< - realizacje krajowe | realizacje zagraniczne ->

 

 

Teatr im. Stefana Żeromskiego 
Shelagh Stephenson
Milczenie

 

Tłumaczenie: Elżbieta Woźniak

 

Scenografia: Andrzej Sadowski
Muzyka: Nigel Piper

Video: Michał Bożek

 

Obsada:  
Mary - Teresa Bielińska

Susan - Marzena Ciuła-Szczerska

Janet - Zuzanna Wierzbińska

Billy - Mirosław Bieliński
oraz w projekcji filmowej - Maciej Pesta - Andrzej Plata - Łukasz Pruchniewicz - Edward Janaszek

 

Premiera: 20-11-2010


 

Milczenie rodzi zło
To zdarzyło się naprawdę: matka i dwie córki zamordowały ojca i męża. Ich historia zainspirowała Brytyjkę Shelagh Stephenson, do napisania sztuki Milczenie. Od soboty mogą ją oglądać widzowie kieleckiego teatru.

Spektakl zaczyna scena morderstwa. Do śpiącego mężczyzny podchodzą czy raczej wmaszerowują trzy kobiety. Padają strzały. Kolejne sceny to rozmowy morderczyń: córek i żony zabitego z policjantem, prawnikami, psychiatrą przeplatane scenami z przeszłości. Dzięki nim dowiadujemy się co działo się w tym domu.
Córki (obie po 30-tce) piszą do matki list zachwycając się celą w areszcie i żartując z regulaminu, który jest niczym w porównaniu z tym jaki wprowadził w domu ich ojciec - tyran bijący je za każde jego przekroczenie: za brzęczące naczynia, za rozmowy, za niewłaściwą odległość miedzy przedmiotami. Złamany nos, ręce, siniaki to efekty ojcowskich pouczeń.
W retrospektywnych scenach poznajemy przeszłość Billego - ojca, który w dzieciństwie był maltretowany przez matkę a teraz ma, jak mówi, własną armię, rodzinę, która należy tylko do niego.
Poznajemy historię matki - Marii, wcześnie osieroconej, nieśmiałej i lękliwej dziewczyny, której Billy wydawał się wybawieniem. Ona tylko raz odważyła się uciec, ale kiedy połamał jej żebra i zagroził, że następnym razem zabije poddała się. Nie protestowała, kiedy gwałcił córki, kiedy katował ją i dzieci. Wszystkie trzy kobiety akceptowały to co się działo, innego świata nie znały. Kochały ojca i podkreślały, że nie był złym człowiekiem. Do morderstwa pchnął je strach o własne życie, wiedziały, że albo one, albo on.
Żadna z osób próbujących im pomóc nie jest w stanie zrozumieć, dlaczego nie buntowały się, nie wołały o pomoc. To Susan wykrzykuje: Pan by też tak robił, nie można było inaczej.
Brutalnego, odpychającego, ale i czułego Billego przekonująco zagrał Mirosław Bieliński, jego zahukaną żonę Teresa Bielińska. Marzena Ciuła-Szczerska i Zuzanna Wierzbińska, to siostry Susan i Janet - naiwne, nierozłączne, czasami nawet mówiące jednym głosem. Monolog starszej Susan wywołuje dreszcze, a oczy wilgotnieją gdy młodszej głos drży jakby chciała powstrzymać łzy.
Czterem świetnym kreacjom głównych bohaterów dorównują koledzy z planu filmowego. Policjant, prawnicy, psychiatra pokazani są na ekranie w olbrzymich zbliżeniach - widać tylko ich twarze, więc tym większe brawa dla całej czwórki: Janaszka, Pesty, Pruchniewicza, Platy (debiut na kieleckiej scenie), za stworzenie tak wiarygodnych postaci. Zaproponowany przez reżyser Katarzynę Deszcz zabieg okazał się świetny i dla tempa narracji i dla uatrakcyjnienia formy spektaklu.
Oszczędna scenografia Andrzeja Sadowskiego wzmacnia oskarżycielski wydźwięk tego, co oglądamy. Sztuka mówi o milczeniu, które towarzyszy przemocy w rodzinie. Milczą ofiary, kat, ale także sąsiedzi, nauczyciele. To milczenie przerywa Stephenson pokazując, że zło rodzi się w milczeniu świata.

Lidia Cichocka ECHO DNIA



«"Milczenie" w reżyserii Katarzyny Deszcz od pierwszej chwili chwyta za gardło. Krzyczy i wymierza kolejne ciosy tak, by ani przez chwilę "ofiara" nie poczuła się zbyt wygodnie. Bo i o tej sztuce nie można milczeć!
Sezon w Teatrze im. Stefana Żeromskiego rozpoczyna od mocnego uderzenia. Przygotowywany w pośpiechu i poza planem spektakl (wypełnia lukę po "Śnie nocy letniej", którego premiera z powodu choroby reżysera została przesunięta) na pewno będzie jednym z ważniejszych punktów repertuaru. Ze względu na temat, który porusza, ale przede wszystkim sposób, w jaki to robi.
Bo "Milczenie" to przede wszystkim popis aktorskiej gry. Kobiety: Marzena Ciuła-Szczerska (szczególne ukłony opowieść o doświadczeniach maltretowanej Suzan), Teresa Bielińska (zastraszona i uzależniona od męża psychopaty Mary) i Zuzanna Wierzbińska (depresyjna, ale zmuszająca się do uśmiechu Janet, bo on tego chce) są niezwykle sugestywne. Po mistrzowsku budują napięcie i operują emocjami - od niedowierzania, smutku, przez specyficzną radość i sympatię, po współczucie i przerażanie. Bo ta historia nie może się dobrze skończyć. Panie co chwilę wciskają widza - swoją "ofiarę" - w fotel. Świetnie w rolę wchodzi Mirosław Bieliński (Billy), który od początku budzi niechęć i obrzydzenie, który nie pozwala widzowi nawet na cień współczucia. Ciekawym pomysłem było umieszczenie śledczych na filmie wyświetlanym na jednej ze ścian. Edward Janaszek, Maciej Pesta, Andrzej Plata i Łukasz Pruchniewicz nie mieli łatwego zadania, dysponując twarzą jako jedynym środkiem wyrazu. Wywiązali się z niego bezbłędnie.
Aktorom "nie przeszkadza" też ascetyczna scenografia Andrzeja Sadowskiego. Cela, w której bohaterki są po zabójstwie, ale też ta, w której żyją na co dzień. Więzieniem jest dom-twierdza, który dzielą z oprawcą. Więzienie jest wreszcie w nich samych, zniewolonych i zastraszonych.
Spektakl powstał na podstawie tekstu brytyjskiej autorki Shelagh Stephenson, która snuje opowieść wokół rodzinnego dramatu. Scenariusz dla wielu jest doskonale znany. On - psychopatyczny ojciec znęca się nad swoimi kobietami: żoną i dwoma córkami. Krzyczy i bije, gdy zbyt głośno włączą światło, gdy szklanka nie jest ustawiona 25 centymetrów od brzegu stołu lub gdy masło na grzance nie zostało rozsmarowane w odpowiednią stronę. Bo najważniejszy jest regulamin, a że ciągle go zmienia, to o pomyłkę nietrudno. Upaja się zapachem krwi i strachu. Ale kocha swoje kobiety. Ubiera je w czerwone marynarki, by zawsze mógł je wypatrzyć, kupuje córkom obrączki, by żaden inny mężczyzna nie próbował się nimi zainteresować i wchodzi w nocy do ich łóżek. Wybawieniem od ojca i męża potwora może być tylko śmierć. Jego śmierć! Pozornym jednak. Bo on wraca jako senny koszmar.
Shelag Stephenson, a za nią Katarzyna Deszcz analizują postępowanie bohaterów cofając się do ich przeszłości. Do sadystycznej matki, która zamykała syna na ciemnym piętrze, do dzieciństwa tej, którą w późniejszych latach wybrał sobie za żonę, zagubionej i samotnej półsieroty i córki alkoholika. "Czy chcesz nam o czymś powiedzieć?" - pytali jedną z córek lekarze, gdy trafiała do szpitala. "Nie, nic, nie. Bo co mogłam im powiedzieć. Jak zacząć? Wiedziałam, że gdybym powiedziała, zabiłby nas wszystkie". Dlaczego milczeli sąsiedzi, gdy całował córki na ulicy, ale "nie tak, jak całuje ojciec. Milczałyśmy my... i świat" - mówi Susan, a to oskarżenie jeszcze długo brzmi w uszach.
Ktoś może powiedzieć, że temat jest doskonale znany, więc po co znów go poruszać. Może mieć dość, bo telewizja, prasa, a teraz jeszcze teatr atakuje go obrazami, których nie chce oglądać. Ale powinien! Z badań wynika, że co piąta kobieta w Polsce jest ofiarą przemocy domowej, a co dziesiąta jest stale i wielokrotnie maltretowana. Według CBOS 37 proc. Polaków i aż 41 proc. pań zna przynajmniej jedną bitą i zastraszaną kobietę. W 2008 roku policja odnotowała przypadki blisko 140 tys. ofiar przemocy domowej, w tym prawie 82 tys. to kobiety, 31 tys. dzieci do lat 13, a kolejnych 15 tys. to nieletni w wieku 13-18 lat.
Te liczby są wystarczającym powodem, by "Milczenie" na deskach kieleckiego teatru pokazywać. A gdy dołożymy do tego niezaprzeczalne walory artystyczne, to spektakl trzeba. Polecam!»
"Widzimy, wiemy, nie milczymy"

Monika Rosmanowska
Gazeta Wyborcza Kielce nr 272
22-11-2010


 

Cela domowego ogniska

"Milczenie" w reż. Katarzyny Deszcz w Teatrze im. Żeromskiego w Kielcach. Recenzja Ryszarda Kozieja z Radia Kielce.

Medialne doniesienia o przemocy w rodzinie regularnie pojawiają się w prasie i programach informacyjnych radia i telewizji. Gdy stanie się tragedia, gdy ktoś zginie, gdy złoczyńca zostanie schwytany, osądzony dowiadujemy się o ogromie zła. Dawniej tabloidy, teraz już niemal wszystkie media karmią się takimi informacjami, to znak, że te tragedie dobrze się sprzedają, chcemy o nich wiedzieć. Dlaczego? Odpowiedzi jest sporo, niejedna praca naukowa na ten temat powstała. Nieradzenie sobie z rodzinnymi relacjami, patologiczne, toksyczne związki to przecież nic nowego a ich skala pewno nie jest ani większa, ani mniejsza niż dawniej. W każdym razie jest to zawsze dramat konkretnych ludzi, a jako temat sztuki teatralnej - próba interpretacji zjawiska, próba odejścia od informacyjnego, czy publicystycznego newsa na rzecz bardziej uniwersalnego spojrzenia i odwiecznego w teatrze pytania o niejednoznaczność ludzkiej natury.

Dramat "Milczenie" Shelagh Stephenson w reżyserii Katarzyny Deszcz, którego premierę na małej scenie Teatru imienia Stefana Żeromskiego w Kielcach mogliśmy zobaczyć w miniony weekend, jest właśnie taką sztuką opartą na autentycznym zdarzeniu, gdy trzy kobiety - matka i dwie dorosłe córki - zabijają mężczyznę, który jako mąż i ojciec torturował je latami fizycznie i psychicznie. W samym dramacie każda z postaci jest silnie motywowana psychicznie, widać to także w przedstawieniu. Widać przede wszystkim ową niejednoznaczność każdej z osób dramatu. Billy (Mirosław Bieliński) - oprawca i sadysta - to w istocie człowiek głęboko pokrzywdzony , w dzieciństwie maltretowany psychicznie przez matkę, w dorosłym życiu niejako oddaje to co tkwi w nim od kilkudziesięciu lat. Czy jest potworem? Oczywiście że jest. Czy jest nam go żal? Pewno tak. Żal każdej z postaci. Żona Billego - Mary (Teresa Bielińska) - sierota, córka alkoholika zamieniła samotność dziecka na samotność przebywania w domowym więzieniu. Nie zamieniła sama, życie po prostu tak się potoczyło, ona poszukiwała kogoś miłego i czułego, niejako ojca, którego praktycznie nie miała, on taki był na początku, podświadomie szukał osoby łagodnej, bezwolnej, przeciwieństwa matki i tak połączyli się, tak narodziło się to małżeństwo. Scenariusz jak z romantycznej komedii. Scenariusz kieleckiego spektaklu jest inny. Historię choroby rodziny poznajemy niejako od końca - od zabójstwa. Później obserwujemy bohaterki w więzieniu, Billy pojawia się na scenie jako projekcje senne bohaterek.

Spektakl w dużej części składa się z monologów postaci, co znów silnie motywowane jest psychologicznie, domyślamy się, że w tym domu nie rozmawiano ze sobą. Bardzo dobre wyraziste kreacje stworzyły obok Teresy i Mirosława Bielińskich także Marzena Ciuła-Szczerska jako Susan i Zuzanna Wierzbińska jako Janet. Obydwie gwałcone i kaleczone psychicznie przez ojca są jakby nieświadome koszmaru, który je dotknął - kolejna w tym spektaklu prawda psychologiczna. One tylko przeczuwają, że działo się coś złego, w rzeczywistości spychają głęboko w podświadomość swój ból - psychika Susan znosi to lepiej, psychiką Janet targają od czasu do czasu konwulsje.

W odbiorze spektaklu niezwykle pomaga scenografia Andrzeja Sadowskiego - cały czas taka sama - rzecz dzieje się w więziennej celi, gdzie trafiły morderczynie, ale przecież ich rodzinny dom nie był niczym innym. Pomagają wizualizacje - przesłuchania więźniarek - policjanci, prokuratorzy są nierealni - z innego świata niż ten, w którym żyli bohaterowie spektaklu.

Tabloidowa czołówka w teatrze? Absolutnie nie. Może zabrzmi to dziwnie, ale ta sztuka jest o nas wszystkich, nie żebyśmy byli sadystami czy ofiarami, nie w tym znaczeniu. Proszę zauważyć, że coraz bardziej, nawet w rodzinach, zamykamy się w swoich celach i zamiast rozmawiać ze sobą, tylko się informujemy i tylko wydajemy sobie polecenia. Jakiś cień zamkniętego świata widzianego w tym spektaklu, niestety możemy odnaleźć w swoich domach. Dobrze zobaczyć to przedstawienie. Dla nas samych.


 

Pierwsza w tym sezonie premiera w kieleckim Teatrze im. Stefana Żeromskiego to „Milczenie” Shelagh Stephenson. Autorka w Polsce znana jest głównie z kilku realizacji sztuki „Pamięć wody”, lirycznej komedii o skomplikowanych relacjach rodzinnych.
 „Milczenie”, które także było kilkakrotnie wystawiane m.in. w teatrach w Bielsku-Białej, Częstochowie i Olsztynie, również porusza problem rodziny. Jednak z komedią nie ma nic wspólnego. To ponura tragedia. Oparta na faktach historia maltretowanych przez ojca i męża trzech kobiet – żony i dwóch córek. Poddane nieludzkiej tresurze, znosiły upokorzenie, gwałt i przemoc. Rodzinny dom był dla nich najgorszym więzieniem. Każdy ruch, gest czy spojrzenie niezgodne z opracowanym przez oprawcę regulaminem kończył się biciem i kopaniem. Sterroryzowane fizycznie i psychicznie nie umiały się bronić. Traktowane tak przez całe lata, nawet po zamordowaniu kata i uniewinnieniu, nie potrafiły normalnie żyć.
Autorka, opowiadając te przerażającą historie, jednocześnie próbuje wyjaśnić, skąd takie zachowania oprawcy – traumatyczne przeżycia z dzieciństwa i wczesnej młodości, brak akceptacji i miłości. Wydaje się, że wszystko to świetnie znamy z prasowych artykułów czy telewizyjnych reportaży. Stąd wrażenie przewidywalności losów scenicznych postaci i interwencyjnego charakteru sztuki. Tak jednak nie jest. Dramat rozpisany na krótkie sceny, często monologi, analizuje psychikę bohaterów, w retrospekcjach szuka ich motywów postępowania. Wiele tu niedomówień, zapętleń, teraźniejszość miesza się z przeszłością, to, co realne, nagle zamienia się w koszmarne wspomnienie. Psychopatyczny mężczyzna i jego ofiary żyją w niezrozumiałym, trudnym do zwerbalizowania uzależnieniu. Uzależnieniu, które nie pozwala ofiarom na wołanie o pomoc, prowadzi do całkowitej alienacji, izoluje od świata i innych ludzi. Zmusza do milczenia. To, co wydawać się może oczywiste, staje się barierą nie do pokonania.
Reżyser spektaklu Katarzyna Deszcz w znakomity sposób przełożyła na scenę te skomplikowane problemy. Już na początku przedstawienia udało jej się zbudować i utrzymać przez cały spektakl atmosferę zagrożenia, emocjonalnego napięcia. Panujący w domu wręcz wojskowy dryl widać było w sposobie poruszania się postaci czy siadaniu przy stole. Spustoszenie, które wywołał w nich strach i przemoc, dało się słyszeć w każdym wypowiedzianym słowie. Reżyser bardzo dobrze oddała rytm i tempo dialogów i monologów. Szczególnie zabrzmiało to w rozmowach prowadzonych z policjantem, prokuratorem i psychologiem. Również sposób pokazania tych osób poprzez projekcje filmowe był uzasadniony. Podkreślał samotność ofiar przemocy, trudność w wyartykułowaniu swojego nieszczęścia, psychiczne uwięzienie i lęk przed niezrozumieniem. Jednocześnie wzbogacał sposób narracji.
Także sceny – wspomnienia, rozgrywające się na proscenium przed mikrofonem, robiły wrażenie. Mogły wprawdzie częściowo kojarzyć się z telewizyjnymi programami z cyklu „Rozmowy w toku” czy „Opowiem wam swoja historię”, ale porażały szczerością wypowiedzi i rozmiarem zawartej w nich tragedii.
Uwagę zwracał sposób, w jaki Katarzyna Deszcz prowadziła aktorów. To gra zespołowa na bardzo dobrym poziomie. Trudno kogokolwiek wyróżnić. Każdy z wykonawców doskonale oddał charakter odtwarzanej postaci. Bez przerysowań, czy nadmiernej ekspresji, wszystko w odpowiednich proporcjach. Całość dopełniała trafna oprawa scenograficzna Andrzeja Sadowskiego. Więzienna cela z sinoniebieskimi ścianami i minimalną ilością przedmiotów. To nie tylko miejsce pobytu bohaterek, ale też ich dom – więzienie i symboliczny obraz psychicznego spustoszenia. Tak się złożyło, że premiera „Milczenia” w Kielcach zbiegła się z inauguracją w mieście kampanii „Biała wstążka” skierowanej przeciwko przemocy kobiet w rodzinie. Jak zawsze teatr blisko życia.
Grzegorz Cuper