<- realizacje:

 


Teatr KTO, Kraków
LEON I MATYLDA


Reżyseria, scenografia, tekst: Andrzej Sadowski

Współpraca reżyserska: Katarzyna Deszcz

 

Udział:

Justyna Orzechowska, Karolina Stefańska, Andrzej Sadowski

 

Premiera: 21 stycznia 2016, Kraków


TEATR KTO

 

《里昂與瑪蒂達》
昨天和老公去看了一齣很好看的戲,叫做《里昂與瑪蒂達》,是老公以前合作過的導演Andrzej Sadowski自編自導自演的(Sadowski曾經和妻子Katarzyna Deszcz一起經營一個實驗劇團Teatr Mandala,我老公在那裡當行政)。故事很簡單,里昂與瑪蒂達是一對老夫老妻(或者該說,

在一起很多年的老夫少妻),就像大部分的老夫老妻一樣(好啦 這是我個人偏見),過著愛恨交加、恨不得掐死對方又不能沒有對方的生活。他們靠各種儀式填補生命的空虛乏味及愛情的荒蕪,荒謬可笑又殘酷寫實的互動讓人想 起貝克特《終局》(Endgame)裡面的Hamm及Clov,或是魯熱維奇《證人或我們小小的穩定》第二段裡面那對夫妻。這個愛情故事雖然很肥皂通俗 (有趣的是,里昂與瑪蒂達也是通俗電影《終極追殺令》兩位主角的名字,劇情也有一點致敬及顛覆的味道),甚至有點灑狗血,但是因為肥皂和狗血都是真的,而 且更重要的,愛情也是真的,竟然令觀眾感動了起來,又痛又快地想著:「對啊!(我的)婚姻就是長這樣!」雖然有人看了覺得這真是一齣超棒的喜劇(其實這也 沒錯,真的超好笑,Sadowski寫對白的功力是一流的),也有人看到淚流滿面、痛哭流涕(恩,就是我啦),覺得經歷了某種靈魂上的潔淨 (Catharsis),獲得療癒。對我來說,這齣戲療癒的點在於,它很直白地告訴我:「人生就是一灘渾水啊~所以就享受它的dark bright side吧。」
希望我自己的散文集《我媽媽的寄生蟲》也可以讓人感受到「人生是渾水,請享受dark bright side」(咦這是在變相打書嗎?)。另外,《里昂與瑪蒂達》今天的票已經售完,但二月還有兩場(2/20, 2/21),在克拉科夫的Teatr KTO演出,有興趣的朋友請拉到留言去看演出資訊喔!
也希望Andrzej Sadowski的作品有一天可以到台灣演出啊。我覺得台灣人應該很能欣賞他的作品。(因為我們的生活就是充滿了dark bright side嘛)
另外,演出的傳單我覺得設計得超棒!
Wei-Yun Lin

Link do źródła: https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=572653896237272&id=100004779999863

 


 

Granice moralności w związku
"Leon i Matylda" w reżyserii Andrzeja Sadowskiego to historia pewnego małżeństwa, które przekracza kruche granice między miłością a nienawiścią. W teatrze KTO odbyła się premiera spektaklu. Rozmowa z Andrzejem Sadowskim, reżyserem spektaklu "Leon i Matylda".

«Gabriela Cagiel: Moje pierwsze skojarzenie to świetnie znany francuski dramat, kryminał Luca Bessona "Leon Zawodowiec". Czy słusznie?
Andrzej Sadowski, reżyser: Nie zrobiłem remake'u tego obrazu, ale dosyć świadomie korzystałem ze skojarzeń kultury masowej. Dlatego pani skojarzenie jest jak najbardziej na miejscu. Pisząc scenariusz spektaklu, wiedziałam, że taki film istnieje, a główni bohaterowie, niejednoznaczny Leon i młodziutka dziewczynka, Matylda, w jakimś stopniu posłużyli za inspirację. Mogą stanowić punkt odniesienia dla pary bohaterów spektaklu.
Bohaterów w pańskim spektaklu łączy trudna relacja.
- Relacje filmowych bohaterów też nie były sielankowe. W tej znajomości dorosłego mężczyzny i młodej dziewczynki pojawia się sporo znaków zapytania. Bohaterów spektaklu poznajemy trochę później. Leon jest podstarzałym mężczyzną, który ma prawie 60 lat. Matylda jest 30 lat młodsza od niego. Dzieli ich nie tylko różnica wieku, ale też poglądy na świat, bieżące sprawy, na życie, na seks. Leon jest niezwykle skomplikowaną osobowością, trudną do zaszufladkowania, ale niewątpliwie to człowiek, który dąży do tego, aby podporządkować sobie drugiego człowieka. Matylda z kolei ma skłonności do bycia uzależnioną, zwłaszcza od miłości. Ich związek to historia rozstań i ponownych spotkań. Trochę wybiegam w przyszłość, a rozwiązanie przychodzi w 2055 roku.
Co pana szczególnie interesuje w tej historii? Moralność głównych bohaterów?
- Jak najbardziej. Całe to przedstawienie stawia pytania o granice moralności w związku. Ale nie są to tylko granice etyczno-moralne. Rzecz sięga głębiej, bo dotyka też granic duchowych, religijnych czy filozoficznych. Mimo komediowego charakteru dotykamy poważnego tematu, jakim jest uzależnienie od miłości czy szerzej, psychopatologia związku. To nie jest mój pierwszy tekst o relacjach między kobietą i mężczyzną, a zawsze interesuje mnie to, co odbiega od normy.
To kameralny spektakl?
- Kameralny spektakl oparty głównie na emocjach, na bardzo skupionym, wręcz detalicznym graniu. Bez fajerwerków, nie ma też specjalnych teatralnych podpórek. Zamiast tego proponujemy prosty, szczery teatr, który bardzo sobie cenię i od lat staram się rozwijać.
"Leon i Matylda", Teatr KTO. W roli Matyldy Justyna Orzechowska, w roli Nieznajomej Marzena Ciuła/Karolina Stefańska, a w roli Leona Andrzej Sadowski. Spektakl przeznaczony jest dla widzów dorosłych.
Kolejne pokazy: 20 i 21 lutego o godz. 19.»
"Teatr KTO: Leon i Matylda. Granice moralności w związku"
Gabriela Cagiel /Gazeta Wyborcza - Kraków nr 18 online

 


 

Drzwi, kanapa, lampa i stół… Zwykły dom, zwykli ludzie i ich własny, skomplikowany świat.  Problemy, oczekiwania, ciężkie słowa, gdzieniegdzie chwile czułości i wkomponowane w to wszystko elementy żartu. A w rogu pokoju, kryjący się nieśmiało mikrofon – element odkrywający prawdziwe uczucia Leona i Matyldy.

Spektakl „Leon i Matylda” w reżyserii Andrzeja Sadowskiego to opowieść naznaczona humorem i za razem pewnym smutkiem. Historia małżeństwa, które w bliżej nieokreślonym czasie trwa i trwa, pomimo wzajemnego braku zrozumienia i pojawiającego się odrzucenia.

Wspomniane wcześniej elementy wyposażenia domu, cała scenografia to dzieło właśnie – Andrzeja Sadowskiego. Ciemne pomieszczenie i surowy wystrój odzwierciedla panujące stosunki między małżonkami. Znajdujący się w centrum ekran, pełni przez większość czasu rolę okna, lecz w odpowiednich chwilach pojawiają się trzy kobiece postaci, narratorki, zdradzające widzom tajemnice relacji bohaterów. Mikrofon, niby niepotrzebny, stanowił centrum ukrytych oczekiwań. Odzierał z tajemnicy wszelkie słabości, w tle pięknej muzyki.

Andrzej Sadowski  ukazał losy dwójki małżonków w sposób, jaki trafił do każdego z widzów. Śmieszne sytuacje, powiedzonka typowe dla typowych żon i mężów, wpisane w doświadczenie większości ludzi. Każdy mógł odnaleźć w spektaklu ułamek własnych przeżyć.

Gra aktorska pozostaje na wysokim poziomie. Odtwórcy ról oddają swoje postaci z niezwykłą emocjonalnością. Czasem trudno uświadomić sobie, że oni odgrywają rolę!

Leon (Andrzej Sadowski) to mężczyzna starszy od swojej żony, wydawałoby się – osamotniony i niezrozumiany, stale spoglądający oczami wyobraźni na swoje marzenia, pragnienia. Nie chce zaspakajać potrzeb ukochanej, nie myśli o spełnianiu jej marzeń i nie przejmuje go ciągły brak środków do życia – według niego przetrwali w takim stanie przecież tyle lat i jest dobrze!  Jak się okazało – był jej panem i nauczycielem życia, który od dawna nie okazywał jej czułości.

Matylda ( Justyna Orzechowska) to znacznie młodsza od Leona kobieta, która w bardzo młodym wieku straciła bliskich w wypadku i aby zapomnieć o bólu, pozbyła się wszystkiego co z nimi związane. Po zamieszkaniu z Leonem ćwiczyła się w zapominaniu, dochodząc do perfekcji. Tu doskonale widać jak złożoną postacią jest Matylda. Pani domu, kochająca choć niedoceniania żona, kobieta, potrzebująca miłości, wsparcia. Przez wszystkie lata starała się dopasować do świata Leona, dającego jej życiowe, mądre rady. Niekiedy zdesperowana, broniąca domowego ogniska przed nieznajomą ( Marzena Ciuła/ Karolina Stefańska), sprowadzoną przez Leona w dzień Wigilii – dzień pozbawiony w ich domu wszelkiego znaczenia i ciepła Świąt Bożego Narodzenia; przebiegła i manifestująca swoją dorosłość. Bardzo chce pokazać, że jest samodzielną kobietą, a nie bezbronną dziewczynką.

Spektakl pokazuje, jak bardzo można oddalić się od siebie, będąc w definicji – najbliższymi sobie ludźmi. Leon i Matylda dbają o siebie nawzajem lub doprowadzają się do szaleństwa. Obraz tego można dostrzec na dwóch przykładach – kiedy Leon w akcie wściekłości każe żonie wejść pod stół i być cicho, a także gdy po chwilowej nieobecności  kobiety, okazuje jej czułość w swych objęciach. Tak właśnie trwają, aż do 2055 roku – odchodząc, wracając, zataczając krąg.

Finalnie widzowie stali się świadkami chwili, gdy Matylda została sama. Leon zamarzł na śmierć pewnej zimy i już nie wrócił do domu. Jego żona wyznaje wtedy, że pomimo jego pewności – ona nigdy nie zapomina. Dochodzimy do wniosku, że Matylda pamiętała zawsze i o wszystkim, ale starała się żyć własnym życiem i być dobrą żoną.

Losy bohaterów nie kończą się jak typowy Happy End. Niosą ze sobą jednak pewną naukę na przyszłość – nie przestawajmy dbać o tych, których kochamy!

Anna Ciećko / kulturatka.pl

link do źródła: http://www.kulturatka.pl/2016/01/24/leon-i-matylda-w-teatrze-kto-recenzja/

 


 

KTO się boi Leona i Matyldy?
Nie będę krył: najnowsza premiera krakowskiego teatru KTO - czyli spektakl "Leon i Matylda" - nie zachwyca. Mało tego, momentami nawet obrzydza.
Historia od początku jest trochę pogmatwana. Mamy parę, która mieszka razem. Między nimi wibrują słowa i wzajemne żale. Nakręca się spirala niezrozumienia - a wszystko w scenerii Świąt Bożego Narodzenia.
Wraz z biegiem akcji twórcy zdradzają nam coraz więcej szczegółów. Dowiadujemy się, że Matylda (Justyna Orzechowska) w domu Leona (Andrzej Sadowski - także reżyser spektaklu) pojawiła się nagle i nieco przypadkowo, że straciła rodziców, że ćwiczy się w zapominaniu, wreszcie że znika i pojawia się u Leona pod różnymi postaciami. Co więcej, całość opowieści to historia z przyszłości, w której na niezależność wybiły się maszyny, zagrażające teraz ludzkości.
Oglądając ten spektakl trudno wejść w tę poskręcaną z dziwnych losów ludzkich relację, wyjąć z niej myśl przewodnią, wyczytać przesłanie z tej spowiedzi z życia dwojga raniących się ludzi. A nieco przerysowane aktorstwa raczej nie pomaga w tym poszukiwaniu znaczeń. Czy więc jest to historia o braku porozumienia między ludźmi? Rzecz o wypalaniu się miłości? Przypowieść o nieuchronności końca? A może to po prostu rzecz o rewolucji technologicznej, która pożre własnych rodziców? Można mnożyć te domysły, ale żadna odpowiedź wyraziście nie wybrzmiewa ze sceny. Punkt wyjścia był ciekawy, ale dla całości przedstawienia niewiele z tego wynika.
Co więcej, niektóre sceny wydają się wręcz żenujące - jak ta symulująca akt seksualny, w którym kluczowym rekwizytem pozostaje talerz zupy, wylizywany przez głównego bohatera. Pruderii we mnie z lupą trzeba szukać, ale ten sceniczny kadr wywołał raczej niesmak. Choć - dodajmy od razu - zapewne taki był cel tego zabiegu. To nie był bowiem akt miłości, a techniczna zagrywka związkowa. Ale mimo wszystko niespecjalnie przekonujący wydaje się ten zabieg...
Cóż, z intrygującego pomysłu pozostało niewiele. I to jest dokładnie tyle, ile wynosi się z tego spektaklu. Niestety.
Łukasz Gazur / Dziennik Polski nr 21 online
Link do źródła

 


 

To nie miłość, to syndrom sztokholmski (Leon i Matylda).

Chciałabym wierzyć, że ten spektakl nie odzwierciedla poglądów Andrzeja Sadowskiego na relacje damsko-męskie. Chciałabym wierzyć, że ten spektakl nie odzwierciedla poglądów na relacje damsko-męskie kogokolwiek.Fabuła  jest mocno zagmatwana, przed widzami odsłania się powoli, ale i zakończenie nie daje odpowiedzi na wszystkie pytania. W grę wchodzą  ogromne pieniądze, związek młodej dziewczyny z dużo starszym mężczyzną, balansowanie na granicy rzeczywistości i imaginacji, marzenia i sennego koszmaru. Sytuacja wyjściowa, rodem z klasycznej komedii małżeńskiej, to obraz dwojga ludzi, którzy choć nie mają ze sobą wiele wspólnego, jakby z przyzwyczajenia żyją pod jednym dachem. Ich sprzeczki wydają się śmieszne, bo są przecież tak dobrze wszystkim znane: „nie słuchasz mnie”, „ty zawsze to samo”, „rozmawiaj ze mną, w ogóle ze mną nie rozmawiasz”… Potencjał komediowy takiego układu między bohaterami szybko się jednak wyczerpuje. W spektaklu Sadowskiego spadek napięcia emocjonalnego związanego z małżeńskimi gierkami zostaje zastąpiony, właściwie niespotykaną dziś w teatrze, eskalacją szowinistycznej przemocy, bezwzględną dominacją władczego samca. To, co w opisie spektaklu brzmi jak obietnica zobaczenia na scenie pełnej miłosnego napięcia relacji dwojga ludzi, w istocie okazuje się manifestacją tępej i bezwzględnej władzy. Początkowe odrętwienie Leona, który na nerwowe zaczepki żony właściwie nie reaguje, mija, kiedy mężczyzna przyprowadza do mieszkania prostytutkę i sadza ją z rozłożonymi udami naprzeciwko siebie w samym środku salonu, w którym w tym czasie przebywa także Matylda. Walka o choćby cień aprobatywnej uwagi, jaką podejmuje żona, by oderwać męża od gapienia się między nogi obcej kobiety, okazuje się bezskuteczna, a samoponiżenie, jakiego dokonuje kobieta, wydaje się wyzwalać w Leonie ukryte dotąd pokłady agresji. Mężczyzna każe jej wchodzić pod stół, podawać sobie zupę, powtarzać reguły, których ją nauczył, bije ją poduszkami (w sposób daleko wykraczający poza niewinną zabawę). Opisywanie długich perypetii przeszło pięćdziesięcioletniego, wspólnego życia małżeńskiego, pełnego wyrzucania z domu (oczywiście Matyldy przez Leona, nigdy odwrotnie), obelg i scen kłótni nie ma tutaj sensu. Obyczajowa komedia, jaką z początku był spektakl KTO, zmienia się w koszmar, czego, niestety, duża część widowni wydaje się nie zauważać, wciąż jednakowo rechocząc nad bardzo „zabawnymi” scenami małżeńskich „perypetii”.Oglądając prezentowany przez twórców obraz relacji międzyludzkich, można odnieść wrażenie, że spektakl taki, jak chociażby Poskromienie złośnicy w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego, bezwzględnie odsłaniający mechanizmy patriarchalnej przemocy języka i obyczaju, nie miał miejsca. Półtoragodzinną inscenizację ogląda się, czekając na jakiś radykalny zwrot, woltę, która pozwoli uwierzyć, że relacje Matyldy i Leona nie są normalne i nie mogą być akceptowane, a już na pewno aprobowane. Nic takiego niestety nie następuje. Pointą staje się głupia, absurdalna śmierć Leona, której trywialność nie pozwala na traktowanie jej w kategoriach kary.Cały ciężar spektaklu spoczywa na dwojgu aktorów, Andrzeju Sadowskim i Justynie Orzechowskiej. Rola Sadowskiego jest stonowana, nie tyle oparta na jednej emocji, co na jednej energii. Orzechowska jest planetą z szaleńczą prędkością pędzącą po orbicie, w której centrum znajduje się Leon. Jest stanowcza, ale tylko na tyle, na ile pozwala jej mąż. Za każdym razem, kiedy się stara  mu przypodobać, sprawia wrażenie uginania się tak bardzo, że jeszcze chwila i jej kręgosłup pęknie.Ostatniej, przed przeprowadzką Teatru KTO z budynku przy ulicy Gzymsików, premiery nie wyreżyserował Jerzy Zoń, którego formalnie wysublimowane, autorskie spektakle bez słów stały się znakiem rozpoznawczym teatru. Leon i Matylda to przedstawienie mogące swoją obyczajowością i realistyczną estetyką wprowadzić wiernych widzów w konfuzję, być może jednak otwiera ono drzwi teatru dla publiczności gustującej nie w teatrze formy i fantazji, ale rozrywki i tradycyjnie pojmowanej inscenizacji.

Zuzanna Berendt, Teatralia Kraków

Link do źródła: http://www.teatralia.com.pl/nie-milosc-syndrom-sztokholmski-leon-matylda/

 


 

Męskie historie
To mogłaby być bajka, bo przecież ona i on żyją już razem dość długo. Tyle że raczej nieszczęśliwie. Bo jeśli już czerpią jakąś satysfakcję z tego związku, to raczej nie taką, o jakiej można opowiadać dzieciom.
W spektaklu Andrzeja Sadowskiego znajdujemy pewien paradoks: kolejne sceny (podzielone na epizody, przedzielone wypowiedziami tajemniczego chóru uobecnionego na projekcji wideo) ogląda się ze sporym zainteresowaniem, ale nie sposób uwolnić się od wrażenia, że coś w tym mechanizmie nie działa. Albo któryś z elementów szwankuje, albo w opowieść wpleciono zbyt wiele wątków czy pomysłów, albo nie wykorzystano konsekwentnie tych najciekawszych. Lub jeszcze inaczej: ton opowieści nie został wyraźnie określony i widz gubi się w konwencji. Dostrzegam rzecz jasna zamysł reżysera, by właściwie nieustająco, niemal ze sceny na scenę bawić się gatunkiem i, co za tym idzie, wciąż na nowo kazać odbiorcy określać się wobec tego, co widzi. Tyle że ów zamysł zawodzi, bo pewne wolty bywają nieczytelne.
Leon (Andrzej Sadowski) żyje z Matyldą (Justyna Orzechowska) w niewielkim, jak się zdaje, mieszkaniu. Widzimy tylko, jak zwykło się teraz mawiać, living room, w którym jest kanapa, fotel, stół i krzesła. To tutaj rozegra się dramat tych dwojga, a potem nawet dramat całej ludzkości. Leon ma koło sześćdziesiątki, Matylda jest po trzydziestce. Leon z początku jest mężczyzną z dowcipów o wynoszeniu śmieci: nie rusza się z kanapy, odpowiada monosylabami, niespecjalnie stara się budować tak zwane wspólne życie. Co innego Matylda: ta próbuje, jak może, zachować pozory normalnego stadła. Para najwyraźniej żyje dość ubogo.
Jest wigilia. Matylda wręcza ukochanemu własnoręcznie wydziergany szal i wysyła po choinkę. Choinką okazuje się przyprowadzona do mieszkania kobieta uliczna, która ma po prostu siedzieć w określonej pozycji – tak by Leon mógł podziwiać cud kobiecości. Nie trzeba dodawać, że ta przyjemność kosztowała mężczyznę wszystkie oszczędności.
No i zaczyna się: Leon dręczy Matyldę, a Matylda Leona, choć wyraźnie niezbyt chętnie i niezbyt wprawnie. Sadowski w swoim kameralnym dramacie o dwojgu ludzi, którzy znają się na wylot, a wciąż grają w tę samą grę, buduje chwilami klimat podobny do tego, jaki znamy choćby z filmów Bergmana. Nie piszę o tym przedstawieniu ironicznie, bywa niekiedy naprawdę przejmujące. Dostrzegam też próby przełamania tonów z opowieści o małżeńskim życiu – reżyser wprowadza nawet wątek science fiction. I wówczas czuję się trochę tak, jakbym oglądała parodię historii rodem z Houellebecqa. Podoba mi się taka zmienność, ów dystans, rzecz w tym, że trochę za dużo tu grzybów w barszczu.
Kiedy poznajemy istotną przyczynę relacji Leona i Matyldy, ich mroczną w istocie przeszłość, historia zaczyna intrygować. Matylda jest bowiem istotą, która musiała zapomnieć o swojej tożsamości i zbudować się na nowo. Ale jej uwikłanie w związek z Leonem i jego istotny finansowy aspekt – już budzą nasze wątpliwości. Nie chodzi rzecz jasna o jakiekolwiek prawdopodobieństwo, bo tego nie oczekujemy. Ta opowieść jest nazbyt pokomplikowana, by mogła poruszyć lub coś egzemplifikować. Albo może daje odpowiedzi na zbyt wiele pytań, które dla widza mogłyby pozostać nierozstrzygnięte. A kiedy jeszcze wszystko kończy się – dość nieoczekiwanie – w 2055 roku, to owszem, ów ironiczny gest autora jest ujmujący, ale jakoś nie bardzo przystaje do całości.
Andrzej Sadowski mówił w jednym z wywiadów, że tworzy opowieść o nienormatywnym związku, tworzonym przez mężczyznę ze skłonnością do dominacji i uzależnioną od miłości kobietę. Przywoływał przy tym inspiracje, między innymi film Luca Bessona Leon zawodowiec (1994). Ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, że portret mężczyzny jest tu dużo ciekawszy; co więcej: historię poznajemy właściwie jego oczyma. Brakuje właściwie punktu widzenia kobiety – albo jest ona ofiarą, albo mścicielką. Nie wiemy też, co jest prawdą, a co konfabulacją, nie możemy więc do końca poznać bohaterów.
Ostatnie stwierdzenie nie jest jednak zarzutem – wręcz przeciwnie, to jeden z atutów przedstawienia. Przedstawienia, któremu siłę dają aktorzy. Leon i Matylda to ciekawa propozycja teatru kameralnego, nieoczywistego, a przy tym szlachetnego w swojej prostocie. Oglądając od dłuższego czasu niemal wszystkie krakowskie premiery, mogę powiedzieć, że spektakl Andrzeja Sadowskiego należy do tych, jakich w tym mieście bardzo brakuje.
Olga Katafiasz / teatralny.pl

Lind do źródła: http://teatralny.pl/recenzje/meskie-historie,1413.html

 


 

W miłosnej sieci, czyli "Leon i Matylda" w Teatrze KTO

Nowy rok Teatr KTO powitał premierą ostatniego w dotychczasowej siedzibie przedstawienia "Leon i Matylda". Spektaklu, któremu doskonale udaje się pokazać kruchą granicę pomiędzy miłością, a toksycznym uzależnieniem.

Leon i Matylda to małżeństwo, jakich wiele, tak przynajmniej mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Ona atrakcyjna i ciągle młoda, on nieco od niej starszy, niczym mentor, który wszystkiego ją nauczył. Przez ponad godzinę przyjdzie nam oglądać miłosne zmagania pary, próbując określić, czy to jeszcze miłość, a może jakiś rodzaj symbolicznej przemocy. Para różni się między sobą nie tylko wiekiem i doświadczeniem, ale i poglądami na życie, przekonaniami i w końcu potrzebami. Może dlatego tak trudno niekiedy im się dogadać. Matylda pragnie ciepła, dla Leona bywa ono zdawkowymi czynnościami, a ważniejszy jest dla niego przysłowiowy talerz zupy, do którego sprowadzony zostaje także stosunek seksualny.

W jakimś stopniu Leon to tyran, w innym kochający mąż, który może miłości dopiero się uczy i to może w sposób dość oporny. Choć pierwsza scena przypomina typową rozmowę kobiety i mężczyzny, to wraz z mijającym czasem, Matylda jawi nam się, jako osoba uzależniona od tego, co daje jej, lub czego nie chce jej dać Leon. Ta swoista szarpanina tworzy rodzaj zawieszenia pomiędzy miłością, pożądaniem, opiekuńczością, wiecznymi powrotami, kłótniami i godzeniem się. Gdzieś tam w tle pobrzmiewa także pewna inspiracja filmem "Leon Zawodowiec". W tym miejscu wspomnieć należy również o oddającej nastrój spektaklu scenografii złożonej z kanapy, obok której spoczywa stolik, lampa. odkurzacz (zostanie użyty!) oraz stosik książek. Nieco z przodu stoi natomiast mikrofon i stół. A w tle niby to okno, a telebim, na którym pojawiają się co czas jakiś trzy postaci niczym grecki chór zapowiadający lub komentujący wydarzenia.

Podczas spektaklu wiele razy się uśmiechniemy, a nawet zaśmiejemy w głos. Co czas jakiś w naszej głowie pojawi się jednak pytanie, czy aby na pewno to śmiech uzasadniony, bo tak naprawdę sytuacja jest bardziej dramatyczna niż zabawna. Justynie Orzechowskiej i Andrzejowi Sadowskiemu udało się stworzyć bardzo emocjonalny tandem, który doskonale ze sobą współgra. Do tego duetu dodać należy również Karolinę Stefańską wcielającą się w rolę choinki (kto pójdzie ten się dowie w czym rzecz!), której obecność podkreśla niejako kulminacyjne momenty spektaklu. Całość naprawdę dobrze smakuje, choć przyznać muszę, iż nieco zaskoczyło mnie wprowadzenie elementu futurystycznego w postaci maszyn rządzących naszym światem, ale może stanowi to sposób na podkreślenie mijającego czasu oraz długości toczącej się historii? Tak czy inaczej z "Leonem i Matyldą" warto się zapoznać.

Monika Matura /www.kulturatka.pl

Link do źródła: http://www.kulturatka.pl/2016/01/28/w-milosnej-sieci-czyli-leon-i-matylda-w-teatrze-kto/

 


 

Leon i Matylda od wielu lat mimo różnicy wieku, poglądów i potrzeb, budują życie oparte na wzajemności i koniecznej zależności jednego od drugiego. Aktorzy teatru KTO przedstawiają spektakl dla dorosłego widza, wymagający od niego zaangażowania intelektualnego i umiejętności łączenia zawiłych faktów.
W początkowej scenie poznajemy Leona- starszego mężczyznę znudzonego życiem i bezproduktywnością, siedzącego na kanapie z książką i papierosem. Matylda- dużo młodsza od niego żona przedstawia nam swój oderwany od rzeczywistości świat fantazji i marzeń, w którym naprawdę chciałaby żyć. Realia jednak nie przystają do jej oczekiwań, a fikcyjny świat wygląda piękniej niż szara rzeczywistość.
Akcję zdobi świąteczny, wręcz uniwersalnie magiczny czas i tragiczny wieczór wigilijny. Podczas niego, w toku abstrakcyjnych wydarzeń dalsze losy małżeństwa ulegają diametralnej zmianie. Jak ma okazać się później, ten dzień w całej historii małżeństwa nie musiał okazać się tak odmienny lub oczywisty.
Maleńka sala kina KTO przyciąga swoich widzów, zapraszając do zapoznania się ze swoją ofertą kulturalną. Bliskość i bezpośredniość z publicznością potęguje wrażenia, które wywołuje sama sztuka.W przedstawieniu „Leon i Matylda” połączono grę na scenie z nagraniem audio-wizualnym, dodano błyskotki lampek i zapach dymu papierosowego, budząc każdy zmysł i uwrażliwiając widza na doznania.
Doznania prostoty i surowości życia pozbawionego wyższych celów, ale przepełnionego jednak pierwotną i ludzką potrzebą zwykłego zrozumienia drugiej osoby i osobistego szczęścia.

Karolina Mrowiec / kulturatka.pl

link do źródła: http://www.kulturatka.pl/2016/03/13/leon-i-matylda-teatr-kto-07-03-2016/

 


 

O relacjach inaczej
Ten spektakl nie daje wytchnienia myślom. Raz po raz do głowy przychodzi nowa refleksja. Od stopnia naiwności kobiet, przez sens relacji damsko-męskich, po teorię, że wszyscy jesteśmy szaleni.
Na początku wydaje nam się, że przyszliśmy na lekką komedię o perypetiach małżeńskich. „Nie słuchasz mnie”, „w ogóle ze mną nie rozmawiasz” i „zawsze to samo” – te zwroty co chwila padają z kanapy, na której zalega Leon i wierci się Matylda. Na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego, więc dlaczego ciągle ze sobą są?
Leon to sprytny staruszek, który od życia wymaga tylko spokoju i miski ciepłej zupy z proszku. Nie zawraca sobie głowy zbędnymi rzeczami, takimi jak wyniesienie śmieci czy wyjście z domu, a w jego słowniku istnieją tylko monosylaby. Matylda w życiowego partnera jest zapatrzona jak w obrazek, nawet jeśli ją zdenerwuje, to i tak spełnia wszystkie jego życzenia (łącznie z wejściem pod stół). Pełna sprzeczności, trochę szalona i emocjonalna – to słowa, które najlepiej ją opisują. Ta para nie przestaje nas zaskakiwać. Jak sam reżyser o nich mówi: „Leon jest niezwykle skomplikowaną osobowością, trudną do zaszufladkowania, ale niewątpliwie to człowiek, który dąży do tego, aby podporządkować sobie drugiego człowieka. Matylda z kolei ma skłonności do bycia uzależnioną, zwłaszcza od miłości. Ich związek to historia rozstań i ponownych spotkań”.
Najsmutniejszym dniem w kalendarzu Leona i Matyldy jest Wigilia. Kiedy wszyscy świętują w gronie najbliższych, oni nie mają sobie zbyt wiele do powiedzenia. Są co prawda prezenty: ręcznie zrobiony szalik, portfel i kolorowa sukienka. Jest nawet choinka – na szybko znaleziona na ulicy… rudowłosa prostytutka. Ale z każdą kolejną sekundą nawarstwiają się problemy.
Relacja sama w sobie łatwa nie jest. Staruszek związany z trzydziestolatką, życie za pieniądze ze spadku i balansowanie na granicy rzeczywistości i fantazji. Kiedy dodamy do tego przemoc psychiczną i fizyczną, z małżeńskiej komedii otrzymujemy groteskowy dramat, który stawia pytania o granice etyczne, moralne oraz duchowe.
Skromna scenografia z dominującym ekranem, na którym wyświetlają się partie chóru, jest wystarczająca. Kanapa, stół, dwa krzesła, kilka książek, lampa i odkurzacz. Więcej nie jest potrzebne, bo tu i tak pierwsze skrzypce grają: stylowo pomarszczony Andrzej Sadowski (Leon) i doskonała w zmianach nastrojów Justyna Orzechowska (Matylda).
Spektakl „Leon i Matylda” uwalnia myśli, wywołuje refleksje i czeka na oklaski. Potrafi wyprowadzić widza na manowce, ale to bez wątpienia jest jego największym plusem.

Agnieszka Gałczyńska / Teatr Dla Was

link do żródła: http://www.teatrdlawas.pl/recenzje/7358-o-relacjach-inaczej