< - realizacje krajowe | realizacje zagraniczne ->

 

 

Teatr Ludowy

Pawło Arje

Na początku i na końcu czasu 

 

Przekład: Anna Korzeniowska - Bihun
Reżyseria: Katarzyna Deszcz
Scenografia: Andrzej Sadowski

 

Obsada:

Marta Bizoń

Elżbieta Karkoszka/ gościnnie

Juliusz Krzysztof Warunek/ gościnnie

Wojciech Dawid Terechowicz/ gościnnie

Andrzej Popiel/ gościnnie

Michał Sikorski/ gościnnie

 

Premiera: 20 października 2018 r.


 

„Na początku i na końcu czasu” to sztuka współczesnego ukraińskiego dramaturga Pawła Arje, która sięgając do realizmu magicznego opowiada historię rodziny żyjącej w strefie przymusowego wysiedlenia wokół nieczynnej elektrowni w Czarnobylu. Jest to ich wybór. Mieszkają w zonie czarnobylskiej, bo nie potrafią mieszkać gdzie indziej. Dla tych ludzi śmiercionośna zona staje się ziemią obiecaną, funkcjonującą poza czasem i przestrzenią. Jest światem czystym, nieskalanym, pierwotnym, ale tak samo jak każdy dziewiczy ląd narażonym na pojawienie się nieproszonych gości. W zderzeniu mieszkańców zony z „posłami, biznesmenami i dyrektorami” autor demaskuje mechanizmy funkcjonowania władzy. Dla ludzi z elit rządzących ludzie, którzy oficjalnie nie istnieją, stają się zwierzyną łowną.

/MAT. TEATRU/
Spektakl powstał w ramach Konkursu Inicjatyw Teatralnych „Giełda Teatralna”.

 

Foto: Klaudyna Schubert


 

Reszta świata już od dawna żyje w prostym czasie – nie mają ani dnia, ani nocy, każdy śpi i pracuje, kiedy chce, a nasz czas jest okrągły – wstajemy ze Słońcem, kładziemy się spać z Księżycem. Mamy zimę, wiosnę, lato, jesień, a oni czort jeden wie: truskawki w zimie, Boże Narodzenie w lecie… Cały świat dokądś się spieszy i zawsze się spóźnia, bo ich czas jest prosty. A my ni mamy się dokąd spieszyć, nasz czas jest okrągły: wszystko ma swoją godzinę, swój dzień, swoją porę roku. My żyjemy na początku i na końcu czasu… (Baba Prisia)
Uboga chata. W niej kilka niezbędnych w każdym gospodarstwie domowym przedmiotów – stół, krzesła, kuchenka, gary, siekiera, radio… W chacie rodzina – stara Baba Prisia, jej córka Sława oraz Wowczyk, syn Sławy. Od czasu do czasu pojawiają się też inni – ojciec Wowczyka, od którego Sława odeszła dawno temu nie mogąc znieść jego alkoholizmu i braku opieki nad synem, dzielnicowy, zachęcający kobiety do opuszczenia skażonej zony oraz tajemnicza postać będąca jednocześnie alter ego Wowczyka i śmiercią. Znajdujemy się w  samym sercu czarnobylskich lasów, gdzie po katastrofie elektrowni atomowej teoretycznie nie powinno być już życia. Jednak jest. Na terenie strefy, wbrew zakazowi władz, odcięci od cywilizacji, mieszkają ci, którzy nie potrafili przystosować się do życia gdzie indziej. Dla świata to ludzie, którzy oficjalnie nie istnieją. Ale jednak są i żyją w głuszy, chroniąc się tu przed światem zewnętrznym, który ich przeraża. Kiedy kłusownicy grasujący po skażonych terenach zapędzą się zbyt blisko domostwa starej babki i jej rodziny, kiedy wnuk padnie ofiarą nielegalnych łowów, odsłonięte zostaną mechanizmy działające wśród ukraińskich elit politycznych.
Powieść współczesnego ukraińskiego dramaturga Pawła Arje napisaną w duchu realizmu magicznego przeniosła na Scenę Pod Ratuszem Teatru Ludowego Katarzyna Deszcz. Za pomocą tradycyjnych, sprawdzonych środków inscenizacyjnych zbudowała niezwykle ciekawy i refleksyjny spektakl, traktujący nie tylko o katastrofie w czarnobylskiej elektrowni atomowej. Rozszerzyła kontekst przedstawienia tworząc barwne studium na temat ludzi odrzuconych społecznie, pozbawionych podstawowych zdobyczy cywilizacyjnych, ludzi, których można upokarzać i krzywdzić, bo formalnie nie istnieją, więc nie mogą się bronić. Katarzyna Deszcz snuje swoją opowieść wokół oddziaływania przypadku na życie jednostki przedstawiając jednocześnie dramat współczesnych robinsonów zestawiając ich niemoc i upodlenie z omnipotencją politycznych dygnitarzy oraz z magiczną mocą sił nadprzyrodzonych.
Katarzyna Deszcz włożyła niewątpliwie wiele pracy i emocji w reżyserowany spektakl, dzięki czemu opowiedziana przez nią historia wzrusza, ale także zmusza do refleksji. Oprawą scenograficzną wspomógł ją znakomicie Andrzej Sadowski, który za pomocą prostych, ale skutecznych środków stworzył klimat chaty, oddając w pełni realizm miejsca i postaci. Świetne kreacje, prawdziwe i przekonujące stworzyli: Elżbieta Karkoszka jako Baba Prisia, Marta Bizoń w roli Sławy oraz Michał Sikorski jako Wowczyk, a także  Wojciech Dawid Terechowicz (Ojciec) i Juliusz Krzysztof Warunek (Dzielnicowy). Duże brawa należą się Andrzejowi Popielowi za stworzenie subtelnej i magicznej aury wokół swoich postaci z innego wymiaru.
Teatr Ludowy jak zwykle nie zawiódł. Wybór tematu wydającego się nieco odległym i niekoniecznie popularnym stanowił z pewnością niemałe wyzwanie dla twórców. Cieszy zatem fakt, iż przedstawienie zrealizowane zostało z pełnym poszanowaniem zasad sztuki teatralnej, nie ulegając mainstreamowym modom.
Polecam gorąco!
Anna Małachowska / Październik 22, 2018 / nascenie. info


 

Teatr Ludowy →

Dziennik Polski →

 


W ramach Konkursu Inicjatyw Teatralnych „Giełda aktorów”, który ma aktywizować aktorów i absolwentów PWST od dłuższego czasu nieobsadzanych w żadnych pierwszoplanowych rolach, przygotowano w Teatrze Ludowym inscenizację dramatu Pawło Arje Na początku i na końcu czasu. W spektaklu spotkali się aktorzy z różnych krakowskich teatrów i z różnych pokoleń. Produkcja ta nie miała jednak – jak można było się spodziewać – charakteru tymczasowego schronienia dla bezrobotnych czy nieobsadzanych artystów (zresztą w przedstawieniu grali też aktorzy bardzo często obecni na scenach), przeciwnie, zrealizowano ambitny dramat w bardzo interesującej – by nie powiedzieć gwiazdorskiej – obsadzie, w precyzyjnej, skupionej i ciekawej reżyserii Katarzyny Deszcz. Powstał, jak sądzę, jeden z lepszych spektakli obecnie granych w Krakowie, choć bardzo skromny.
Scena Pod Ratuszem jest niewielka – mieści się w piwnicy pod wieżą ratuszową na krakowskim Rynku. Umieszczono na niej tylko kilka podstawowych sprzętów: stół, krzesła, w rogu metalowy prawosławny krzyż, który – dopóki aktorzy nie zwrócili na niego uwagi –wydawał się zbitym z metalowych prętów jakimś powalonym złomem na skraju sceny. Ta maleńka scena została jeszcze dodatkowo pomniejszona, ograniczona z tyłu ścianą, na której po prawej stronie znajdował się niewielki ekran. Na nim pojawiały się napisy z tytułami kolejnych scen, a gdy zapowiedziana scena się zaczynała – widzieliśmy jakiś zielony gąszcz roślin, filmowany ruchomą kamerą. Zupełnie nieciekawy wizualnie, całkowicie monotonny. Scenograf, Andrzej Sadowski, stworzył wrażenie przenikania się różnorakich estetyk, zbudował dystans wobec akcji. Nie pozwolił widzom zagłębić się w realistycznym świecie, nie chciał też wprowadzać nadmiaru onirycznych skojarzeń – multimedialny efekt pozbawiony został jakiejkolwiek atrakcyjności, nie kreował też poczucia, że oto mamy do czynienia z „nowoczesnym” teatrem.

Chałupa, w której Pawło Arje umieścił akcję dramatu, znajduje się gdzieś w obszarze czarnobylskiej zony. Babcia (Elżbieta Karkoszka) nie opuściła jej nigdy. Teraz mieszka z nią jeszcze córka (Marta Bizoń) i jej upośledzony syn (Michał Sikorski). Babka ukryła się w czasie ewakuacji, natomiast jej córka z rodziną została wywieziona z zony zaraz po eksplozji w elektrowni atomowej. Teraz córka i wnuk wrócili, ale bez ojca... Dramat Arje nie zamyka się jednak tylko wokół małych spraw rodziny mieszkającej w okolicach Czarnobyla. Podejmuje jeszcze wiele bolesnych wątków związanych ze współczesną Ukrainą. Dla tej trójki bohaterów ich miejsce w zonie staje się bowiem schronieniem przed brutalnym i niezrozumiałym światem na zewnątrz. Córka ze swym synem uciekła do matki od męża (Wojciech Dawid Terechowicz), który pił nieustannie na umór, który nie umiał się pogodzić z upośledzeniem syna i nie potrafił go bronić, który bił żonę, bo nie umiał sobie poradzić ze sobą. W rozmowie z matką córka opowiada o okrutnym świecie bezdusznego miasta. Także z radia wciąż sączą się niezrozumiałe wieści ze świata, na przykład o handlu ludzkimi organami. Po zonie jeżdżą turyści oraz „posłowie, biznesmeni, dyrektorzy”, strzelający dla rozrywki do wszystkiego, co się rusza. Organizują tu wycieczki, by zapić monotonię swej egzystencji. Wszystko, co na zewnątrz zony, wydaje się kobietom niebezpieczne i złe.

Świetną rolę zagrała Elżbieta Karkoszka. Jest taką trochę „babką”, czarownicą – zbiera rośliny, leczy, zamawia. Ale równocześnie jest mocno stąpającą po ziemi kobietą, niekiedy brutalną i bezwzględną. Dla niej świat zony jest pełen życia i tajemnic. Zna w najbliższej okolicy każdy kąt, wie, gdzie można zbierać płody ziemi, a gdzie absolutnie nie wolno tego robić, którędy można przejść, którędy absolutnie nie. Przekazuje tę wiedzę swojemu wnukowi. Ale jej świat zaludniony jest także przedziwnymi mitycznymi postaciami, syrenkami i innymi stworami. Można z nimi rozmawiać. Problem w tym, że my, widzowie, nie wiemy, na ile ten mityczny świat może być konsekwencją działania promieniowania – babka zagryza jakieś grzybki, je napromieniowaną zwierzynę. Czy może ten mityczny świat to relikt zakorzenienia w świecie, w wierzeniach i przesądach przeszłości? Karkoszka bardzo interesująco balansuje na granicy komedii i serio. Potrafi być dowcipna, kłótliwa, żartująca z siebie i innych, ale potrafi też być groźna, nawet zabić bez wahania i z wyrachowaniem.

W kluczowej scenie spektaklu jej wnuk zostaje postrzelony przez pijanych turystów „zwiedzających” zonę. Strzelają do niego dla żartów. Wnuk (Michał Sikorski) ubrany jest przez cały spektakl w dresowe spodnie, kurteczkę i charakterystyczną, żółtawą, ogromną czapkę. Staje ciągle przed mamą i babką sztywno jak na baczność, jego ciało jakby spętane było niewidzialnymi więzami. Wydaje się jednocześnie zawstydzony i przekorny, zamierzający się sprzeciwić. Cielesność tej postaci zbudowana jest przez Sikorskiego w konsekwentnie pokraczny sposób, uwypuklający jego niedostosowanie do życia. A przy tym wnuk wobec matki i babki wydaje się łagodny i dobry. Absolutnie bezbronny i ufny – choć niesforny. Nieustannie chce – jak jego babka – wałęsać się po okolicy. Gdy babka spodziewa się swojej śmierci, mówi, by córka traktowała go jako przewodnika po świecie zony, bo ona nauczyła go wszystkiego. Jakby namaściła go na następcę, poruszającego się w tym odgrodzonym, mistycznym świecie pełnym tajemnic i zjaw.

Właściwie wszyscy aktorzy w tym niezwykłym przedstawieniu zbudowali świetnie ustawione role. Bezbłędnie i konsekwentnie docierają do prawdy postaci, budują cielesne zachowania. Siła tych kreacji nie leży w nadmiernym szafowaniu gestami, charakterystycznym sposobie mówienia, ale przeciwnie, w swoistym wyciszeniu, ograniczeniu, w ostrożnym gospodarowaniu środkami aktorskimi. Tak właśnie budowana jest postać córki, która sprawia wrażenie wycofanej, nieustannie ustępującej – choć nie oznacza to, że Marta Bizoń gra jakąś wyciszoną myszkę. Wręcz przeciwnie, potrafi się sprzeciwić matce, kłócić. To wycofanie jest raczej w niej, jest jej cechą wewnętrzną, codzienną, przyrodzoną. Na dodatek córka ciągle kasła, sprawia wrażenie nieuleczalnie chorej. Tym mocniej wybrzmiewa brutalna scena, gdy babka wysyła ją po antybiotyki dla wnuka do miasta. Córka wróci z niczym, bo brakło pieniędzy, a może brakło zdecydowania. Dochodzi do tragicznego starcia córki z matką. Jak mogłaś wrócić z niczym? – zdaje się pytać babka. Matka powinna przecież dla dziecka zabić, ukraść... Nie wolno było ci wrócić z niczym – oskarża.

Te wszystkie kulminacyjne sceny spektaklu rodzą się jakby mimochodem. Nie ma w przedstawieniu brutalności, gwałtowności albo inaczej... ona jest, drapieżna i mocna, ale skryta głęboko w człowieku. Spektakl nie potrzebuje brutalnych, przejaskrawionych środków aktorskich, by ukazać krańcowe dylematy i ludzkie spory. Także, by ukazać śmierć.

Na tym odludziu do chałupy zagląda od czasu do czasu policjant (Juliusz Krzysztof Warunek). Ciągle namawia kobiety do wyjazdu, straszy, że muszą opuścić zonę. Gdy chłopiec zostaje postrzelony, policjant wie, kto to zrobił, ale próbuje sprawę wyciszyć. Bo przecież to bawiły się osoby z elit rządzących. Jest w nim poczciwość, ale zdegenerowana systemem, hierarchią, miejscem, jakie zajmuje. Jakby to wszystko nie pozwalało mu być dobrym, nie pozwalało okazać współczucia – ostatecznie to on sam staje się ucieleśnieniem bezduszności systemu. Babka potrafi go strofować, nawet przestraszyć, córka już nie.

Policjant zostanie wciągnięty w jedną z najbardziej demonicznych scen spektaklu. Babka prosi go, by razem z nią pomodlił się za syna. On nie chce, ale zostaje prawie siłą przymuszony. Babka zapala świece – stoją na środku sceny. Żegnają się – znów każdy inaczej (policjant zawstydzony całą tą sytuacją). Babka zaczyna modlitwę do Boga. Ale coraz bardziej pokrętną, z czasem coraz więcej w niej przekleństw wobec złoczyńców, by spotkało ich, co tylko najgorsze, przekleństw wobec całego świata. Widownia reaguje, co oczywiste, śmiechem na te coraz to okropniejsze i bardziej fantastyczne złorzeczenia, ale w końcu ta modlitwa staje się monstrualnym oskarżeniem świata, jakimś demonicznym protestem niezgody. Policjant już uciekł, widownia przestała się śmiać... Między modlitwą a przekleństwem był tylko krok. Babka – jak czarownica, wiedźma życzyła teraz całemu światu wszystkiego, co najgorsze. Bo skalali jej i jej bliskich, ich enklawę. Bo i tu wdarł się „świat”.

W spektaklu jest jeszcze jedna postać – najpierw wypowiadająca się z widowni, potem przed samym zakończeniem wkraczająca na scenę. Mężczyzna (Andrzej Popiel) jest jak zwiastun śmierci, jak sama śmierć. Babka będzie go prosić, by zabrał ją, a nie wnuczka. Zabierze wszystkich. Ukryta w ciemności postać rozsunie tył sceny. Za chwilę – w ostatnim fragmencie spektaklu – wszyscy bohaterowie widoczni będą w kolorowo oświetlonym wagoniku metra. Pewnie już martwi, siedzący obok siebie, jadący nie wiadomo dokąd. Wszyscy niespełnieni, nie żyjący tak, jak należy... Teraz już spokojni. Śmierć zasuwa ścianę.

Opowiedziałem ledwie kilka scen z tego wyreżyserowanego bardzo precyzyjnie przez Katarzynę Deszcz spektaklu. Ale te moje opowieści, muszę uprzedzić, nie są precyzyjne. Bo dramat pełen jest niedopowiedzeń, trzymających nas w niepewności wobec tego, co się wydarzyło. Nie jesteśmy pewni, co sądzić. Czy babka z zemsty zabiła? A może nie zabiła? Czy mąż sam się zapił? A może zabiła go żona, a może babka, a może żyje? Nic nie jest pewne. W te historie na dodatek wpisuje się jeszcze magiczny świat wyobraźni babki i wnuczka. Czy rzeczywiście babka, a potem wnuk widzieli w dzień przed śmiercią nad wodą syrenkę, rusałkę? W co wierzyć? Komu wierzyć?
Tadeusz Kornaś / teatralny.pl

Link do źródła →



Spektakle obyczajowe należą do tych, które najłatwiej zepsuć. Historie opowiadające o rodzinnych konfliktach, tęsknotach czy utajonych pretensjach mogą, z jednej strony, trzymać uwagę widza w nieustannym napięciu, z drugiej zaś – szybko znudzić banalnością, powtarzalnością motywów oraz przewidywalnymi rozwiązaniami. Twórcy niektórych z nich sięgają jednak po nieoczekiwane zabiegi – tak dzieje się w przypadku Na początku i na końcu czasu. Przedstawienie traktujące o losach rodziny mieszkającej w czarnobylskiej zonie zostało okraszone sporą dawką realizmu magicznego, będącego podstawą do zrozumienia opisywanego świata.

Akcja toczy się  w starej zniszczonej chacie należącej do Baby Prisi (Elżbieta Karkoszka). Kobieta przyjmuje pod swój dach córkę Sławę (Marta Bizoń) i wnuka Wowczyka (Michał Sikorski) po ucieczce od męża i ojca (Wojciech Dawid Terechowicz). Rodzina ledwo wiąże koniec z końcem. Jedynym jej łącznikiem z rzeczywistością jest dzielnicowy (Juliusz Krzysztof Warunek), który od czasu do czasu wpada w odwiedziny. Już od samego początku spektaklu da się zaobserwować wyraźny podział na tych, którzy są w domu przymusu (córka) i na tych, którzy nie wyobrażają sobie mieszkania gdzie indziej (babcia). Gdzieś pośrodku znajduje się opóźniony w rozwoju Wowczyk, wyraźnie sfrustrowany całą sytuacją.

Wraz z upływem kolejnych dni Baba Prisia odkrywa przed najbliższymi tajemnice czarnobylskiej zony. Przestrzeń skażonego promieniowaniem terenu kryje w sobie mityczne elementy Wedle jej słów na mokradłach można spotkać rusałki zwiastujące śmierć. Upływ czasu (a raczej jego nieustanne zapętlenie) wyznacza tu ziemia i jej plony. Chata staruszki stanowi nie tylko centrum jej wszechświata, mikrokosmos w sensie horyzontalnym – również i pod nią, głęboko pod ziemią, dzieją się rzeczy niewyobrażalne, jak działalność tajnej linii metra dla partyjnych dygnitarzy. Właściwa babce magia nieustannie jest konfrontowana z twardym realizmem jej córki.

Sława Marty Bizoń została niezwykle poturbowana przez los. Znerwicowana, miota się po scenie od kąta w kąt, nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca. Nie mając oparcia w mężu-pijaku (epizodyczny, nie zapadający w pamięć Wojciech Dawid Terechowicz), całą złość wyładowuje na swojej matce. Spośród wszystkich występujących postaci, najtrudniejsza, a zarazem najciekawsza rola przypadła Michałowi Sikorskiemu. Jego Wowczyk łączy w sobie dziecięcą ciekawość oraz naiwność z wewnętrznym problemem, jakim jest ograniczenie w pojmowaniu świata. W wyrażaniu myśli pomaga mu jego „zdrowe” alter ego (Andrzej Popiel), które co jakiś czas wyłania się z widowni i umożliwia chłopakowi w wysłowieniu się. Ten swoisty splot różnych postaw wobec świata, stosunku do niego i jego tajemnic, wytwarza niebezpieczny tygiel, tykającą bombę, mogącą w każdej chwili wybuchnąć.

Do takiej  eksplozji prowadzi pojawienie się w okolicy bogatych, znudzonych ludzi, dla których wycieczka do zony jest atrakcją turystyczną. Urządzając sobie strzelanie ranią Wowczyka. W ten sposób brutalna rzeczywistość wdziera się do ostoi pradawnego porządku. Nadchodzi czas zemsty, w której pierwsze skrzypce gra babka. W zabawnej scenie z dzielnicowym bohaterka opowiada o tym, jak podczas wojny sama wyrżnęła kilkunastu stacjonujących u niej Niemców. Przeobrażenie spokojnej, nieco zdziwaczałej, kobiety w anioła (rusałkę?) śmierci pozwala spojrzeć na tę postać z innej strony. Walka o resztki własnej tożsamości pcha kobietę do makabrycznych czynów.

Na Początku i na końcu czasu w reżyserii Katarzyny Deszcz nie jest krytyką współczesnego świata z jego całym konsumpcjonizmem, nowoczesnością i chłodną, zdehumanizowaną kalkulacją zysków i strat. To opowieść o równoległej rzeczywistości, funkcjonującej w zasadzie pod każdą szerokością geograficzną. Miejsca zapomniane przez ludzi, takie jak czarnobylska zona, istnieją i stanowią dla cywilizacji  interesującą przeciwwagę. Przecież nikt nigdy nie dowiódł, że rusałek nie ma, nieprawdaż?

Piotr Gaszczyński, Teatralia Kraków
Link do żródła →