< - realizacje krajowe | realizacje zagraniczne ->

 

 

Teatr Dramatyczny im. A. Węgierki w Białymstoku

Juliusz Słowacki

Balladyna



Reżyseria – Katarzyna Deszcz

Scenografia - Andrzej Sadowski

Kostiumy - Andrzej Sadowski & Elżbieta Wysocka

Wizualizacje - Krzysztof Kiziewicz

Opracowanie muzyczne - Katarzyna Deszcz & Patryk Ołdziejewski
Inspicjent – Jerzy Taborski

 

Obsada:
Danuta Bach, Justyna Godlewska-Kruczkowska, Arleta Godziszewska, Krystyna Kacprowicz-Sokołowska, Urszula Mazur (gościnnie), Agnieszka Możejko-Szekowska, Jolanta Skorochodzka
Monika Zaborska-Wróblewska, Bernard Bania, Krzysztof Ławniczak, Patryk Ołdziejewski, Sławomir Popławski, Piotr Szekowski, Marek Tyszkiewicz, Franciszek Utko, Leszek Żukowski

Premiera: 25 lutego, Białystok


Foto: Bartek Warzecha

Link do strony Teatru

 

Reality Show

Teatr. Scena i widownia. Wszystko zamienia się we wnętrze studia filmowego, gdzie właśnie za chwilę będzie realizowany na żywo telewizyjny show. Widownia powoli zapełnia się publicznością. Część widzów jest wyraźnie podekscytowana...
Po scenie i widowni od początku kręci się dwóch pracowników. Widać, że oni tu rządzą - pilnują ustawienia kamer, świateł, mikrofonów. Oni też ustalają z publicznością zasady "dozowania" aplauzu. Reakcja publiczności ma być spontaniczna, ale wyłącznie na dany sygnał. Po chwili dowiadujemy się, że tych dwoje dba również o dźwięk i muzykę - przez cały program zza konsolety sterują tym, co dzieje się na scenie i tym co leci z mikrofonu.
Bohaterką reality show jest elegancka, wyniosła, lecz smutna kobieta, która po krótkiej, rzeczowej zapowiedzi prowadzącego program, zaczyna zwierzenia ze swojego życia. To Balladyna - kobieta która zdobyła władzę przez krew, kłamstwa i krzywdę - sprawca i uczestnik lawiny nieszczęść. Bohaterka opowiada zarówno na żywo ze sceny, ale widzimy również przebitki z jej zwierzeń, nagrane wcześniej i wyświetlane na wielkim ekranie w głębi studia. Realizatorzy show pokazują też nam scenki z jej życia. A wszystko rozpoczyna występ gwiazdy disco, czyli Grabca vel Grabiątka, który podbija nie tylko serca publiczności ale i chłodne serce szefowej tego całego interesu medialnego - Goplany.

I tak rozpoczyna się w Teatrze Dramatycznym w Białymstoku opowieść o smutnym i nieszczęśliwym życiu Balladyny, która okazuje się być zabójczą siostrą, niewdzięczną córką, zdradliwą żoną, nieszczerą kochanką i okrutną panią. To opowieść zakończona sceną, w której Balladyna, przed publicznością, na żywo, dokonuje osądu złych czynów i wydaje wyrok na ich sprawców, a ona oraz my, czyli publiczność, doskonale wiemy, że winną tego całego zła jest właśnie ona - Balladyna, i tylko czekamy aż wyda sprawiedliwy i równie okrutny wyrok na samą siebie.
Nieistotne jest gdzie i w jakich czasach toczy się życie Balladyny. Czy będzie to średniowiecze, oświecenie czy współczesność. Wymowa opowieści jest aktualna w każdym czasie, a towarzyszące ludziom emocje w zasadzie w każdej epoce identyczne. I tym właśnie kierowali się twórcy białostockiej adaptacji dramatu Juliusza Słowackiego, lokując całą historię w telewizyjnym studiu, gdzie można wykreować różne realia i epoki, przenieść akcję umownie do odległych czasów króla Popiela albo umiejscowić w epoce baroku i podać widzom w przerysowanym, można nawet powiedzieć, lekko zdegenerowanym obrazie. To, w jaki sposób realizatorzy pokażą nam sceny z życia Balladyny, zależy od scenariusza. A ten scenariusz, na polecenie szefowej całego telewizyjnego interesu, tajemniczej Goplany, szczegółowo realizują jej niezwykle utalentowani asystenci, Skierka i Chochlik, których wszędzie pełno i na wizji i na fonii. Pilnują kamer, kabli, mikrofonów, dbają też o zgodną ze scenariuszem reakcję publiczności oraz o odpowiednie na dany moment emocje, sterowane muzyką i umiejętnie wplecionymi piosenkami. Scenki z życia Balladyny wydają się być specjalnie wykreowane na potrzeby naszego reality show, a o tym, co się wydarzyło, jak i dlaczego, dowiadujemy się zlepiając te sceny, pokazane nam niekoniecznie z zachowaniem chronologii. Dokładnie tak, jak we współczesnych obrazach, gdzie informacje i emocje dozowane są przemyślnie, nie zawsze w odpowiedniej kolejności, a całość historii dopiero na koniec spinana jest klamrą w postaci efektownego albo zaskakującego finału.
Reżyser reality show o Balladynie, pokazując nam te przeróżne sceny, umiejscowione w różnych epokach, w stylizowanych na tamte czasy kostiumach, nawet nie próbuje ukrywać, że to są tylko przebrania, czasami nawet wręcz przerysowane czy karykaturalne, a sceny i postaci - umowne. Na przykład Kirkor, wypowiadający z atencją i z pozoru bardzo poważnie swoje kwestie o wyborze żony, ubrany w ciężką kolczugę i dzierżący w dłoni miecz, a jednocześnie z takim współczesnym błyskiem w oku, przekazujący pozawerbalne pytanie - patrzcie jak fajny ten Kirkor, nie? Albo goście uczty u Pani Balladyny, przebrani w barokowe suknie i peruki, kiwający się rytmicznie zza stołu jak kukiełki. Czy Grabiec w koronie Popiela, wygłaszający swe irracjonalne, ale bardzo dwuznaczne "królewskie" zarządzenia, balansując na kiwającym się stole biesiadnym. Myślę, że z założenia reżysera wszystkie postaci z tej opowieści mają nam sugerować już z góry zaplanowany pewien do nich stosunek - jak to w mediach - gdzie sposób przedstawienia postaci może wywołać w widzach "spodziewany" przez twórców odbiór. To właśnie fenomen telewizji - narzędzia, którym można sterować i informacją, i wizerunkiem.
W naszym show tak naprawdę rządzi Goplana, pojawiająca się na żywo tylko kilka razy i to głównie gdzieś z zaplecza, ale widoczna prawie cały czas w postaci wielkiej projekcji wyświetlanej na ścianach studia - kobiety w karminowym garniturze z głębokim dekoltem, popijającej czerwone wino, z lekkim ironicznym uśmieszkiem na twarzy - tej wielkiej nieobecnej, lecz wszechmocnej szefowej. Albo miłość Goplany - Grabiec - oryginalnie prostak, cham i wieśniak, tu jest gwiazdorem disco w cekinowym stroju, dający niezły popis wokalno-taneczny, śpiewający jak gdyby nigdy nic rymy Słowackiego do muzyki opartej na jednym prostym akordzie. A publiczność szaleje!
Mamy też bardzo ciekawie ukazane postaci Matki i Pustelnika - to bohaterowie ubrani w zgrzebne szarobure szaty, udające ubiory sprzed tysiąca lat - na dodatek aktorsko również umiejscowieni jakby w poprzednich epokach. Świetny zabieg reżyserski, który pokazuje różnicę pokoleń, nawet w sposobie wypowiadania kwestii aktorskich. Starsi zawsze będą postrzegani przez młodzież jako "nie na czasie", a choćby nie wiem jak starszy się wysilał, jego ubiór, mowa, zachowanie będą dla młodszego "oldschoolowe". I takie właśnie retro są te dwie postaci w zestawieniu z pozostałymi. Za to Alina, pomimo równie zgrzebnej szaty i prasłowiańskich sandałów, jest postacią niezwykle współczesną i świetnie oddaje charakter młodego pokolenia - przemądrzałość, arogancja, zbytnia pewność siebie, uszczypliwość i złośliwość, a wszystko to z pięknym niewinnym uśmiechem na twarzy. Brawa dla Uli za świetną kreację tej postaci, tak bardzo autentyczną, że momentami zaczynamy usprawiedliwiać Balladynę i rozumieć, dlaczego to siostra nie kocha siostry i nie życzy jej zbyt dobrze.

Większość postaci zagrana jest bardzo dobrze, i zgodnie z odpowiednią hierarchią, wiemy, kto jest na scenie najważniejszy i kto jaką wizję reżysera realizuje. Tytułowa Balladyna to rola wymarzona dla Justyny Godlewskiej. I to się czuje - nawet wtedy gdy po spektaklu, podczas rozmowy z widzami, opowiada o tej postaci. Robi to z tak wielką pasją, jakby Balladyna przeniknęła do jej umysłu. Szczególnie przejmujące są monologi bohaterki, nagrane wcześniej i wyświetlane na ekranie w głębi sceny. Mam wrażenie, że zamysł reżysera był taki: oto ona Balladyna, stoi przed wami w pełnym świetle, wyostrzającym wszystkie szczegóły, bez okrycia, bez maski, bez pozy - zła, ale piękna, szczera i przerażona, otwierająca przed wami zakamarki swej duszy. Teraz właśnie dowiecie się całej prawdy. I rzeczywiście żeby poznać całą prawdę o Balladynie musimy sobie sami ją skleić, z tych wszystkich scenek i obrazów, do tego dodać własne emocje i doświadczenia i dopiero wtedy wysnuć osobiste wnioski.
Twórcy białostockiej Balladyny nie sugerują nam żadnego osądu, nie stawiają się po żadnej ze stron, tym bardziej też nie sugerują nam do jakich postaci czy faktów z naszej aktualnej rzeczywistości możemy odnieść tę historię. Pokazują nam tylko, do czego może doprowadzić manipulowanie przekazem informacji i odpowiednie sterowanie emocjami. Pokazują nam wymykające się spod kontroli fakty, którymi w którymś momencie już nie daje się w żaden sposób kierować. Gdzie wszystko może potoczyć się inaczej niż zapisaliśmy w scenariuszu. Gdzie ludzkie życie i los może zależeć od błahego z pozoru wydarzenia. Tak jak w Balladynie, przecież cała historia potoczyłaby się inaczej, gdyby Grabiec nie odrzucił miłości Goplany.
W białostockim spektaklu zgubnym efektem tego potoku wydarzeń jest wojna - pokazana bardzo dobitnie i wywołująca w widzach realną grozę. Tu akurat twórcy zdobyli się na dosłowne i wyraźne ostrzeżenie - pokazując projekcje z dokumentalnych obrazów wojny - naloty bombowców, nacierających szturmowców i inne sceny wojenne z różnych światowych konfliktów zbrojnych. Ten właśnie moment jest najbardziej dosłowny i daje wyraźny przekaz. Tak jak inne z sceny możemy zinterpretować dość indywidualnie na swoje własne potrzeby i zgodnie z osobistymi poglądami i wartościami, tak te obrazy ukazujące grozę wojny będą przez wszystkich odebrane dosłownie - wojna to samo zło i najgorsze możliwe rozwiązanie.
Ja osobiście odebrałam przekaz twórców białostockiej Balladyny jako sygnał, jak znaczącą rolę pełnią dziś media, jak mogą kształtować rzeczywistość poprzez takie a nie inne jej pokazywanie. Jak łatwo można wykreować bohatera, który "pociągnie" nasz show i da nam oglądalność czy klikalność. Nieważne, jakie nasz bohater ma prawdziwe intencje, czy jest mądry i dobry, czy szalony, czy chory na władzę - ważne żeby się działo. Ale z drugiej strony to dzięki mediom możemy lepiej poznać i zrozumieć świat i ludzi, bez wychodzenia z domu. Najważniejsze to nie dać się zmanipulować i ogłupić, a informacje filtrować przez gęste sito rzetelnej wiedzy i rozumu.
Nie zawsze jednak da się poznać świat w domowym zaciszu. W przypadku historii Balladyny można przeczytać oryginalny tekst dramatu Juliusza Słowackiego, można obejrzeć archiwalne zapisy innych inscenizacji, można przeczytać relacje i recenzje prasowe i telewizyjne, ale to nie wystarczy. Jednak trzeba koniecznie z domu wyjść i zobaczyć spektakl w Teatrze Dramatycznym. Wtedy dopiero uniwersalny obraz postaci Balladyny i jej historii będzie kompletny.
Ela Sawicka /bia24.pl

Link do źródła: bia24


 

Ogórki, zaloty i Monty Python. Balladyna jak puzzle w studiu filmowym
«Słowacki poszatkowany, pokawałkowany, multimedialny, z nutą disco polo. Są w nim skrzydła husarskie, didżeje w martensach sterujący publiką, montypythonowski klimat i złowrogi też. "Balladyna" czytana przez współczesność to najnowsza propozycja Teatru Dramatycznego. Całkiem ciekawa, choć jednak w tym tyglu trochę czegoś za dużo.
Bez chronologii takiej jak w oryginale. Bez rozbudowanych monologów i niektórych postaci. Bez ugrzecznionej postawy wobec dzieła wieszcza. W ascetycznej scenografii z multimedialnymi ekranami. "Balladyna" w reż. Katarzyny Deszcz to raczej wariacja na temat mechanizmu władzy, odrzuconej miłości, powracających demonów z przeszłości - niż pełnowymiarowy spektakl zgodny z literą oryginału. A jednak to cały czas Słowacki - z myślą przewodnią, ironią, językiem, choć mocno pociętym. Nie ginie raczej w multimediach (choć miejscami jest ich trochę za dużo - niepotrzebne wojenne wizualizacje).
Reżyserka swobodnie żongluje scenami, niektóre przenosząc we współczesność. Czasem zmienia kontekst i realia, czasem coś dopowiada, miesza kostium współczesny z archaicznym. Wszystkie te zabiegi do pewnego momentu raczej nie przyćmiewają myśli Słowackiego. Nie przytłacza jej też nietypowa kompozycja spektaklu. Słowacki właściwie przez cały czas jest na pierwszym planie, choć niekiedy trudno uwierzyć, że śpiewany na discopolową nutę pean miłosny Grabca rzeczywiście jest nadal, choć poszatkowanym, tekstem Słowackiego. A jednak jest. I potrafi zaskoczyć: okazuje się bowiem, że wystarczy nadać tekstowi specyficzny rytm, włożyć w inny kontekst i już wybrzmiewa inaczej.
Nowoczesna bizneswoman.
Sporo tu rozmaitych niespodzianek - na poziomie tekstu, kompozycji, muzyki, fabuły. W sumie do tradycyjnej historii wprowadzają ożywczego ducha, ale też zdarzają się momenty, że o tych niespodziankach myśli się jak jak o zbędnych ozdobnikach. Tak dzieje się bliżej finału, póki co, przez pierwszych kilkadziesiąt minut spektakl ogląda się nieźle.
Historię Balladyny twórcy opowiadają kawałkami, układanymi w konkretne fragmenty. I tak jak podczas układania puzzle'a - wyciąga się ze stosu elementy, przygląda się im, próbując ułożyć jakiś spójny obraz, czasem od końca - tak i tu: aktorzy opowieść o życiu tytułowej bohaterki referują w migawkach, nie zaczynając od początku, a od środka, a wręcz końca.
Migawki są tu słowem kluczem - taką w końcu mamy rzeczywistość: współcześni odbiorcy przyswajają fakty za pomocą migawek, zdjęć, krótkich form. Te dłuższe są przegrane na wstępie. I z takiego założenia wychodzi reżyserka - za pomocą multimediów buduje opowieść migawkową, na nasze czasy, jednocześnie między wierszami stawiając diagnozę odbiorców i sposobu wchłaniania przez nich informacji. Idzie zresztą dalej - opowieść o Balladynie stwarza na oczach widza, umieszczając część bohaterów w studiu filmowym.
Po co? Jak zapowiadała reżyserka - rzecz w tym, by znaleźć współczesny odpowiednik Goplany - baśniowej kreatorki, wróżki, mistrzyni iluzji.
Jednak o ile zamysł, by Goplanę (Agnieszka Możejko) z pani jeziora przechrzcić we współczesną właścicielkę firmy wirtualnej, przetwarzającą treści i kreującą rzeczywistość - był ciekawy, o tyle na scenie nie wypada tak interesująco, jak można było sobie wyobrazić na podstawie zapowiedzi.
To bowiem zabieg - na poziomie scenariusza - nie do końca czytelny. W wirtualnym studiu filmowym na oczach widza opowiadana jest historia głównej bohaterki, której Goplana nienawidzi. Sama zakochana w Grabcu (Marek Tyszkiewicz), nie może znieść, że ten nie interesuje się nią, a Balladyną właśnie. Odrzucona kobieta zaczyna sterować nieco jej życiem, prowokować niektóre wydarzenia. W efekcie na część sytuacji, w których postawiona jest Balladyna, ma wpływ właśnie Goplana.
Tyle w kwestii pomysłów na spektakl. Na scenie niestety jednak nie są one już tak klarowne. Ani wątek ze studiem filmowym, ani sposób, w jaki Goplana steruje życiem Balladyny. Nerwowy wybuch Goplany pod koniec spektaklu: "Poplątałam ludzkie czyny!" to jednak trochę za mało, by jej ingerencję w rzeczywistość i ów ciąg przyczynowo-skutkowy - zrozumieć.
Trochę Monty Pythona
"Balladyna" to spektakl zaskakująco lakoniczny, z ascetyczną scenografią (Andrzej Sadowski), oszczędny w słowach. Sporo tu ciszy, gry twarzą (świetna scena gdy Kirkor przybywa do chaty, by prosić o rękę jednej z sióstr). Ale i w takim lakonicznym spektaklu zdarza się nadmiar - jak wtedy, gdy scenę zasypują wizualizacje, w którym widać obrazy wojny z różnych stron świata. Nawet jeśli intencja jest zrozumiała - i wynika z chęci uniwersalizacji wątków wojny, przemocy, opresji, dziejących się pod każdą szerokością geograficzną - to jednak tu wydaje się być zupełnie niepotrzebna. Szkoda, że rozbija spójny rytm i przewrotny nastrój spektaklu.
A ten jest w białostockiej "Balladynie" bardzo ważny. To nastrój nieoczywisty, o dużym poziomie ambiwalencji, łączący przeciwstawne emocje. Powagę i dramatyzm często przełamuje humor, nie brakuje ironii i karykatury. Sporo tu scen pastiszowych, wręcz montypythonowskich. Weźmy wspomnianego Kirkora (zabawny Leszek Żukowski): rycerzyk z przypasanym drewnianym mieczem, który przybywa nagle i wykrzykuje do sióstr: "Dziewice!" Pojawia się niczym Filip z konopi, który wyskoczył z jakichś ludowych podań czy legend o rycerzach. Jakby pochodził z zupełnie innej historii.
O ile jednak miotając się po scenie ze skrzydłami husarii na plecach i chcąc lecieć do bitwy nawet bez wiedzy o celu - Kirkor wpisuje się w konwencję spektaklu i jego ironiczny podtekst, o tyle towarzyszące mu martyrologiczne i łopatologiczne wizualizacje z wojennymi obrazami - już nie. Zwyczajnie irytują.
Jest zdecydowanie lepiej gdy spektakl pozostaje na poziomie lekkiego pastiszu i przewrotnej niejednoznacznej nuty.
Ogórki i zaloty
Sporo jest w spektaklu ciekawie poprowadzonych scen - w których właśnie przewrotny nastrój ma znaczenie. Choćby mistrzowska scena jedzenia ogórków przez siostry i matkę podczas zalotów Kirkora. Rycerzyk dwoi się i troi, chcąc wypaść jak najlepiej, matka dostaje euforii, nie może się powstrzymać, by nie dotknąć Kirkora. A siostry? Cóż, siostry siedzą sennie ja stołkach, konsumują w spokoju ogórki, czasem rzucą jakiś tekst. Nie wydają się jednak być specjalnie przejęte, że oto za chwilę może zmienić się ich przyszłość.
A że się zmieni, wiemy już wcześniej. W scenie poprzedzającej zaloty, Balladyna mówi: "Zazdroszczę tej, co jeszcze rano mną była". Rzeczywiście, wszystko było jeszcze inne, normalne, zwyczajne. Siostry po prostu jadły ogórki i przyglądały się absztyfikantowi. A w chwilę później nic nie było już takie same. Machina zła ruszyła.
Balladyna zabija siostrę podczas wyprawy na maliny, i z czasem wpada w wir kolejnych zbrodni, wyrzutów sumienia, szaleństwa i strachu, że ktoś odkryje to, co zrobiła. Justyna Godlewska-Kruczkowska gra oszczędnie i sugestywnie. Nie szarżuje, jest wiarygodna. Choć historia jej bohaterki na scenie nie jest linearna, a prezentowana w szarpany sposób - aktorka ciekawie i dość wielowymiarowo prowadzi swoją postać, przeskakując z jednego nastroju w inny. Co łatwe nie jest. Zamknięta w sobie, wsłuchana w siebie, widząca widma swych ofiar, staje się coraz bardziej przerażona, coraz bardziej agresywna, w morderczym szale pospołu z Kostrynem (Bernard Maciej Bania).
Niejednoznacznie wypada też na scenie Alina w kreacji Urszuli Mazur. Potrafi być złośliwa, umie zadbać o siebie, to nie jest wcale przestraszone łagodne dziewczątko. Mimo lakonicznych fraz wypowiadanych przez obie siostry - relacja między nimi oraz matką (Krystyna Kacprowicz-Sokołowska) w spektaklu jest ciekawie zarysowana i wyrazista.
Króluję! Skarb łatam!
I wreszcie muzyka. To jeden z ciekawszych elementów spektaklu. Kołysankowy motyw - śpiewany, szeptany, melorecytowany przez dwójkę chochlików, pamięta się długo po przedstawieniu. A i inne wtręty muzyczne - z pogranicza disco-polo i rapu, generowane na żywo, pasują do konwencji kolejnych scen, zmian nastroju. Muzyką zawiadują Skierka i Chochlik (Monika Zaborska-Wróblewska i Patryk Ołdziejewski). U Słowackiego to duet bajecznych pomagierów Goplany. Tu też mają taką rolę, choć kontekst jest inny, bo przecież i Goplana zmieniła skórę. Współczesne chochliki, - jej współpracownicy, stoją za stołem didżejskim, podkręcają publiczność w studiu filmowym (bo taka też jest), "ustawiają" ich reakcje.
Powołane przez Słowackiego do życia prawie 200 lat temu, nawet w nowym anturażu - w martensach, skórzanych kurteczkach, czy rozciągniętych dresach - potrafią się w nowej przestrzeni doskonale odnaleźć. I ledwie paroma gestami sterować tłumem, który w jednej chwili z gawiedzi wykrzykującej hasła narodowe, nagle zamienia się w publikę discopolowego koncertu. To scena symboliczna, ciekawie pokazuje powierzchowne reakcje, łatwość sterowania tłumem. Wrzeszcząca manifestująca kobieta w jednej chwili, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - może zamienić się w egzaltowaną fankę wokalisty Grabca "Grabiątka". A Grabiątko może zostać królem.
I choć u Słowackiego Grabiec też na chwilę dostaje władzę, to w białostockiej inscenizacji jego rządy zyskują na chwilę inny, groteskowy, zbliżający nas do współczesności, wymiar. "Króluję! Skarb łatam!" - woła butnie i znajomo Grabiec i wskakuje na bujający się niestabilny stół.
Balladyna w Dramatycznym ma potencjał. Niezły pomysł na odświeżenie dramatu romantycznego, ciekawa adaptacja, trochę trafionych zabiegów. Ale są też mielizny, niejasności, nużące wstawki.»
Monika Żmijewska / Gazeta Wyborcza - Białystok nr 50 online

Link do żródła


 

Gwiazda disco polo i królowa w studiu filmowym
Zamiast legend - wirtualna rzeczywistość, zamiast mieczy - wyrafinowane narzędzia zbrodni. Białostocka "Balladyna" jest spektaklem, w którym romantyczny dramat zestawiono z nowoczesnymi środkami wyrazu.
"Balladyna" to pierwsze w tym roku przedstawienie w białostockim Teatrze Dramatycznym. Wyreżyserowała je znana już widzom Katarzyna Deszcz - stworzyła dotychczas spektakle "Pięć kilo cukru" i "Romeo i Julia". Zapowiadała, że "Balladyna" nie będzie realizacją muzealną i koturnową, ale rozumianą przez współczesnego widza. W spektaklu jest więc dużo wizualizacji, kamera na scenie podąża za aktorami, a muzykę wykonuje oryginalny duet. Twórcy przedstawienia pozostają jednak wierni Juliuszowi Słowackiemu i jego opowieści o mechanizmie dochodzenia do władzy po trupach.
Balladyna w studiu filmowym
Początek spektaklu jest zaskakujący. Aktorzy we współczesnych strojach zasiadają na scenie i stają się widzami. Najważniejsze miejsce, na środku - jak przystało na królową Polski - zajęła natomiast Balladyna. Pałeczkę przejmuje Monika Zaborska-Wróblewska (Skierka). Dyryguje publiką, która na hasło "aplauz" ma klaskać. Po chwili zapowiada część artystyczną, w której w błyszczącym stroju gwiazdy disco polo występuje Marek Tyszkiewicz (Grabiec). W rzeczywistości to stojąca z tyłu Goplana (Agnieszka Możejko-Szekowska w czerwonym garniturze, paląca papierosa i popijająca wino) decyduje o ostatecznym kształcie wydarzeń.
W zdecydowany sposób reżyserka pokazuje widzom, że zrezygnowała z baśniowości "Balladyny" na rzecz wirtualnej rzeczywistości. W jej realizacji Goplana nie jest wróżką z jeziora Gopło (sterującą życiem Balladyny), ale szefową studia filmowego (na tym pomyśle mało teatralną scenografię oparł Andrzej Sadowski). Zdaniem Katarzyny Deszcz, to media mają bowiem dziś faktyczny wpływ na rzeczywistość i jej kreowanie. Trudno się nie zgodzić, ale na scenie ten pomysł jest jednak mało czytelny. Idąc tropem studia filmowego, duet Skierka i Chochlik (Patryk Ołdziejewski) wykorzystuje kamerę, nagrywa na nią aktorów (możemy ich obejrzeć na monitorach), ale też zaskoczonych widzów. Tragiczna historia Balladyny przenika się ze współczesną technologią.
"Która więcej malin zbierze, tę za żonę pan wybierze"
Spektakl nie ma chronologicznej ciągłości. Reżyserka stosuje rozwiązanie w stylu retrospekcji. Oglądamy ciekawą wizualnie scenę zbierania malin. Zalany czerwienią las zdaje się zapowiadać przebieg wydarzeń. Balladyna zabija siostrę Alinę, by wrócić z dzbanem pełnym leśnych owoców (w spektaklu ich rolę pełnią czerwone, skaczące kuleczki). W nagrodę zostaje żoną Kirkora. To efekt intrygi zazdrosnej Goplany, zakochanej w Grabcu, który uczuciem darzy jednak Balladynę. Goplana chce przeszkodzić w spotkaniu kochanków, dlatego do chaty Wdowy (która razem z dwiema córkami zajada się ogórkami) posyła Kirkora.
Mocną stroną spektaklu jest muzyka wykonywana przez duet Skierka - Chochlik (za opracowanie muzyczne odpowiadają Katarzyna Deszcz i Patryk Ołdziejewski). "Która więcej malin zbierze, tę za żonę pan wybierze" - śpiewa duet. Piosenka przypominająca kołysankę staje się muzycznym motywem całego spektaklu. Patryk Ołdziejewski używa nie tylko laptopa i mikrofonu, sięga również po melodykę, po raz kolejny udowadniając swoją sceniczną wszechstronność.
Uczta za stołem i wojenny finał
Kiedy Balladyna trafia na zamek, zrywa kontakty ze swoim dawnym otoczeniem. Jej tajemnicę poznał Kostryn (Bernard Bania), który owładnięty żądzą władzy wdaje się z Balladyną w romans. Gdy do zamku przybywa posłaniec (Piotr Szekowski) z zapieczętowaną skrzynią od Kirkora, Kostryn sugeruje, że on także może wiedzieć o zabójstwie Aliny i rzuca się na niego z mieczem. Balladyna pomaga mu w zabójstwie, zadając posłańcowi ciosy nożem.
Podobać może się scena uczty na zamku (aktorów usadzono za stołem jakby na wzór obrazu "Ostatnia wieczerza" Leonarda da Vinci). Na salę wdziera się głodna i spragniona matka Balladyny, ale ta się jej wypiera i każe wyrzucić ją za bramę. Podczas uczty w koronie siedzi Grabiec. To Goplana uczyniła go królem dzwonków, który ma władzę nad przyrodą. Marek Tyszkiewicz nie tylko wchodzi na stół, ale wykorzystuje też jego bujającą konstrukcję.
Po zabiciu Grabca (posiada koronę) i Pustelnika (posiada tajemnicę), Balladyna i Kostryn wyruszają do walki przeciwko Kirkorowi. Wygrywają, Kirkor ginie. O ile w całym spektaklu wizualizacje Krzysztofa Kiziewicza są trafione (stawia w nich na aktorów), tak finał utrzymany w wojennej stylistyce (naloty bombowców!) jest zupełnie niespójny z resztą przedstawienia. Psuje też jego ostateczny odbiór.
Ponadczasowe przesłanie w nowej szacie
Balladyna dociera na szczyt - zostaje polską królową. Jej kariera to jednak pasmo zbrodni i kłamstw, ale też piekło wyrzutów sumienia i przerażenia. Cały czas towarzyszy jej przekonanie, że ktoś inny steruje jej życiem. To oszalała z zazdrości Goplana, złośliwa siostra, zaborcza, prymitywna matka, ale też mężczyźni ogarnięci obsesją władzy.
Grająca tytułową bohaterkę Justyna Godlewska-Kruczkowska jest przekonująca. Jej postać to kobieta wyniosła i zdeterminowana, ale też wielowymiarowa. Reżyserka przywołuje kluczowe dla niej słowa Balladyny: "Będę czym dawno byłabym, zrodzona pod inną gwiazdą". Duchy przeszłości wracają, trudno przejść nad nimi do porządku dziennego (czerwona plama z czoła nie schodzi).
Sceniczne zadanie dobrze wypełniają wszyscy aktorzy. Kirkor w wykonaniu Leszka Żukowskiego (gościnnie) ma zabawny rys, dobrym pomysłem jest przerysowanie tej postaci. Goplana Agnieszki Możejko-Szekowskiej doskonale zna mechanizmy rządzące korporacją. Z kolei Grabiec Marka Tyszkiewicza przypomina coraz śmielej lansowanych ostatnio pseudogwiazdorów disco polo.
Pytanie, które stawiał Słowacki prawie 200 lat temu - czy da się zatrzymać machinę zła i żyć uczciwie po osiągnięciu wymarzonego celu, wciąż pozostaje aktualne. Problemem jest jednak sposób, jaki reżyserka wybrała, by przypomnieć ponadczasowe przesłanie. Być może młodzieżowej widowni (wszak w marcu i kwietniu zostanie zagranych ponad 20 spektakli dla szkół) bardziej przypadnie do gustu ten mariaż klasyki z nowoczesnością.
Anna Dycha / www.bialystokonline.pl
Link do źródła



Białostocka Balladyna jak TV show w czasach paradokumentów
Katarzyna Deszcz, reżyserka białostockiej adaptacji dramatu Juliusza Słowackiego, przeniosła historię walki o władzę do studia telewizyjnego, gdzie najważniejsze są emocje, nie moralność.
Początek przedstawienia zapowiada bardzo obiecującą adaptację. Zaburzając linearny charakter dramatu Juliusza Słowackiego rozpoczyna się ona od krótkiej przemowy Kanclerza z aktu V, zaś scena zamienia się w halę, gdzie kręcony będzie talk show na zmianę z paradokumentem. Któż bowiem, uprawiając "skakanie po kanałach" nie spotkał się z bohaterami zwracającymi się do widza i tłumaczącymi im bezpośrednio swoje uczucia i motywy postępowania. Wielki ekran umieszczony w tle, w centralnym punkcie sceny z pobladłą twarzą Balladyny (w tej roli trafnie obsadzona Justyna Godlewska-Kruczko-wska) będzie stanowił ważny element dramaturgii. Sposób, w jaki aktorka wypowiada swoje kwestie, miał chyba w jej zamyśle uczynić z opętanej żądzą sukcesu życiowego młodej panny osobę wielowymiarową, ale przytłumiony piosenkami, czy scenami zbiorowymi, traci moc potrącania wrażliwszych strun w duszach odbiorców.
Zapraszamy przed ekrany
Zabawne nawiązanie do programów na żywo z obowiązkowymi aplauzami publiczności, widzowie, którzy zdecydowali się przyjść na premierę, bądź zostali na nią zaproszeni, podjęli dość ochoczo, zaś pojawienie się Grabca w roli gwiazdora disco polo i łamacza serc niewieścich budzi tyle samo uśmiechu, co trwogi z diagnozy stanu dzisiejszych mediów, jaką czyni Katarzyna Deszcz. Warto przy tym podkreślić, że wszelkie słowa padające ze sceny napisał tylko i wyłącznie Juliusz Słowacki. Analizując inscenizację pod kątem nawiązań do współczesnych produkcji telewizyjnych, z pewnym przymrużeniem oka można też w Goplanie odnaleźć bohaterkę sławnego przeboju "Mydełko Fa". Pojawia się ona niemal wyłącznie za szklaną szybą, najpierw jako obiekt pocałunków jurnego Grabca, później zaś jak typowa "caryca mediów" - postać spotykana niezwykle często w kulisach niejednej stacji telewizyjnej. Bycie w mediach ma swoją cenę, często jest nią upokorzenie. A czyż nie jest upokarzającym przygrywanie Grabcowi disco polo, czy wykonywanie brudnych poleceń Goplany? Ale za to i Skierka, i Chochlik są w świetle reflektorów non stop, częściej niż rycerze i królowie. Czy to jawne szyderstwo reżyserki, ukazujące, że w mediach fałszujący duet, w dodatku sprowadzający słuchaczy na manowce, może być tak samo wartościowy jak transmisje z noworocznych koncertów filharmoników wiedeńskich?
Wiele z wciąż aktualnych diagnoz zawarł w swoim tekście sam Juliusz Słowacki. Wprowadzony w retrospek-cjach owej paradokumentalnej realizacji Pustelnik wytyka na przykład zapalczywość i pogoń za szczęściem młodych, zaś ów goniący za nim Kirkor opisuje swoją krainę:
Ta sama Polska, niegdyś tak
obfita, Staje się co rok szarańczy
szpichlerzem;
Niegdyś tak bitna, dziś bladym
rycerzem
Z głodami walczy i z widmem
zarazy.
Wspaniale jeden z trzech wieszczów opisał cechy ubogich wdów i panien. Chciwa matka, za życie w luksusach wyrzeknie się dawnej kumy, zaś siostrobójstwo stanie się początkiem tragedii, która definitywnie zakończy dzieje wdowy i jej dwóch urodziwych córek. Czy jedna zbrodnia pociąga za sobą następną, czy ten, kto podżega do zabójstwa nie powinien ponieść równie surowej kary? Kiedy Balladyna w walce o maliny - klucz do bogatego zamążpójścia, zabija Alinę (bezpretensjonalna Urszula Mazur), Goplana (popijająca wino i paląca papierosy Agnieszka Możejko-Szekowska) przygląda się zbrodni zza szyby. Studia telewizyjnego, tafli Gopła? Umieszczając swoją Goplanę za szybą, Katarzyna Deszcz wspomagając się Słowackim stawia być może jeszcze jedno pytanie - w XXI wieku równie ważne. Czy przyglądając się zbrodni z drugiej strony kamery, relacjonując zbrodnie czy wojny w mediach, nie bierzemy na siebie części odpowiedzialności za rozprzestrzenianie zła? Goplana u Słowackiego płaci za sprowokowanie śmierci utratą kochanka. Na nic mu korona, na nic operetkowe dekrety opodatkowania przyrody (swoją drogą brzmiące nad wyraz surrealistycznie i aktualnie zarazem) -i tak będzie ofiarą walki o władzę. No, może tylko jego śmierć będzie przyjemniejsza, bo zaznał wcześniej wdzięków nie tylko Balladyny, zdobył niejaką sławę, a zmarł - jak żył - będąc zapewne pijanym. Katarzyna Deszcz odziera dramat Słowackiego z baśniowości, nie zauważyłem retrospekcji tyczącej przemiany nieposłusznego woli królowej Gopła domniemanego kochanka w wierzbę płaczącą. Reżyserka oszczędza początkowo widzom widoku Kirkora z orlimi piórami. Ten narodowy atrybut przywdzieje rycerz dopiero do śmiertelnego boju z własną żoną. Pokona go Niemiec, ale dlaczego zwycięzca oddali się do krainy duchów po spożyciu chleba z rąk wdzięcznego ludu, dowiedzieć się trudno.
"Będę, czym dawno byłabym, zrodzona Pod inną gwiazdą. Życie pełne trudu Na dwie połowy przecięła korona".
Te słowa Balladyny być może nieco tłumaczą serię jej zbrodni. To także nawiązanie do słów Pustelnika, który wyrzeka na podłość serc królowych i księżniczek. Zatem władza, ba, walka o władzę i zmianę statusu społecznego może usprawiedliwiać wszelakie niegodziwości, łącznie z wyrzeczeniem się własnej matki? Zanim nadejdzie rozstrzygnięcie w jednej z lepszych scen spektaklu, uczty na zamku, Balladyna widząc ducha Aliny, rzuca się na skrzynię - symbol mężowskiej próby lojalności, jak na trumnę zamordowanej siostry. Druga to zdecydowanie scena bitwy pomiędzy Kirkorem a wspomnianym Niemcem Fon Kostrynem. Zanim stanie on do walki o władzę, uwiedzie, czy też da się uwieść Balladynie, zaś konsumpcja owego zbrodniczego związku ukazana jest w szatach epoki Jana Klemensa Branickiego. To pewnie ukłon w stronę Elżbiety Wysockiej, autorki kostiumów do spektaklu i rekon-struktorki dworskich sukien z czasów Izabelli Branickiej. Kiedy zetrą się armie, aktorzy przywdziewają współczesne stroje, zaś w wielkich ramach widać Piotra Szekowskiego i Sławomira Popławskiego, którzy wzorem dwóch zwalczających się obozów i konkurencyjnych stacji TV odpowiednio komentują przebieg starcia. Wrażenie medialnych relacji mają wzmagać wyświetlane na ścianach i ekranach telewizyjnych migawki z frontów, jednak obrazy hitlerowskich nalotów wydają się być w tej farsowej scenie co najmniej dyskusyjne. Za to Kirkor, z dopiętymi wreszcie skrzydłami orlimi, jawi się wykpiwanym przez Słowackiego hurrapatriotą, którego odpowiednik dziś znaleźlibyśmy pewnie wśród klientów sklepów z tak zwaną odzieżą patriotyczną, gdzie aż roi się od husarskich skrzydeł na T-shirtach.
Moralność czy emocje?
Białostocka Balladyna zamyka się reżyserską kodą - powrotem do studia TV. Tam sądząca i poddawana osądowi Balladyna - celebrytka w końcu wypowie słowa "Winna śmierci". Jednak czy strzeli w nią piorun, dosięgnie ją z niebios ręka sprawiedliwości, jak to ma miejsce u Słowackiego? Poruszenie na widowni talk show to raczej aplauz, radość ze wspólnoty myśli gwiazdy i widzów medialnego show, a nie kara za grzechy. A zatem media, w imię oglądalności, umieją wybaczyć? Czy takie było przesłanie reżyserującej spektakl i dekomponującej dramat Juliusza Słowackiego Katarzyny Deszcz? Niewykluczone. Na konferencji prasowej przed premierą nie zostawiła na współczesnych mediach suchej nitki. Czy taka adaptacja może pomóc w poznaniu dzieła należącego do kanonu polskiej literatury przez młodzież - nie mam pojęcia.
Jerzy Doroszkiewicz / Kurier Poranny nr 43


 

Balladyna byłaby dziś celebrytką
Ironiczna antybaśń napisana przez Juliusza Słowackiego, a wyreżyserowana przez Katarzynę Deszcz przenosi widza Teatru Dramatycznego w Białymstoku do współczesnego studia filmowego kierowanego przez Goplanę, już nie królową fali, ale "królową" na fali. Bo na fali chcą być teraz wszyscy - z Balladyną na czele.
"Balladyna", której premiera miała miejsce w sobotę, 25 lutego w Teatrze Dramatycznym im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku to trzecia realizacja tego (anty)dramatu w karierze Katarzyny Deszcz. Białostocka publiczność "rękę" Deszcz już zna z poprzednich sztuk: "Pięć kilo cukru", "Romeo i Julia".
W uwspółcześnionej wersji dramatu Juliusza Słowackiego reżyser zdecydowała się na wprowadzenie skrótów, pozostawiając tekst w wersji wiernej oryginałowi. Opowieść nie jest jednak prowadzona chronologicznie.
Na niemal pustej scenie - nie na tronie, ale na zwykłym krześle zasiada Balladyna (w tej roli Justyna Godlewska-Kruczkowska) nie w bogatej, strojnej sukni (choć i w takiej można ją zobaczyć), ale w czarnej garsonce. Zanim jednak przemówi: "Będę czym dawno byłabym, zrodzona pod inną gwiazdą", usłyszymy fragment listu dedykacyjnego do Krasińskiego: "Wychodzi na świat Balladyna z ariostycznym uśmiechem na twarzy, obdarzona wewnętrzną siłą urągania się z tłumu ludzkiego, z porządku i z ładu, jakim się wszystko dzieje na świecie". Tu się wszystko zaczyna.
Jak zapowiadała reżyser - ta "Balladyna" na pewno nie będzie muzealna, na pewno nie koturnowa. I taka nie jest. Poszczególne sceny równie dobrze mogłyby być odcinkami telenoweli powstającej w studiu telewizyjnym, w którym rządzi Goplana, w modnym outficie przez współczesne szafiarki określanym mianem total look. Jej asystenci to oczywiście Skierka i Chochlik, którzy za pomocą obrazu i dźwięku reżyserują kolejne części serialu o sławie, bogactwie, zdradzie i morderstwie.
Serial taki zapewne szybko zyskałby popularność, a Balladyna zostałaby celebrytką. Dziś każdy może zostać przecież ekspertem albo gwiazdą lub jednym i drugim. Nie tak dawno z pierwszej strony brukowca zerkała na czytelnika matka Madzi z Sosnowca, siedząca na koniu i przekonująca o potrzebie realizacji własnych marzeń i pasji.
Po swoje marzenia sięga przecież i Balladyna. Nie zawaha się zabić siostry, zabić kochanka, z którym spodziewa się dziecka, odtrącić matki, nie zawaha się wydać wreszcie wyroku śmierci na samą siebie - przy wtórze braw aktorów i publiczności. Aplauz, aplauz, aplauz miga na ekranach trzech telewizorów znajdujących się w teatralnym studiu filmowym. Prawie jak w talk show.
Kreacja nierzeczywistej rzeczywistości w "Balladynie" raz przenosi publiczność do niby-współczesności, a raz do czasów niby-minionych. Do ubogiej chaty - za Pustelnika radą - przybywa rycerz poszukujący żony bez skazy, wiernej i uczciwej. I tak bliskie spełnienia jest marzenie Balladyny, Aliny i Wdowy o dostatnim życiu. Marzenie, które Balladyna chce zrealizować tylko dla siebie. Dziewczyna z ludu chce bogactw i księcia z bajki, jest żądna sławy i władzy. Zrobi wszystko, by po to sięgnąć. Napisana przez Juliusza Słowackiego w 1834 roku "Balladyna" jest zaskakująco aktualna.
W białostockiej "Balladynie" Katarzyna Deszcz wraz z zespołem wprowadziła interesujące rozwiązania sceniczne. W tej sztuce Goplana, która u Słowackiego jest jak "Bańka z kryształu, którą wichry z błękitu fali i barwami kwiatu maluję zorze", gdy nudzi się w studiu, pali papierosa i pije wino. Nie odlatuje z kluczem żurawi na północ, wychodzi z sali teatralnej, trzaskając drzwiami z niezadowoleniem godnym kapryśnej szefowej - królowej.
Skierka śpiewa podczas spektaklu wielokrotnie: Matko, w lesie są maliny, Niechaj idą w las dziewczyny, Która więcej malin zbierze, Tę za żonę pan wybierze. Balladyna na to się nie godzi. Zabija swoją siostrę, a krwawe znamię, które pojawia się na czole Balladyny, w sztuce czyni Goplana, całując czoło przyszłej królowej i zostawiając na nim odcisk krwistoczerwonej szminki.
W ciekawy sposób Katarzyna Deszcz zrealizowała także scenę uczty. Atmosfera pełna grozy, zwiastująca rychły koniec Balladyny, została podkreślona światłem i rekwizytem. Stół jak okręt podczas sztormu, tuż przed zatonięciem, przechyla się niebezpiecznie raz w jedną, raz w drugą stronę. Zaskakujących pomysłów realizacyjnych jest w tej sztuce więcej. Nie można nie wspomnieć o Grabku, który w garniturze z cekinów przeistacza się na chwilę w gwiazdę disco polo - gatunku, który ostatnio w telewizji często gości.
Kto oczekiwał po białostockiej "Balladynie" konwencjonalnego spektaklu lekturowego, zakończonego mocnym finałem w postaci piorunów z nieba, będzie zapewne zaskoczony. Nie ma w nim bowiem wiele sentymentalnej maniery.
Jestem ciekawa, z jakim przyjęciem "Balladyna" spotka się ze strony uczniów i nauczycieli. Terminy spektakli dla szkół można sprawdzić na stronie Teatru Dramatycznego w Białymstoku.
Iwona Danilewicz / www.niebywalesuwalki.pl