< - realizacje krajowe | realizacje zagraniczne ->

 

 

Teatr Nowy, Zabrze

Elfriede Jelinek

PODOPIECZNI

Przekład: Karolina Bikont
Scenografia: Łukasz Błażejewski
Muzyka: Michał Biak Rusielewicz
Projekcje: Bartłomiej Latoszek
  
Obsada:

Hanna Boratyńska, Anna Konieczna, Danuta Lewandowska, Agata Śliwa, Magdalena Waligórska/Joanna Gorzała, Dariusz CzajkowskiI, Jarosław Karpuk, Andrzej Kroczyński, Robert Lubawy

 

Premiera: 14 listopada 2015, Zabrze


Foto: Paweł JaNic Janicki

 

Nominacje do nagrody "Złota Maska 2016" w kategorii: reżyseria oraz: główna rola żeńska (Anna Konieczna)

Oficjalna selekcja: POTI INTERNATIONAL THEATRE FESTIVAL (Gruzja)

 

Podopieczni przybywają.

Teatr Nowy idealnie trafił z tematem (i terminem) polskiej prapremiery i jak nigdy dotąd udanie podjął się pokazania na scenie niezwykle aktualnego i gorącego społecznego europejskiego problemu. Sztuka "Podopieczni" austriackiej noblistki Elfriede Jelinek wzbudziła diametralnie różne reakcje widzów, tym bardziej, że pokazana została dzień po zamachach w Paryżu. Spektakl nie poruszał widzów jako wydarzenie kulturalne, lecz społeczno-polityczne. Prowokował i prowokuje do dyskusji, ale nie o sztuce jako takiej, ale wyłącznie o jej treści. Bo to tekst odgrywa w nim kluczową rolę.
W swoim najnowszym dramacie Jelinek podejmuje temat napływających do Europy (odniesieniem są autentyczne wydarzenia z zajętego przez uchodźców dwa lata temu kościoła w Wiedniu) mas ludzi, zmuszonych do porzucenia swoich rodzinnych domów w Afryce i Azji wskutek wojen, krwawych konfliktów czy głodu. Autorka udziela im głosu na wysypisku śmieci, a oni oskarżają Europę o brak chęci niesienia im pomocy, niezrozumienie ich potrzeb i próśb. Nie dają sobie rady z naszym prawnym labiryntem, przegrywają w zetknięciu zarówno z religią, jak i instytucjami. Pokazane są absurdalne mechanizmy działania biurokracji znane z powieści Franza Kafki. Są także odniesienia do mitologii czy ateńskiego dramatu Ajschylosa, w którym uciekinierzy z Egiptu szukają pomocy na terenie Grecji... Ale to w gruncie rzeczy nieistotne, bo ciekawsze jest przeniesienie austriackiego problemu na grunt całej Europy i Polski, a w kilku szczegółach nawet Zabrza. Mimo iż w sztuce brak jest tradycyjnych dialogów i akcji, a wiele tekstu, żonglerki słownej, retorycznych kłopotliwych pytań i monologów, ciekawe wydaje się ożywienie sceny przez wprowadzenie w środkowej części sztuki rapowanej, długiej piosenki wykonywanej przez cały zespół aktorski. Ironicznie brzmią także słowa "Ody do radości", zaś dosłownie "zatykają" fragmenty filmów oraz rysunków-karykatur o tematyce imigracyjnej. I gdy wydaje się, że puenta o złej, skostniałej, nieludzkiej Europie jest jasna, akcja wywraca się do góry nogami...
Ostateczne przesłanie "Podwładnych" jest skomplikowane i dalekie od czarno-białych stereotypów. Idee humanizmu, demokracji i praw człowieka umierają w niej w obliczu dużych społecznych problemów. Tragizm sytuacji zdaje się być nie do rozwiązania. To co na scenie, miesza się w głowie z tym co na ulicy, w telewizji, kościele, polityce. Śmierć, wojna, pieniądze, polityka...
Prapremiera światowa sztuki odbyła się w Hamburgu i spektakl został wybrany jako jeden z najlepszych na najważniejszy europejski niemieckojęzyczny tegoroczny festiwal w Berlinie. Potem pokazywana była w kolejnych ośrodkach na Zachodzie. W Polsce jego tzw. performatywne czytanie zorganizowano wiosną tego roku w teatrze w Łodzi. W reżyserii Katarzyny Deszcz, na deskach Nowego w Zabrzu, 14 listopada odbyła się jego polska prapremiera. Scenografia widowiska jest tak skonstruowana (śmietnisko połączone z prymitywnym obozowiskiem uchodźców), że kameralna widownia mieści się na scenie. Aktorzy zatem wręcz "dotykają" i bezpośrednio prowokują do reakcji słuchaczy. Teatralnego ciepła i sztuki oraz klasycznego piękna w nim nie ma, a niektóre sceny przeznaczone są wręcz tylko dla dorosłych. To sztuka która drażni, złości, zmusza do trudnych rozważań, a nawet... kłótni.
Jakub Lazar / Głos Zabrza



 

Dostarczeni, nieodebrani"

"Podopieczni" w Teatrze Nowym w Zabrzu są jak kubeł zimnej wody niespodziewanie wylany na nasze głowy. Po to, byśmy wreszcie się obudzili i coś zrozumieli. W tym spektaklu zostajemy wytrąceni ze strefy komfortu już na samym początku. Zajmujemy miejsca nie na widowni, lecz na scenie. Brak rampy niweluje bezpieczną odległość między oglądającym a oglądanym. Co więcej, światło padające z góry oświetla w równej mierze aktorów, jak i nas samych. Nie ma jak osłonić się przed nadchodzącym "atakiem". Nie zatopisz się w wygodnym fotelu, bo siedzisz na plastikowym krześle. Możesz jedynie próbować bronić się zamknąwszy swój umysł i serce przed tym, co oglądasz. Ale po co w takim razie tu przyszedłeś?

 

Nie zmyślona, słowna ofensywa.

 

Jest to przede wszystkim ofensywa słowna i wizualna, narastająca z każdą minutą. Teatr staje się tu pewnego rodzaju forum, na którym - w imieniu pokrzywdzonych - występują aktorzy. Prawdziwi "podopieczni" nie mogą powiedzieć nam tego samego, ponieważ nie posługują się naszym językiem. Bo są uchodźcami z obcego kraju. I jeszcze bardziej obcej nam Europejczykom, kultury. Zrealizowani przez Katarzynę Deszcz w zabrzańskim teatrze "Podopieczni" to przykład teatru z pogranicza dokumentu i zmyślenia, rozumianego po prostu jako kreacja artystyczna. Bo nic tu nie jest zmyślone, jeżeli chodzi o treść i wynikający z niej sens. Na proscenium kłębi się tłumek emigrantów, którzy proszą się o naszą uwagę. Wyciągają ręce w błagalnym geście, pokazują filmy nakręcone komórką, na których oprawcy dopuszczają się przemocy na ich krewnych, krzyczą w zniecierpliwieniu na opieszałych urzędników, widzących w nich jedynie zagrażającą naszej cywilizacji masę.

 

"Podopieczni" w Teatrze Nowym w Zabrzu - uchodźcy są wśród nas.

 

Nie bez powodu siedzimy na scenie - widownia została wyściełana jakimiś pokrowcami, dookoła walają się śmieci, ponieważ teatr udaje tutaj opuszczony kościół przemieniony w obozowisko. Od uchodźców odgradza nas linia demarkacyjna, której nie mogą przekroczyć, w dodatku pilnuje ich po zęby uzbrojony żołnierz bez twarzy. Jest tak bezosobowy, że budzi nasz strach. Równie mechaniczni są urzędnik i lekarka krzątający się opieszale i bez sensu, doprowadzający grupę oczekujących do granic wytrzymałości. Spektakl wyraźnie dzieli się na trzy, połączone ze sobą części. W pierwszej słuchamy w skupieniu dramatycznego apelu odczytywanego przez jednego z uchodźców w kamizelce ratunkowej. W roli tej występuje przekonująca, buńczuczna Anna Konieczna, która jednak nie do końca wciela się ofiarę systemu. Balansuje na granicy światów, jest głosem emigrantów, ale jednocześnie również wyrazicielem myśli "oświeconej" części Europy, która chce pomóc, ale nie bardzo wie, jak. Jako że tekst sztuki napisała Elfriede Jelinek, specjalistka od wywracania do góry nogami europejskich - i jak widać pustych - wartości, aktorka może być także rozumiana jako jej alter ego. W drugiej części tłumek zamienia się w wesoły skład muzyczny, rapujący teksty o prawach człowieka w Europie, które w tej sytuacji brzmią tak ironicznie, jak to tylko możliwe. W trzeciej odsłonie dochodzi do apogeum, uchodźcy przejmują na chwilę kontrolę nad otoczeniem. Działania aktorów, wzmocnione brutalnymi zdjęciami zabitych ciał oraz obrazoburczymi wypowiedziami zebranymi z forów internetowych, robią ogromne wrażenie na widzach, którzy na koniec bez słów wstają z krzeseł poruszeni tym, co zobaczyli.

 

Ludzie, a nie problem.

 

"Podopieczni" to rzadki przykład spektaklu przedstawiającego aktualnie gnębiący nas "problem", jakim są uchodźcy. Konfrontacja z tym bolesnym performensem wprawia odbiorcę w osłupienie, ponieważ pozwala bezpośrednio, choć w konwencji teatru, zderzyć się z tym tematem. Właśnie ów temat, który śledzimy na ekranie telewizora lub w mediach czytanych przemienia się w żywego człowieka z całą jego emocjonalnością, przeszłością i doświadczeniem. Porażające to uczucie słuchać głośnego skandowania ciągle oczekujących na niewiadomo właściwie co, ludzi. Aktorom Teatru Nowego w Zabrzu udało się coś niebywałego - pokazać jednostkowy wymiar tej katastrofy. Doprawdy ciarki mnie przechodzą, kiedy przypominam sobie kwestię jednego z bohaterów, w której pyta się retorycznie, w jaki kraju pochowa swoje kości, bo jego własny już nie istnieje. Mój spokój i bezpieczeństwo staje się towarem deficytowym; czymś, za co inni są w stanie poświęcić bardzo wiele. Problem w tym, że tego spokoju nie zastaną, bo nikt ich tu nie chce. Przyjechali, ale ich "nie odebrano". Za bardzo jesteśmy zajęci sobą, kupowaniem i rozrywkami. W tej konfrontacji uchodźca staje się życiem niepotrzebnym.

 

Europo, obudź się.

 

Reżyserce Katarzynie Deszcz zaś udało się ustanowić paralelę pomiędzy tym, co się wydarza a straszną przeszłością Europy, czyli na przykład czasami II wojny światowej. Dlaczego zachowujemy się tak, jak gdyby nigdy nas nie dotknął taki exodus? Czemu nie pomagamy? Po co to całe ględzenie o humanitaryzmie, równości, wolności i prawie do godności? Ludzie, obudźmy się, bo w oczach emigrantów już jesteśmy oprawcami. Jak to o nas świadczy?

Marta Odziomek /Gazeta Wyborcza - Katowice online



 

Uchodźcy

Uchodźców koczujących na śmietnisku (projektu Łukasza Błażejewskiego) oddziela od wymarzonego raju nieprzekraczalna bariera. Za nią my - publiczność oraz beznamiętny Urzędnik (Jarosław Karpuk) przemawiający modulowanym głosem elektronicznego generatora. Bohaterowie powtarzają kwestie, które, w ślad za Jelinek, wygłasza Narratorka (Anna Konieczna). Nieustannie towarzysząca nam oskarżycielska mowa autorki, wraz z wyświetlanymi na wielkim ekranie nieocenzurowanymi obrazami nieludzkich mordów i obrzydliwymi, rasistowskimi komentarzami z internetowych forów wstrząsają widzem. Uwagę zwraca Magdalena Waligórska w roli ciężarnej dziewczyny. W przejmującej scenie, jej Mąż (intrygujący Robert Lubawy) trzymając w ręku wymarzony bilet do Raju, biegnie za odjeżdżającym autobusem.

Niestety z czasem spektakl grzęźnie, a zbyt długo eksploatowane rozwiązania tracą siłę wyrazu. Reżyserce Katarzynie Deszcz w pewnym momencie zabrakło pomysłu na tę inscenizację. Szkoda, bo zabrzański spektakl mógł stać się wydarzeniem znacznie większego kalibru. Choć i tak to przedstawienie istotne - bo inicjujące trudną rozmowę w teatrze, gdzie króluje zwykle niewyszukana rozrywka.
Michał Centkowski / Newsweek Polska nr 50



 

Rzecz o uchodźcach

W sobotę i niedzielę (12 i 13.12.) Teatr Nowy po raz ostatni w tym roku pokazał "Podopiecznych" Elfriede Jelinek w reżyserii Katarzyny Deszcz. To dobre przedstawienie, ciekawie zagrane, opowiada o uchodźcach, oskarża europejczyków i Polaków o bezradność, obojętność i brak zrozumienia. Problem w tym, że chyba przegrało z rzeczywistością - jego premiera odbyła się dzień po zamachach w Paryżu.
Kolejne ustalenia francuskich śledczych sprawiają, że odbiera się je inaczej niż chciałaby autorka i reżyserka.
Widzów usadzono w tylnej części sceny, aktorzy grają na tle widowni przykrytej czarną folią. To spod niej wygrzebie się większość bohaterów. Na scenie jest przenośna toaleta, plastikowa beczka z wodą, śmieci i kubły na nie. Ktoś rozbije tu przenośny namiot - miejsce tymczasowe, dociera się do niego, by po załatwieniu formalności pójść dalej. Ale stąd nikt nie wychodzi. Wszyscy jakby tutaj utknęli.
Jest kobieta w ciąży i sukni ślubnej (Magdalena Waligórska), jej partner w turystycznej kurtce (Robert Lubawy), facet który mógł być nauczycielem albo urzędnikiem (Dariusz Czajkowski), drugi pewnie był robotnikiem albo ochroniarzem (Andrzej Kroczyński), jest też młoda energiczna dziewczyna (Anna Konieczna) i starsza kobieta (Danuta Lewandowska). Od początku w ich twarzach gestach i ruchach widać beznadzieję, pojawiającą się, gdy wędrówka w nieznane staje się udręką. Będzie w nich też rozpacz, złość i desperacja. Spektakl nie opowiada o indywidualnych losach, skupia się na sytuacji ludzi, którzy bojąc się śmierci uciekli ze swoich krajów. Ktoś opowie o kuzynach, że odcięto im głowy, ktoś inny o porzuconym domu. Wszyscy liczyli, że znajdą tu pomoc i wsparcie, znaleźli urzędników próbujących dopasować przybyszów do przepisów i regulaminów. W sytuacji ciągłego zawieszenia i braku decyzji odnośnie ich losów stają się zdolni do wszystkiego; bójek między sobą i ataków, na tych którzy wciąż nie chcą podjąć decyzji o ich przyjęciu.
Spektakl zaczyna się rodzajem błagalnej litanii skierowanej do urzędników. Odczytująca ją Anna Konieczna jest w kamizelce ratunkowej jakby dopiero wyszła na brzeg z pontonu. Brzmi jak monolog napisany przez wiele osób, które uciekły i na wszelkie sposoby starają się przekonać, że grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo. Odwołują się do Boga, do ludzkiej wrażliwości, proponują przeglądanie na smartfonach filmów z okrutnymi egzekucjami. Adresatami oskarżeń padających ze sceny są widzowie i Unia Europejska. Rap śpiewany przez wszystkich wykonawców w sposób ironiczny pokazuje jak wartości, na których została zbudowana zmieniły się w puste slogany.
Uchodźców przyjmuje bezduszny urzędnik (Jarosław Karpuk) i lekarka (Hanna Boratyńska), która głównie rozdaje im żywność. Na scenie od początku obecny jest funkcjonariusz brygady antyterrorystycznej (Agata Śliwa) w pełnym umundurowaniu z odbezpieczonym karabinem.
Przedstawienie z pewnością warto zobaczyć dla aktorów, bo znakomicie pokazali postacie osaczone w miejscu, w którym spodziewały się pomocy i wsparcia. A zaraz po wyjściu z teatru warto, choćby na telefonie, zerknąć na doniesienia internetowych serwisów informacyjnych o zamykaniu granic, terrorystach którzy przybywają w fali uchodźców i zdrowiu tych, którzy przeżyli zamachy.
"W Nowym "Podopieczni" rzecz o uchodźcach"
Wojciech Cydzik / Nowiny Zabrzańskie /11.12

 


 

Jelinek o uchodźcach

Tam chca nas zabić, tu nas nienawidzą. Co myśmy im zrobili?
"Podopieczni" w reżyserii Katarzyny Deszcz są spektaklem artystycznie marniutkim, a z drugiej strony ważnym i miejscami wstrząsającym. Jak to możliwe? Postaram się to sensownie wyłuszczyć. Zacznę od marności, bo w tym Teatr Nowy w Zabrzu zdaje się specjalizować, podczas gdy inne regionalne sceny, jak Teatr Zagłębia w Sosnowcu czy Teatr Śląski w Katowicach, zaczęły przyciągać uwagę znakomitymi premierami. Kiedy więc zobaczyłem, że wystawiono tam najnowszy, poświęcony uchodźcom tekst Elfriede Jelinek, pognałem na południe.
Widzowie w spektaklu siedzą na scenie, a sceną jest widownia. Ten zabieg, stosowany w teatrze niejednokrotnie, jest tu bardzo sensowny, bo kolumny podtrzymujące balkon i wielki żyrandol wiszący nad fotelami mają nam przypominać wnętrze kościoła, w którym schronienia szukają napływający do Europy uchodźcy. Przerażeni, pozbawieni środków do życia i nadziei koczują w sercu Europy. Chcą zacząć nowe życie, ale nie mogą, bo okazuje się, że Europa na nich nie czeka i traktuje jak dziką hordę marzącą o zniszczeniu sielskiego europejskiego żywota Tam chcą nas zabić, tu nas nienawidzą. Co myśmy im zrobili? Tekst Jelinek, dotykający do żywego, jest w znakomitej adaptacji reżyserki jeszcze podkręcony z jednej strony wyświetlanymi na wielkim ekranie zdjęciami obciętych przez terrorystów z PI głów, a z drugiej - serią satyrycznych rysunków z polskiej prasy, które szydzą z "brudasów", jak nazywa uciekinierów z Bliskiego Wschodu nasza prawica. Dlatego ten spektakl jest tak ważny, mimo wielu scen kiczowatych i źle zagranych.
Mike Urbaniak / Gazeta Wyborcza nr 1 dodatek - Wysokie Obcasy

 


 

Dla kogo raj, a dla kogo piekło...?

W inscenizacji "Podopiecznych" Elfriede Jelinek łatwo można było ześlizgnąć się w emocjonalny szantaż wobec widzów. Tym bardziej że tekst powstał w momencie, gdy fala uchodźców już przybierała na sile, ale wciąż istniała nadzieja na rozsądne rozwiązanie problemu, a nasze, europejskie, współczucie pozostawało na krzywej wznoszącej. Ale u Jelinek, i w przedstawieniu Teatru Nowego w Zabrzu, wyreżyserowanym przez Katarzynę Deszcz, takiego szantażu nie ma. Jest za to jasna diagnoza tego, co może się stać, jeśli konfliktu "oni-my" nie rozwiążemy. Od powstania tego tekstu niczego jednak nie rozwiązaliśmy...

Czarna wizja austriackiej pisarki, niestety, spełnia się na naszych oczach, a i zabrzański spektakl, dosłownie z tygodnia na tydzień, nabiera nowych znaczeń. Bo choć w planie narracyjnym jest to historia bezimiennej grupy uciekinierów, dobijających w nocy do wymarzonego europejskiego raju, w rzeczywistości oglądamy na scenie dramatyczną opowieść o bezradności. Tych, którzy w desperacji podjęli wędrówkę w nieznane. I tych, którzy próbują im pokazać, że za azyl trzeba zapłacić cenę wyrzeczenia się samych siebie. Upokorzenie uchodźców i przerażenie urzędników emigracyjnych, pokrywane pogardą i lekceważeniem dla przybyszy, narasta w spektaklu wręcz wyczuwalnie. Publiczność miota się od empatii do strachu, od zrozumienia do chęci ucieczki z widowni. Ale spektakl grany jest w ograniczonej przestrzeni (na scenie ledwie kilkanaście rzędów krzeseł) i w ostrych światłach, każdy "widz-uciekinier" jest więc doskonale widoczny dla postaci sztuki i dla innych widzów.

Ów wykreowany przez realizatorów, klaustrofobiczny strach jest tylko teatralną sztuczką, ale działa bezbłędnie - jesteśmy wessani w ten konflikt od początku. I tylko do nas należy decyzja, po której jego stronie się opowiemy.

Tytuł "Podopieczni" jest oczywiście ironiczny. Cała opieka "zbawców" sprowadza się do wypełnienia formularzy i rozdawania przeterminowanej żywności. Dla urzędników masa skumulowanego, ludzkiego nieszczęścia nie ma zresztą żadnych indywidualnych cech; budzi co najwyżej odrazę i strach przed potencjalną chorobą. Frustracja uchodźców powoli zmienia się natomiast w rozczarowanie, potem w gniew, wreszcie w furię, która doprowadzi w konsekwencji do przejęcia "władzy" nad obozem. Nie wiemy zresztą do końca (i dobrze), czy brutalne odwrócenie ról dzieje się naprawdę, czy jest tylko imaginacją urzędników, sparaliżowanych strachem przed uchodźcami.

Mimo realizmu sytuacji i odniesień do rzeczywistości, przedstawienie Teatru Nowego nie jest klasycznym paradokumentem, lecz swojego rodzaju poetycką impresją. Powtarzane (w różnym rytmie) frazy i sytuacje budują aurę nienazwanego wprost, ale stale rosnącego niepokoju. Tajemnicza postać wolontariuszki (?) - w świetnej, niesamowicie ekspresyjnej interpretacji Anny Koniecznej - próbuje łączyć nieprzystawalne (w rzeczywistości po prostu wrogie) światy, z ogromną determinacją. Barier nie da się jednak już obalić; ani litością, ani bezwzględnością. Obydwie strony mówią obcymi językami; dosłownie, ale też kulturowo i emocjonalnie. Okopują się na swoich pozycjach, bezradność zamienia się w gniew, a zrobione komórką zdjęcia odciętych głów rodzin uciekinierów przestają robić wrażenie. Europa rapuje w rytm "Ody do radości" (doskonała scena), uchodźcy dochodzą do granic wytrzymałości, prośby zmieniają się w groźby, nikt nie liczy umierających w obozach dzieci, przybysze też nie ułatwiają sprawy, zamykając się w swoich etnicznych gettach i szykując odwet. Już nie jest przyjaźnie i komfortowo... W tym przedstawieniu nie ma żadnej tezy - jest tylko (aż!) wiwisekcja problemu. To najlepszy od miesięcy spektakl Teatru Nowego. Polecam.
Henryka Wach-Malicka / Polska Dziennik Zachodni nr 50

 


 

Gdzieś między Zemstą i Balladyną

„Widzi pan, oto dwóm naszym krewnym ucina się głowy, potem zostało jeszcze kilkoro, sfotografowani komórką, póki był czas, teraz już żaden, ich już nie ma, ostałem się tylko ja, ale to trudne do rozszyfrowania zrządzenie losu, no bo z jakiego powodu ludzie robią takie rzeczy? (...) Moi dwaj kuzyni zostali pozbawieni głów, błagam pana, wiem, pan by mi tego nie zrobił, pan by nie mógł zrobić czegoś takiego, ale czy moi kuzyni nie mówią sami za siebie? Z poderżniętymi gardłami i oderżniętymi głowami czy nie przemawiają za mną? Czy to nie przemawia do ciebie, że takie ciężkie przeżycia ciążą na mnie? A tak, do ciebie, właśnie do ciebie! Nie?" - Pytają bohaterowie zabrzańskiego przedstawienia „Podopieczni".

Elfriede Jelinek napisała sztukę pod wpływem protestów uchodźców w centrum Wiednia. Kilka lat temu, na trawniku tuż obok kościoła Votivkirche, namioty rozbiła 100 osobowa grupa uchodźców. Protestowali przeciwko złej polityce azylanckiej austriackiego rządu i wegetacji w obozach przejściowych. Kiedy - obok wyrazów poparcia ze strony zwykłych ludzi, pojawiły się głosy przeciwne i doszło nocą do napaści na uchodźców, 30 osób znalazło schronienie w pobliskim kościele. 18 grudnia 2012 roku rozpoczęła się okupacja świątyni.
Protestujący rozdawali ulotki z informacją; „Jesteśmy tu od trzech tygodni i jak dotychczas, nikt nie chciał nas słuchać. Ponieważ nie mamy perspektyw, chcemy wykorzystać kościół jako symboliczne miejsce, jako schronienie."

Dramatopisarka w „Podopiecznych" szeroko nawiązuje do starożytnej sztuki Ajschylosa „Błagalnice". Bohaterkami są kobiety, które chcąc uniknąć przymusu wyjścia za mąż udają się w daleką wyprawę z Egiptu do Grecji. Wyprawa ta kończy się szczęśliwie dla kobiet, którym udaje się uniknąć małżeństwa. Nawiązania obecne już na poziomie samego tytułu. Niemiecka forma „Błagalnic" to „Die Schutzflehende", natomiast bohaterami dramatu Jelinek stają się „Die Schutzbefohlenen". Określenie to wywodzi się z nazewnictwa prawnego i oznacza osoby, którym bezwarunkowo należy udzielić schronienia.

Akcja sztuki rozgrywa się w obozie dla uchodźców, choć równie dobrze może być to wnętrze okupowanego, wiedeńskiego kościoła. Reżyserka Katarzyna Deszcz oddaje im głos, lecz nie ma tu miejsca na klasyczną akcję i dialogi. Kaskada słowna, którą jesteśmy cały czas bombardowani, przynosi świetny efekt – emocjonalne zaangażowanie i refleksję. Pojawiają się również fragmenty medialnych doniesień dotyczące uchodźców, które zostały wkomponowane w rasistowskie, obrzydliwe komentarze internautów.

Anna Konieczna, ubrana w pomarańczową kamizelkę ratunkową, odczytuje zapisane na kartkach strzępki tragicznych historii. Jej często drwiący sposób czytania wyraża emocje całej społeczności - w jej głosie usłyszymy niepewność, strach, żal, pretensję ale także i odwagę. Bohaterzy poruszają się jak maszyny, wykonują kompulsywne ruchy. Zaczepna maniera w głosie Koniecznej wywołuje niepokój, tym bardziej, że na potrzeby wzmocnienia efektu, widownię umieszczono na scenie i wykorzystano ostre światło. Cały czas przygląda się wszystkiemu policjant, a my czujemy się jak na przesłuchaniu.

Zabieg przeniesienia widowni na scenę jest bardzo dobrym pomysłem ponieważ scena widziana z tej perspektywy, przy odpowiednim oświetleniu, daje wrażenie bycia zarazem w obozie dla uchodźców i w kościele. Wszędzie jest pełno namiotów, stosów śmieci, ubrań, walających się pustych butelek i palet z wodą mineralną. Widownię od bohaterów oddziela stolik, za którym siedzi urzędnik (Jarosław Karpuk). Dzięki temu gdy uchodźcy proszą urzędników o pomoc, zwracają się także bezpośrednio do widzów.

Uchodźcy krążą bez celu, powtarzają te same czynności i opowiadają o swoich przeżyciach, traumach i okrucieństwie. Słyszymy ciągle te same zdania a drastyczne projekcje potęgują przerażające wydarzenia bohaterów; „Moi dwaj kuzyni zostali pozbawieni głów, błagam pana, wiem, pan by mi tego nie zrobił."

Pomoc oferowana przez obozowych urzędników zostaje zredukowana do przydziału jedzenia i wody mineralnej, a przetworzony przez komputer urzędniczy głos uwypukla przepaść między przybyszami z dalekich krajów, a biurokratyczną machiną.

Kwestia napływających do Europy Zachodniej ludzi z miejsc targanych konfliktami i krwawymi wojnami jest aktualna jak nigdy wcześniej. Cieszy ogromnie, że Teatr Nowy podjął próbę zmierzenia się z ważnymi problemami, i że tak przejmująco udało się to zrobić. Gdzieś między szkolną „Balladyną" i ograną „Zemstą" jest miejsce na sztukę odważną, która tak jednoznacznie określa swoje stanowisko. „Podopieczni" uświadamiają nam, że zachodnia idea praw człowieka, z perspektywy obozu dla uchodźców, jest niewiele wartym sloganem, a dyskusja, która przetacza się przez Europę, jest efektem kryzysu idei humanizmu.

Blanka Hasterok / Dziennik Teatralny Katowice / 17 marca 2016

link: http://www.dziennikteatralny.pl/artykuly/gdzies-miedzy-zemsta-i-balladyna.html