intro (o sobie):

 

 

Odkąd pamiętam zajmowałem sie teatrem, albo dziedzinami teatrowi bliskimi. Już jako kilkunastoletni chłopak podejmowałem próby stworzenia własnego zespołu teatralnego. Teraz, po trzydziestu paru latach prób bycia artystą teatru, śmiało mogę powiedzieć, że jest to konkretna dziedzina sztuki, która wypełnia moje życie. To prawda, praca w teatrze wypełnia moje życie, ale go nie zastępuje. Teatr jest sztuką, a życie jest życiem. Im mądrzej się żyje własnym życiem, tym bardziej to pomaga w definiowaniu własnej drogi artystycznej, własnej odmienności, profilu... Mądrzej żyć, nie oznacza wcale - bez błędów, czy zawirowań. Czasem te najtrudniejsze momenty życia stają się prawdziwą siłą napędową w budowaniu sztuki teatru. Tak jest w moim przypadku.

W teatrze tzw zawodowym debiutowałem będąc starym, ale jeszcze nie zgorzkniałym (... tak mi się przynajmniej wydaje) czterdziestoletnim prykiem z konkretnym bagażem doświadczeń i umiejętności.

Dzisiaj wprawdzie nie wiem, co chciałbym robić w przyszłości, ale na pewno wiem, czego robić bym już nie mógł. Dlatego moje obecne spektakle odarte są z postmodernistycznych czy postdramatycznych efektów. Często sobie (i nie tylko sobie...) powtarzam, że w teatrze współczesne jest jedynie to, co nadaje sens współczesności. Tworzenie obrazów tylko "dla oka", tylko "żeby się działo"... zupełnie mnie już nie interesuje. Nawet najpiękniejszy obraz, jeśli nie jest umocowany w logice przedstawienia, jest kompletnie bezużyteczny i nienaturalny. Dla mnie jako scenografa (przeważnie w sezonie tworzę więcej scenografii niż reżyseruję) ten problem to prawdziwa zmora, nie pozwalająca spokojnie spać... Pewnie to normalne, naturalne, związane naprawdopodobniej z procesem starzenia się....

Inspirajcje do przedstawień nie czerpię z książek lecz z własnego doświadczenia życiowego i z obserwacji życia innych osób.

Kiedyś (w latach 80-tych i 90-tych) tworzyłem dla bardzo wąskiej grupy odbiorców. Teraz - przeciwnie.

Mam wielu ulubionych artystów. Bez wątpienia należą do nich: W. Meyerhold, Peter Stein, Jerzy Grzegorzewski, Wim Vandenkeybus, czy marokański choreograf Sidi Larbi Cherkaoui, i oczywiście wielu, wielu innych, których cenię i nie naśladuję.

Nie potrafię robić zamieszania wokół własnej osoby. Myślę, że to sprawa charakteru i wychowania. Pracuję i żyję we własnym rytmie, ale przyznaję, że od czasu do czasu zazdroszczę bardzo młodym artystom pozycji i kariery, jaką osiągają dzięki zwykłemu brakowi doświadczenia.

Nie trzymam sie uparcie jakiegoś jednego sprawdzonego stylu. Nie znoszę rutyny zarówno u siebie jak i u innych. To czywiście nic nowego co powiem, ale myślę, że tylko to co nowe, to co jeszcze niepoznane, daje szansę na jakieś kolejne odkrycie, nawet jeśli ceną tego poszukiwania jest dotkliwa porażka.


 

|Dom, hobby, ogród...