<- realizacje:

 

 

Teatr Powszechny w Radomiu
Teresa Opoka
Ballada uliczna


 

Udział:
Danuta Dolecka, Joanna Jędrejek, Karolina Łękawa, Wiktor Korzeniowski

 

Premiera: 04.06.2011

 


Link do strony teatru: >> ballada


 

Andrzej Sadowski zawsze umiał ciekawie opowiadać. Igrał rozmaitymi planami narracji, brał w nawias formę scenicznej spowiedzi do widowni, kontrapunktował ją czyimś milczeniem, zderzał gadulstwo z niemą zgrozą. Do dziś stoi mi w oczach jego spektakl "Pomiędzy", zrealizowany w offowym teatrze Mandala w Krakowie kilkanaście lat temu. To była nieomal stand-up comedy; opowiadana ze swadą i autoironią relacja faceta z Zachodu, który - będąc w pobliżu - ma wjechać do któregoś z postkomunistycznych krajów bałkańskich i wywieźć z niego znajomą szefa, pogrążoną w głębokiej prostracji psychicznej i znajdującą się w beznadziejnej sytuacji. Sadowski sam był przezabawnym białym człowiekiem opowiadającym o zderzeniu z dobrze znaną nam dziczą, o niemożności cywilizowanego przekroczenia granicy, podszytych oczekiwaniem na łapówki kłopotach wizowych, nieczynnych klozetach, złodziejskich taksówkach, etc. To wszystko nasza widownia - aspirująca przecież, jak trzeba, do tego Zachodu, łykała ze śmiechem zrozumienia. A gdzieś na dalekim planie, widzieliśmy cały czas niezbyt z daleka zrozumiałe szamotaniny kobiety, jej kłótnie, jej rozpacze, jej próby nawiązania kontaktu z nieporadnym wysłannikiem. W chwili, gdy perypetie graniczne sięgały komediowego apogeum, kobieta rozbijała o ziemię butelkę, przykładała ostrze do gardła. Śmiech cichł jak rażony piorunem.

Łatwo więc pojąć, dlaczego Sadowski przyjął zadanie wystawienia "Ulicznej ballady" w Teatrze Powszechnym im. Kochanowskiego w Radomiu; zobaczył szansę podobnego zderzenia. Teresa Ewa Opoka napisała rzecz o dystyngowanej pani ubekowej, żonie funkcjonariusza, osobiście też pracującej długie lata dla resortu, a teraz dożywającej swoich lat w jednej z radomskich kamienic. Pani Lodzia prowadzi w tekście długie dialogi ze swoją stałą fryzjerką, demonstrując niezachwiane zadowolenie z życia i betonową stałość poglądów na politykę, życie i przeszłość, ze szczególnym uwzględnieniem wydarzeń z 1976 roku widzianych od tamtej, partyjno milicyjnej strony. Szykuje się jednocześnie na wygodne dożywocie: jej nowy (po śmierci męża) absztyfikant, radomski adwokat, ma ją umieścić w luksusowym pensjonacie. Na koniec okaże się, że ją dosyć brutalnie naciął i polował jedynie na mieszkanko w dobrym punkcie. Wolno sądzić, że dla autorki tekstu miało to być coś w rodzaju losowej sprawiedliwości: zadowolona z siebie esbeczka idiotka ciężko wystrychnięta na dudka.

Andrzej Sadowski w swoim stylu, dramatycznie i sarkastycznie zderza pogaduszki pani Lodzi i fryzjerki z dwojgiem innych osób naznaczonych tamtymi czasów: robotnikiem Andrzejem, tak ciężko pobitym na radomskich ścieżkach zdrowia, że okaleczonym na całe życie i przywiedzionym do samobójstwa - i jego osamotnioną córką Kasią. Kasia mieszka w tej samej kamienicy, co esbeczka, która nawet przez jakiś czas usiłowała jej matkować (a sąsiedzi myśleli naiwnie, że to w ramach ekspiacji, które to złudzenie, szybko się skończyło. Inscenizator prowadzi spektakl balladowo, przeplatając rodzajowe scenki i ciepłe dialogi dwóch pań z dramatycznymi - opartymi na autentycznych dokumentach - listach robotnika Andrzeja do córki. Mamy do tego kronikarskie filmy o Radomiu 1976, mamy też wściekłe songi wykonane przez Andrzeja i - pod koniec - przez Kasię. Jej wybuch oburzenia i gniewu konstytuuje wymowę spektaklu.

Radomska "Ballada" ma wymiar historyczno teatralnej lekcji, dość, chciałoby się myśleć, istotnej dla młodych odbiorców, których wtedy nie było jeszcze na świecie. Teatr stara się przemawiać językiem dla tej młodzieży, atrakcyjnym, ale bez jakiegokolwiek schlebiania. Bardzo ograniczone technicznie wyposażenie kameralnej sceny radomskiego teatru nie pozwala na widowiskowe efekty, wymusza skromność. Może nieco więcej należało spodziewać się po aktorstwie: dobrze znana Radomianom Danuta Dolecka nie komplikuje wizerunku betonowej zwolenniczki ścieżek zdrowia, rysuje ją jedną kreską (choć i materiał literacki, mówiąc szczerze, zbyt wielu szans jej w tym względzie nie daje). Karolina Łękawa i Wiktor Korzeniowski wyraźnie hamują ekspresję, pozwalając dojść do głosu bezpośrednim, dokumentarnym relacjom (zwłaszcza w jego przypadku wstrząsającym), ale temu, co powinno być wyrazem już stricte scenicznym - czyli songom - nieco brakuje przekonującego wyrazu. W tej sytuacji spore połacie dramatyzmu odkrywa w sobie Joanna Jędrejek: grana przez nią fryzjerska poczciwość wybuchająca nieoczekiwaną tyradą wściekłości jest i przekonująca, i mocna. Aktorkę trochę zaszufladkowano w postaciach komediowych idiotek, a grywała i poważniejsze role, tak w Radomiu, jak i kiedyś w Opolu.

Przy wszystkich niedostatkach nie da się nie zauważyć, że młodzież wypełniającą radomską scenę kameralną zamurowało: śledzili Balladę z ogromną uwagą i wyraźnym przejęciem. Zapewne więc nie jest to ani niezwykle zaskakujący, ani pogłębiony obraz skutków wypadków radomskich 1976 roku, ale - jako przypomnienie czegoś ważnego z niedawnej historii w czasach galopującej amnezji - zdaje się całkowicie na miejscu i dobrze spełnia swoją rolę.

Jacek Sieradzki /Materiał własny /18-01-2012

 


 

Ulico szalona! Ulico cicha! Ulico złota!

Spektakle wystawiane na scenie kameralnej mają to do siebie, że nieco przypominają szkolne przedstawienia. Mała powierzchnia, niewielu widzów, brak wyraźnej granicy między sceną a widownią, kilku aktorów, uproszczone dekoracje. Taka właśnie jest "Uliczna ballada" w reżyserii Andrzeja Sadowskiego - skromna, rozgrywająca się jakby w domku dla lalek, z dekoracjami uproszczonymi do minimum. Ale jej przekaz jest zupełną odwrotnością kameralności przedsięwzięcia - ma po prostu wielką siłę rażenia.

"Uliczna ballada" to na pewno bardzo ważny spektakl dla radomian. To tu w życie zwykłych ludzi wkrada się wielka historia. Ta historia wikła i niszczy życiorysy. Ta historia, mimo upływu czasu, wciąż trwa, tkwi niczym zadra, niczym ostry cierń w sercach ludzi wzgardzonych, poniżonych i uwikłanych w wydarzenia Czerwca '76. Kto usunie ten cierń? Czy ktoś się odważy? Ktoś stanie na wysokości zadania?

Jak to w balladach bywa, fabuła jest tylko szkicem, ale szkicem bardzo wyraźnym. Dominantę spektaklu stanowią dramatyczne dla Radomia wydarzenia z 25 czerwca 1976 roku, jednak to nie one dzieją się na scenie. To jedynie ich echa docierają do jednej z kamienic przy ulicy Piłsudskiego. Widzowie poznają historię osiemdziesięcioletniej kobiety, Pani Lodzi (w tej roli mimo wszystko trochę za młoda Danuta Dolecka), byłej funkcjonariuszki peerelowskiego aparatu bezpieczeństwa. Kobiety, która tak naprawdę do dziś nie zdaje sobie sprawy, w budowaniu jakiego systemu uczestniczyła wraz z mężem. W mniemaniu bohaterki powszechna w PRL-u kontrola korespondencji to właściwie nic złego. Jej udział w tym procederze to jedynie forma ochrony systemu przed wywrotowym elementem. Dlatego oburza się, gdy słyszy w telewizji o próbach obniżenia lub odebrania emerytur peerelowskim aparatczykom. Nie rozumie, dlaczego nie można zostawić w spokoju starych już i często schorowanych ludzi dawnej władzy. Czy ma wyrzuty sumienia? Raczej nie. Żwawa osiemdziesięciolatka żyje w zupełnej nieświadomości, nie zdaje sobie sprawy, do czego zdolny był miniony system.

Szkoda, że staruszki nie uświadomi Anna (świetna Joanna Jędrejek), opiekująca się nią sąsiadka, skrzętnie skrywająca bolesną tajemnicę sprzed lat. Z zaciśniętą pięścią i łzą w oku słucha wywodów Pani Lodzi o tym, jak kiedyś było cudownie. Rzeczywiście było. Ale dobrobytu doświadczał jedynie "salon". Salon świetnie się bawił, salon śpiewał (nawet słowo "sala" w piosence Jerzego Połomskiego Pani Lodzia zamieniła na "salon") i salon jeździł za granicę, korzystając z finansowych profitów za działalność przeciw wywrotowcom. Anna jednak milczy od 1976 roku, kiedy to została w okrutny sposób upokorzona na komisariacie milicji.

"Przeszłość wcale nie odeszła, ani nie umarła. Przeszłość jest teraźniejszością" - padają na scenie słowa. Anna nosi w sercu swą krzywdę do dzisiaj. Swoją krzywdę nosi też młodziutka Kasia (w tej roli bardzo sugestywna Karolina Łękawa), wychowana bez ojca, który padł ofiarą represji po zajściach czerwcowych, a nie wytrzymawszy presji psychicznej spowodowanej ciągłym nękaniem przez milicję, popełnił samobójstwo.

To właśnie jego monolog z zaświatów uzupełnia akcję przedstawienia. Andrzej (grany przez Wiktora Korzeniowskiego), ubrany na biało niczym anioł, przywołuje dawne wydarzenia - całą spiralę zdarzeń rozpętaną w Radomiu po ogłoszeniu projektu drastycznych podwyżek cen żywności w kraju: od wstrzymania pracy w Zakładach Metalowych "Łucznik" i pochodu robotników ulicami miasta, aż po represje wobec Radomia i jego mieszkańców oraz ich reperkusje, trwające po dziś dzień. Anioł Andrzej czuwa, by pamięć o Czerwcu '76 przetrwała. Jego rozpaczliwy krzyk niesie się przez radomskie ulice. Skrwawiona biel jego stroju wyraźnie przemawia do widza - to władza mściła się na niewinnych ludziach, na komisariatach milicji sączyła się krew demonstrantów walczących o godność, ale i przygodnych osób oskarżanych o zakłócanie porządku i niszczenie mienia. Pojemnik z czerwoną farbą nad głową Andrzeja jak klepsydra odmierza krople krwi przelane w miejscach zatrzymań i na ulicach Radomia. Ile ich było? Chyba nikt tego nie zliczy. Część osób sponiewieranych przez reżim milczy, jak Anna, do dziś.

Spektakl nawiązuje do popularnej obecnie oferty interaktywnych muzeów, chociażby stołecznego Muzeum Powstania Warszawskiego lub Muzeum Historycznego Miasta Krakowa w Fabryce Schindlera. Skromne dekoracje uzupełnia podzielona na dwie części tablica. Na jednej pokazywane są archiwalne filmy z zajściami w Radomiu i słowa Gierka, które także słychać z dość niewyraźnych nagrań. Druga część zabiera widza na wycieczkę po ulicach i zakamarkach miasta widzianych z lotu ptaka. Pod koniec spektaklu na tablicy, za sprawą podłączonej do niej kamery, widać to, co się dzieje na scenie. To Kasia rejestruje emocje bohaterów spektaklu.

W spektaklu pojawiają się także wstawki śpiewane - uroczo wykonywane przez nieśmiałą i zawstydzoną Kasię. Dziewczyna pisze też listy i rysuje kredą na tablicy obrazki dla zmarłego przedwcześnie taty, które są próbą wyrażenia tęsknoty za tym, czego nie doświadczyła w dzieciństwie. Pani Lodzia natomiast puszcza piosenkę Jerzego Połomskiego i wiruje po scenie w rytm utworu "Cała sala śpiewa z nami".

Reżyser bardzo dobrze orientuje się w panujących trendach i podejmuje z widzem całkiem udaną grę, zwielokrotniając jego zaangażowanie w oglądanie przedstawienia licznymi bodźcami. Bardzo dobrze dobrane są też stroje bohaterek. Typowo kobiece ubiory mogą pochodzić z lat siedemdziesiątych, mogą być zupełnie współczesne. Kostium Andrzeja jest niezwykle wymowny i pasujący do tej postaci.

Aktorzy naprawdę wczuwają się w swoje role. To bohaterowie z krwi i kości. Pani Lodzia jest bardzo beztroska, ale jednocześnie uzewnętrznia swoją złość i niechęć do nowej polskiej rzeczywistości. Anna wciąż tłumi w sobie gniew, cały czas chce wybuchnąć, ale erupcje uczuć są wyciszone i przytępione. Kasia to zagubiona dziewczyna, urzeka swą prostolinijnością i niewinnością. Wszystkie jej działania noszą znamiona typowe dla performansu - widz ma wrażenie, że Łękawa podchodzi do wszystkich swoich działań bardzo osobiście, każdy jej gest i mina świadczą o jej ogromnym zaangażowaniu. Andrzej zaś kipi od złości. Jemu wolno głośno wyrazić gniew i gorycz niewinnie skrzywdzonego. Wszak już jest po drugiej stronie niewdzięcznego życia. Wciąż jednak tkwi w swojej przeszłości, siedzi na krześle jakby w trakcie przesłuchania, pod lampką, z której kapie czerwona farba i bruka jego śnieżnobiałe ubranie.

Siła przedstawienia tkwi przede wszystkim w szerokim potraktowaniu tematu Czerwca '76. Poznajemy te dni z perspektywy nie tylko czworga bohaterów całkiem inaczej uwikłanych w historię, ale przecież także z materiałów filmowych prezentowanych na tablicy i nagrań dźwiękowych. Moc spektaklu tkwi w zastosowaniu całego spektrum mediów i rekwizytów, w przemieszaniu różnych czasów, miejsc i płaszczyzn, a także w przekazywania informacji o tamtych wydarzeniach z trzech różnych pespektyw, w postaci trzech nakładających się opowieści: Andrzeja w zaświatach, Kasi na radomskiej ulicy oraz Pani Lodzi i Anny w mieszkaniu staruszki.

I wreszcie, siła "Ulicznej ballady" tkwi także w jej prostym przekazie moralnym. Pani Lodzia - zagorzała komunistka zostaje ukarana. I to nie przez nieradzący sobie z takimi sprawami wymiar sprawiedliwości, a zwyczajnie przez los. Obiecywany jej wspaniały apartament w domu spokojnej starości "Lawendowa dolina" okazuje się zwykłą klitką w radomskim domu starców, do którego nie będzie mogła zabrać ani większości swoich rzeczy, ani ukochanych psów.

Symbolicznie karząc beztroską współtwórczynię antyludzkiego systemu, autorka tekstu, Teresa Opoka, oraz reżyser spektaklu koją ból, który ciągle wywoływany jest przez cierń tkwiący w sercach poszkodowanych, oraz składają hołd ofiarom wydarzeń czerwcowych, Radomiowi i jego mieszkańcom.

Michał Kański / Teatralia Radom / Nr 18 (18) /7 maja 2012

 


 

Twórcy "Ballady ulicznej" w Teatrze Powszechnym nie ukrywali, że tworzą spektakl na zamówienie z okazji 35. rocznicy Radomskiego Czerwca 76 r. Ba, reżyser podkreślał nawet, że jest to szlachetna odmiana "produkcyjniaka", formy tak zohydzonej przez socrealizm. Co w rezultacie oglądamy na scenie?


 

Tak, ale trzeba przede wszystkim mieć świadomość, że nawet bardzo już dojrzali widzowie socrealizmu nie pamiętają (co najwyżej wiedzę czerpią na jego temat z historii, literatury i filmu), ale pamiętają rok 1976. Jeśli nie spędzili go w Radomiu, to muszą przecież znać doskonale duszną, PRL-owska atmosferę, wiedzieć, że co innego mówiło się oficjalnie - w pracy, szkole, na zabraniu partyjnym, a co innego w domu, w gronie zaufanych ludzi. A o "wypadkach radomskich" mówiło się zupełnie innym językiem niż chciała tego ówczesna propaganda: ci, którzy chcieli wiedzieć "jak naprawdę było" nie wierzyli, że robotnicy, którzy wyszli protestować na ulice demolowali i szabrowali sklepy, że chcieli obalić ustrój, a na stadionie Radomiaka zebrali się z własnej woli ludzie z całej Polski by potępić "radomskich warchołów" i poprzeć ludową władzę, która troszczyła się o ich los.

Ale sprawca "Ballady ulicznej" Andrzej Sadowski zapewniał, że najmniej interesuje go odtworzenie samej historii wydarzeń z czerwca 76 r, że nie obchodzi go też wcale polityka, a jedynie ludzie - ich postawy i emocje. Tymczasem historia została opowiedziana - ustami Andrzeja Kowalskiego (Wiktor Korzeniowski), robotnika z "Waltera", uczestnika protestu. Opowiada o nim "zza grobu"; okazuje się bowiem, że narrator - w 1976 r. zaledwie 26-latek - trzy lata później odbiera sobie życie. Te trzy lata w jego życiu to zatrzymania, pamiętne ścieżki zdrowia, ubeckie nękanie i prześladowanie, utrata pracy.

Historię opowiada uczestnik protestu Kowalski - ubrany na biało, w zakrwawionej koszuli i marynarce - to jeden plan spektaklu. W jego tle oglądamy dokumentalne materiały - zdjęcia z protestu w 1976 r., film z wiecu na radomiaku, połajanki Gierka, który mówi bez zahamowań do "towarzyszy" w komitecie centralnym, by udowodnili tym "radomiakom', że "ich nienawidzimy" i że są "świniami".

Drugi - równoległy plan z akcją rozgrywająca się współcześnie - to mieszkanie przy Piłsudskiego. Po latach wyprowadza się stąd 80-letnia pani Lodzia (Danuta Dolecka), pracownica SB ("tylko" czytała tam korespondencję) i żona tajnego milicjanta, wierna ustrojowi i jego ludziom do końca. Pomaga jej Anna (Joanna Jędrejek), sąsiadka, która zupełnie nie podziela poglądów starszej kobiety, a mimo to opiekuje się nią. Czasami się wydaje, że liczy na wdzięczność i zapisanie jej mieszkania, choć cały czas powtarza, że powinna je otrzymać Kasia. Ale Kasia (Karolina Łękawa) do pani Lodzi już ku utrapieniu starej radomianki nie zagląda. Pisze listy do ojca, Andrzeja Kowalskiego, który nie doczekał jej urodzin. Dziewczyna nie przychodzi, choć pani Lodzia i jej mąż traktowali ją niemal jak własne dziecko, którego nie posiadali. Dlatego Kasia szanse na przeprowadzkę do mieszkania po pani Lodzi miała. Tymczasem dziewczynka dowiedziała się, że ludzie mówią na starszą sąsiadkę "pani ubek"...

To rzeczywiście dobry materiał, by pokazać postawy ludzkie, zaznaczyć, że jak w życiu nie ma czarno-białych charakterów, że można kogoś wspierać, choć doświadczyło się jeśli nie od tego kogoś bezpośrednio, to od grupy, do której on należał wiele złego. Tak dzieje się w przypadku Anny - jej mąż jako "umysłowy" nie mógł wyjść 25 czerwca 1976 r. na ulice - wspomina kobieta. Ale "tamci" dopadli ją i co zrobili - możemy się domyślać z dużym prawdopodobieństwem, że to przypuszczenia słuszne.

Wszystkie te relacje między bohaterami, niuanse, niedopowiedzenia dostrzegamy wprawdzie, ale mimo ogromnej determinacji inscenizatorów i aktorów - są one za mało uwypuklone. I niestety, przegrywają z warstwą historyczną, czego reżyser tak chciał uniknąć. Z drugiej strony, być może nie jest to aż taka wada, bo spektakl choć adresowany nie tylko do młodych widzów, uświadomi im, że w ich rodzinnym mieście toczyła się prawdziwa historia i że ich miasto ma swój, niebagatelny udział w tworzeniu demokratycznego społeczeństwa. A sposób pokazania tej opowieści jest bardzo współczesny - z wykorzystaniem nie tylko fotografii i dokumentu filmowego, ale także najnowszych multimediów i muzyki.

Mimo powyższych zastrzeżeń, na pewno warto zobaczyć. Koniecznie trzeba zobaczyć.
Bożena Dobrzyńska / www.mojRadom.pl

 


 

Ważna premiera na zakończenie sezonu


Ciekawy to pomysł, równie interesująco został przełożony na scenę przez reżysera Andrzeja Sadowskiego. Do zbudowania scenicznej rzeczywistości posłużyły mu: tekst Teresy Opoki, pisarki związanej z Radomiem oraz archiwalne materiały dotyczące wydarzeń pamiętnego czerwca ’76. 

Może na początku przypomnijmy sobie, co znaczy ta data dla historii wolnej od komunizmu Polski: wówczas to przez Polskę, począwszy od Radomia, przeszła fala protestów oraz strajków robotników niezadowolonych z podwyżek cen żywności. Strajkowano w ponad stu zakładach na terenie całego kraju, ale to z Radomia wyszedł ten pierwszy impuls do czynnego działania, zachęta do wyrażenia niezadowolenia z poczynań władzy, akcja, mająca na celu obronę godności człowieka i jego pracy. Zamieszki odbywały się na ulicach całego miasta, robotnicy, skandując hasła, szli przez Radom domagając się ustąpienia od ogłoszonych wcześniej podwyżek cen. Rezultatem strajków były represje robotników przez władze komunistyczne: zwolnienia z pracy, zakaz pracy w innych zakładach, aresztowania, prześladowania i przesłuchania. Ci, którzy wzięli udział w protestach nie mieli już zaznać spokoju dnia codziennego. 

Jednego z takich ludzi portretuje i upamiętnia „Uliczna ballada”. To Andrzej (w tej roli Wiktor Korzeniowski), robotnik z Radomia, który w 76 roku wpadł w wir zamieszek. Był młody – miał 27 lat, właśnie urodziła mu się córeczka, Kasia. Nie zadowalała go ciężka praca ponad normę i marne wynagrodzenie w zamian. Podwyżka cen podstawowych artykułów żywnościowych przepełniła czarę goryczy – wraz z innymi robotnikami wyszedł na miasto strajkować. Kiedy strajki zostały zduszone, Andrzeja nie ominęły aresztowania i przesłuchania. Maltretowany przez prześladowców, w wieku 29 lat popełnił samobójstwo.

Historia Andrzeja (a właściwie ducha Andrzeja) nie jest jedyną, jaką słyszymy tego wieczoru. W jej nurt zostają wplecione trzy inne, powiązane ze sobą opowieści. Równolegle do monologu Andrzeja prowadzony jest monolog jego dorosłej już córki Andrzeja, Kasi, symultanicznie dzieją się sceny z udziałem pani Lodzi i Ani. Pani Lodzia (Danuta Dolecka) to, żyjąca komunistyczną przeszłością, kobieta po osiemdziesiątce. Jej myśli i słowa zatopione są w tamtych czasach, albowiem żyło jej się wówczas bardzo wygodnie – mąż był wysoko postawionym pracownikiem milicji. Obecnie wdowa znajduje się w przełomowym momencie swojego życia – wyprowadza się do domu spokojnej starości. Nie jest jednak zadowolona. Wciąż narzeka na politykę państwa, które rozlicza się z komunistyczną przeszłością – chcąc nie chcąc, dotyka ją to osobiście. Swoje „mądrości” kieruje w stronę Anny (Joanna Jędrzejek), zaprzyjaźnionej z nią kosmetyczki, która odwiedza panią Lodzię raz na jakiś czas. I ona – na wzór wszystkich bohaterów – nosi w sobie niedobrą pamięć tamtych czasów – jej kobiecość została zbrukana przez funkcjonariuszy w jednym z radomskich aresztów.

Andrzej, Kasia i Anna – wszyscy troje zostali źle doświadczeni przez komunizm. Tylko pani Lodzi żyło się dostatnio. Czy przyjdzie jej kiedyś za to zapłacić? Okazuje się, że tak. I wcale nie wymiar sprawiedliwości ją ukaże, ale życie – dom spokojnej starości okaże się klitką, do której nie będzie mogła zabrać nawet ukochanego psa. 

Wszystkie trzy opowieści nachodzą na siebie. Monolog Andrzeja przeplata się z dialogami Lodzi i Anny choć ich światy funkcjonują na zupełnie różnych płaszczyznach. Dlatego też i scena została podzielona na dwie części – jej prawa strona należy do świata Andrzeja, lewa jest domeną Lodzi. Przeszłość, w której tkwi Andrzej, oddziałuje wciąż na teraźniejszość, gdzie przebywają Lodzia, Anna i Kasia. Świat Andrzeja-ducha to krzesło i lampka przywodzące na myśl pokój przesłuchań. Historię relacjonuje, siedząc na krześle. O tym, że Andrzej nie jest już wśród żywych świadczy jego śmiertelnie blada twarz oraz krew na ubraniu. Świat kobiet to świat nam współczesny – wnętrze mieszkania sugerują stół, krzesła i bibeloty. 

Za plecami bohaterów rozpościera się biała ściana, pełniącej także rolę ekranu. W części, która należy do Andrzeja wyświetlane zostają archiwalne zdjęcia i filmy, będące świadectwami tamtych dni. W parze z materiałami wizualnym idą nagrania dźwiękowe – przemówienia ówczesnego I Sekretarza KC Edwarda Gierka i innych funkcjonariuszy partii. Za plecami Lodzi i Anny pojawia obraz internetowej mapy, która pokazuje ulice Radomia, bloki, miejskie bramy itp. 

Interesującą  formę przybrał świat Kasi (Karolina Łękawa) – ma on charakter swoistego performensu. Bohaterka prowadzi monolog zewnętrzny, inicjuje głośne pisanie listu do swego nieżyjącego ojca, wypisuje po białych ścianach niezgrabne zdania, wyciera je rękawem, pisze raz jeszcze. Na środku sceny stoi mikrofon na statywie – Kasia wykorzysta go, by zaśpiewać piosenkę, wyrecytować zdanie. Z boku leży kamera - to za pomocą niej Kasia będzie rejestrować emocje bohaterów. W dalszej części spektaklu obydwa światy zostaną połączone – również za pomocą Kasi.

Spektakl pod względem aktorskim przebiega sprawnie. Emocje budzi zwłaszcza monolog Andrzeja w wykonaniu Wiktora Korzeniowskiego. Zastosowane przez reżysera eksperymenty tekstowe polegające na ciągłym rozbijaniu narracji nadają wszystkim trzem opowieściom pewnej lekkości. Symboliczność przestrzeni i performatywny charakter działań Karoliny Łękawy sprawiają, że aktywność widza wciąż jest pobudzana, że nie pozwala mu się skupić na jednym wątku.

Dyrektor Teatru Zbigniew Rybka nie jest radomianinem, ale jak wiać teraźniejszość tego miasta i jego historię traktuje z należytą powagą i zrozumieniem. Na popremierowej lampce wina zgromadził ludzi, dla których fakt powstania tego przedstawienia ma znaczenie trudne do przecenienia i posiada wyraz symboliczny, ponieważ Radom poniósł wielką ofiarę determinacji i odwagi swoich obywateli. Został bowiem w pewnym sensie przez komunistyczne władze „wyklęty” i przez szereg lat, podobnie jak jego aktywni mieszkańcy prześladowany i pomijany w dotacjach, inwestycjach i planach rozwojowych, a przecież po wydarzeniach z ’76 roku powstał Komitet Obrony Robotników i Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela (ROPCiO). Uważa się też, że radomskie wydarzenia rozpoczęły epokę solidarnościową i jego mieszkańcy mogą czuć się jej współtwórcami. Dlatego inicjatywa Zbigniewa Rybki w postaci przygotowania spektaklu jest tak ważna z punktu widzenia miasta i radomskiej społeczności.

„Uliczna ballada” w reżyserii Andrzeja Sadowskiego to rodzaj hołdu złożonego tamtym czasom i ludziom, którzy, walcząc o godniejsze życie, często słono za tę walkę płacili. Cieszy fakt, iż Teatr Powszechny w Radomiu jako jedna z pierwszych instytucji w mieście postanowiła uczcić 35-lecie tych ważnych dla Radomia, ale i całej Polski wydarzeń. Znaczy to, że Teatr jest miejscem, które, widząc społeczne zapotrzebowanie na poruszanie tego typu tematów wychodzi mieszkańcom naprzeciw. A w dodatku robi to porządnie, na czas i na dobrym poziomie artystycznym.
Marta Odziomek / Dziennik Teatralny / 13 czerwca 2011