to rozprasza aktorów", a to pogaduje z głosem z offu, który Gura chce przywołać do porządku.
Jest też w spektaklu Białystok, choć przez moment, bowiem dziadek, jak się okazuje, tu peregrynował za tytułowym cukrem. W czym rzecz dokładnie - najlepiej sprawdzić samemu. I wyjść ze spektaklu z finałowym zdaniem w głowie. Bo Koren potrafi nie tylko rozśmieszyć, ale i porządnie wzruszyć.»
Monika Żmijewska / Gazeta Wyborcza / 21-05-2015