<- realizacje:

 

a&a&a & Teatr Barakah
Andrzej Sadowski
KŁAMCZUCHA


Udział: Anna Piróg - Karaszkiewicz, Zbigniew Kozłowski, Andrzej Sadowski

 

Premiera: 21/22.06.2012, Teatr Zależny, Kraków

Premiera prasowa: 06.10.12, Teatr Barakah, Kraków


 

Niezwykle interesująca jest sama konstrukcja fabuły. Mamy tu do czynienia z klasycznym przykładem kryminału. Dominantą jest fabuła powiązana bezpośrednio ze zbrodnią oraz próbą wyjaśnienia jej okoliczności, które to wywołują u widza dreszcz emocji. Niezwykła intensywność opowieści sprawia, że opowieść ta nie nuży, wręcz przeciwnie, widz od początku do końca utrzymany jest w napięciu i niepewności, co do opisywanej przez kobietę historii. Nic tu nie jest oczywiste. Charakterystyczna dla gatunku narracja linearno-powrotna wprowadza mętlik w głowach widzów. Sprawia, że do końca nie wiedzą, czy plącząca się w zeznaniach Joanna mówi prawdę, czy jedynie opowiada wyimaginowaną historię. Mają jednak nad nią znaczącą przewagę - Joanna nie wie o ich obecności za weneckim lustrem.
Jest to urywkowa, chaotyczna, pełna dygresji opowieść kobiety, która pragnie wykrzyczeć swój ból, wyjawić skrywaną tajemnicę. Przy czym nie oczekuje ona pocieszenia, czy współczucia, wie bowiem, że ostatecznie jest to niemożliwe. Z resztą nikt nie chce jej do końca wysłuchać, gdyż nie jest w stanie uwierzyć w prawdopodobieństwo opowiadanych przez kobietę zdarzeń. Nerwowe tiki oraz jąkanie wskazują na ogromne zdenerwowanie Joanny. Ze swych przeżyć może się zwierzyć jedynie pozostawionej w pustej sali przesłuchań kamerze, która w tym wypadku stanowi rodzaj medium między nią, a światem zewnętrznym.
Na sukces tego spektaklu składają się dwa składniki: bardzo dobry, aczkolwiek trudny tekst Andrzeja Sadowskiego oraz niesamowity talent Anny Piróg- Karaszkiewicz, która wciela się w postać składającej zeznania Joanny.
Jest to pierwsza tego typu forma teatralna w wykonaniu Anny Piróg - Karaszkiewicz. Interesujące spotkanie z postacią i talentem aktorki, która sprawia, że człowiek nie może przestać słuchać kolejnych opowieści o miłości i śmierci, które składają się na życie głównej bohaterki. Jest w niej coś hipnotyzującego, widzowie są wpuszczani w trans podążania za historią. Efekt ten jest również zasługą tekstu, który został napisany w taki sposób, aby widz ani na chwilę nie mógł oderwać swej uwagi.
Największą siłą tego monodramu można określić odrzucenie wszelkiego rodzaju teatralizacji, nadmiernych ozdobników. Stół, dwa krzesła i wspaniały talent, tylko, a może w dzisiejszych czasach aż tyle potrzeba do stworzenia pięknego teatru. Jak przyznał reżyser Andrzej Sadowski na spotkaniu z dziennikarzami - spektakl ten do tego stopnia jest obdarty z wszelkich atrakcji, że wydaje się najbardziej nieinteresującym. Nic bardziej mylnego. Pozostaje to, co najważniejsze - postać, jej historia oraz reakcja widza. Osobiście nie mogę się doczekać kolejnego projektu w wykonaniu tego duetu. Czekając na więcej, zapraszam do Teatru Barakah.
"Retrospektywne kłamstwa Joanny"
Sylwia Papier / Co Na Scenie


 

Kochać i nie zwariować
"Kłamczucha" w reż. Andrzeja Sadowskiego w Teatrze Barakah w Krakowie. Pisze Aleksandra Sowa w serwisie Teatr dla Was.
Najtrudniejszy, a zarazem chyba najprawdziwszy teatr robi się na pustej scenie, bez kostiumu, kiedy aktor stoi twarzą w twarz z widzem i nie może podeprzeć się rekwizytem, a ma do wykorzystania tylko siebie i swoje ciało, głos, gest, mimikę.
Monodram w maleńkiej, piwnicznej przestrzeni, gdzie nie mieści się wiele ponad stół i krzesło, wydaje się wymarzonym testem dla aktora, który musi zmierzyć się z tekstem sam i sprawić aby ci, którzy go oglądają, choć przez chwilę uwierzyli w postać i jej historię.
W przypadku "Kłamczuchy" Andrzeja Sadowskiego brak także jakichkolwiek prób wchodzenia w dialog czy interakcję z publicznością (właściwie bohaterka nawet nie do końca zwraca się do widzów, bardziej do kamery, która nagrywa jej opowieść), a więc staje się to jeszcze trudniejsze.
Rzecz dzieje się w sali przesłuchań. Początkowo na scenie pojawiają się dwaj mężczyźni (Zbigniew Kozłowski, Andrzej Sadowski) wprowadzający do środka oskarżoną o morderstwo bohaterkę. Kobieta (Anna Piróg) mówi. Mówi od samego początku, zrytmizowanymi zdaniami, zabarwionymi histerią, nie przerywa sobie ani na okoliczność podpisywania papierów, ani wtedy, kiedy mężczyźni rozmawiają między sobą. Dociera do niej tylko ich wyjście i kilkukrotnie powtórzona prośba: "proszę mówić do kamery".
Godzinny monolog tak naprawdę nie wzbudza w nas zainteresowania dokonaną (lub nie) zbrodnią, do której w końcu kobieta się przyzna. Sama opowieść o toksycznej relacji dwójki osób jest wystarczająco wstrząsająca i bardziej upiorna niż sam akt odebrania komuś życia. W tej opowieści to kobieta staje się ofiarą, a nie oprawcą. Współczujemy jej, bo jest roztrzęsiona tym, co przed nami odkrywa: swoim wypadkiem, w którym traci nogę, dzięki czemu mężczyzna może ją od siebie uzależniać, nieczułością i arogancją faceta, który gra ze swoją tożsamością i obsesjami na punkcie innej kobiety, a wreszcie samym faktem, że siedzi na tym miejscu i gęsto tłumaczy się za zbrodnię, która, jeśli została popełniona, to tylko z chorej miłości i bezdyskusyjnego poddania.
Anna Piróg siedzi cały czas w tym samym miejscu, wodzi oczami wokół i co chwila zatrzymuje wzrok na kamerze. Ma oczy puste. Ale od niej oczu nie można oderwać. Gra niemal organicznie - desperację, podniecenie, złość, żal i wszystkie inne emocje wyraża nie tylko sposobem wypowiadania poszczególnych zdań, barwą i tonem. Wydaje się, że kontroluje nawet reakcje swojego organizmu, zimny pot zalewa jej twarz w miarę rosnącego napięcia, z nosa leci katar, a powieki zdają się być wilgotne od łez, które jednak podczas trwania spektaklu nie spadną.
Wygląda trochę jak histeryczka, wariatka, majacząca w gorączce - może dlatego nie do końca da się rozszyfrować czy mówi prawdę, zresztą istotniejsze stają się emocje i uczucia, które stają się najważniejszymi argumentami.
Opowieść, którą serwuje nam Sadowski to układanka - nie tylko przez plątające się ze sobą wątki i ciągłe niedopowiedzenia, ale także ze względu na konstrukcje zdań, niejasne metafory, przeskakiwanie między zdarzeniami, osobami. Anna Piróg niczego nie upraszcza - w sposób wybitny oddaje ten programowy obłęd, zadając między wierszami pytanie: jak kochać bez popadania w obsesję? I jak kochać i nie zwariować? Odpowiedzi, jak zwykle w przypadku ważnych pytań, brak. Ale żadnej z oklaskujących to przedstawienie na stojąco osób, nie była ona potrzebna tak bardzo, jak zobaczenie w tej sfrustrowanej, chorej kobiecie, części własnego, wypartego i wstydliwego "ja".


 

Wydawać by się mogło, że na temat zakochania powstało już tak wiele filmów, książek i spektakli, że nie ma sensu tworzyć kolejnych wersji. Ile można słuchać ciągle o tym samym. Jednak „Kłamczucha” opowiada o innej wersji miłości. Tej gorzkiej, o której nie chcemy pamiętać. Nierealnej, którą widz początkowo odrzuca, myśląc „Mnie to nie spotka”. Potem jednak przychodzi chwila zastanowienia. Bo czy przypadkiem rzeczywistość przedstawiona na scenie nie miała rangi symbolu?

Patrycja Golik / „Teatralnik”


 

Powstał spektakl, który jest przytłaczający przez swoją brutalność. Ukazuje także chore relacje, nie do zaakceptowania i zrozumienia. Godzina spędzona twarzą w twarz z "Kłamczuchą" robi totalny mętlik w głowie. Efekt jest powalający.

Agnieszka Niewdana / Dziennik Teatralny Katowice

 


 

Dlatego, że ją kochał…
Dlatego, że ją kochał, wyniósł z jej domu w kartonowych pudłach tlen i zamknął ją w ośmieszonej tyranią miłosnej klatce. Ona też go kochała, dlatego w końcu zjadła jego serce.
Spektakl Kłamczucha to przesłuchanie kobiety, która postanowiła przyznać się do zabójstwa męża. W prasie pewnie napisali, że to była makabra, ale morderczyni nie przeraża bezwzględnością, siada i od początku zawstydza – zawstydza wszystkie piosenki o miłości i wszelkie trupy nieczułych facetów. I tak na maleńkiej scenie, w rytmie początkowo irytującej powtórzeniami opowieści, rozszerza się i rozchodzi okropność. Zanurzeni w ciemności, którą niejako ustanawia sama sytuacja przesłuchania, nie wiemy, że będziemy podążać, a właściwie cofać się, w stronę niemożliwości.
Opowieść oskarżonej, tytułowej kłamczuchy, przypomina w formie strumień świadomości, niekontrolowany potok najczarniejszych wspomnień. Każde kolejne słowo zmienia rzeczywistość oraz weryfikuje prawdę – w cyklu demonicznych retrospekcji oskarżona kobieta przechodzi symboliczną metamorfozę – z oprawcy zmienia się w ofiarę. Ofiarę aroganckiego, zimnego drania o rozchwianej tożsamości, który niespiesznie odzierał ją z indywidualności i powoli odbierał życie. Tym, co jej zrobił, było obranie ze świadomości – metodą redukcji stopniowo odzierał „ukochaną” z wszelkich elementów konstytutywnych, decydujących o swoistości człowieka. Dokonał destrukcji indywiduum, zmasakrował swoją wybrankę i okaleczył ją moralnie i fizycznie. W konsekwencji jego ofiara zasiadła przed nami jako ludzkie „nic”, próbujące nadać swojemu cierpieniu sens albo chociaż odrobinę godności.
Przedziwnym rytmem toczy się ta ocierająca się o psychodelę opowieść. Rytm kolejnych zdań imituje przyspieszone bicie złamanego serca. Staje się on onomatopeją strachu i narastającego poczucia osaczenia. Tragizm potęguje ciasnota i nie tylko dosłowna „piwniczność” sceny. Niebezpieczna bliskość widowni i bezlitosne policyjne światło wystawia twarz aktorki na wszelkie niebezpieczeństwa, jednak iluzja trwa – rewelacyjna Anna Piróg przeraźliwie pustymi oczami błądzi między krainą koszmarnych imaginacji a rzeczywistością „tu i teraz”, zatrzymując się czasem przed okiem policyjnej kamery. Staje się niejako artystką totalną – zdaje się kontrolować najbardziej fizjologiczne reakcje organizmu: cieknie jej z nosa, zalewający twarz zimny pot jest coraz bardziej namacalny i krępujący, a oczy szklą się bardziej i bardziej, jednak kobieta nie roni ani jednej łzy. Ciało aktorki opowiada, równoległą do tej werbalnej, historię upodlenia.
Może oskarżona kłamie. Może kłamie nieświadomie, ponieważ skrajna, zakrapiana rozpaczą samotność, doprowadziła do zatarcia granic między nocnymi koszmarami a straszliwie pustą i wrogą rzeczywistością – to, o czym śniła, wydawało się bardziej realne. Straciła pewność, który obraz jest prawdziwy. Moment przebudzenia, zawieszenia między nocą a dniem, został przedłużony w nieskończoność. A może kłamie zupełnie świadomie, bo zabiła męża – tłuczkiem do mięsa albo pistoletem dziadka – ale nie może pogodzić się z banalnością własnej zbrodni. Pragnie, aby przelana krew włączyła ją do panteonu nieśmiertelnych zbrodniarek, chciałaby zasiąść między Balladyną a Lady Makbet. A może mówi prawdę – prawdę ukrytą pod hiperbolizowanymi, naturalistycznymi wizualizacjami albo nagą prawdę, wszak wydarte i ugotowane serce nie zawsze musi być metaforą. Nie wiem, chyba nikt nie wie. Wyrok przegrywa tutaj z historią kobiety, która przyszła na przesłuchanie, by opowiedzieć o tym, jak upiorna, a przy tym absolutna miłość zniszczyła jej życie.

Na scenie Teatru Barakah rozegrał się wielki dramat – była tam rozgorączkowana, zrujnowana kobieta, która w godzinnym monologu pragnęła dokonać samoocalenia. Nie chciała uniewinnienia ani rozgrzeszenia. Gęstwiną paranoicznych tłumaczeń próbowała wyjaśnić nam swoją tragedię, usprawiedliwić monstrualne cierpienie. Opowiedzieć, co takiego sprawiło, że teraz jest brzydka, szalona, rozklekotana i zasmarkana. I to było najbardziej wstrząsające.
Alicja Müller, Teatralia Kraków

 


 

Ciasna piwnica teatru "Barakah" na Kazimierzu wydaje się jeszcze mniejsza. Zaledwie kilka rzędów, na środku stół ikrzesło. Oraz Ona-kłamczucha.
Rozmaicie można interpretować gwałtowne wyznanie bohaterki granej przez Annę Piróg-Karaszkiewicz - ni to rodzaj konfesji, ni perwersyjne upajanie się własnym występkiem. Dla mnie "Kłamczucha" jest niemal klinicznym zapisem schizofrenii, z wpisanymi w tę chorobę remisjami, momentami życiowej prawdy pozarastanymi urojeniami.
Bohaterka staje przed widzami bezbronna. Mówi, gada bez przerwy, zjada spółgłoski, im potworniejsze rzeczy nam opowiada, tym bardziej staje się bezbronna i krucha. Straciła łączność między wczoraj a dzisiaj, zniknęło jutro, z życia wyciekły całe fragmenty. Wprowadzona do policyjnej sali przesłuchań (a może szpitalnej sali przyjęć), oskarżona o morderstwo (albo o wymyślone morderstwo), pozostawiona przez policjanta (lekarza) samopas, nie przerywa monologu.
Opowiada o opętańczym związku erotycznym z elementami masochizmu, inwalidztwie, samotności, alienacji. "Kłamczucha" nie kokietuje publiczności. Nie chodzi jej o konkretnego adresata wynurzeń, może to być ktokolwiek. Człowiek lub przedmiot. Trzeba tylko gadać, to jedyny imperatyw. Przed nią stoi włączona kamera i właśnie do niej zwraca się Anna Piróg-Karaszkiewicz.
Na pewno coś nieoczekiwanego wydarzyło się w życiu tej kobiety. Być może naprawdę sięgnęła po nóż o którym tak chętnie opowiada, może zabiła.
Tytuł spektaklu w reżyserii Andrzeja Sadowskiego, również autora sztuki, dopowiada jakby za dużo. Konkluzja jest tak oczywista, że natychmiast budzi wątpliwości. Kłamczucha to kłamczucha, a może właśnie jest na odwrót? Życiorys przetrawiony chorobą, przepisany na autentyczne doświadczenie, jednocześnie wymyślony i do bólu prawdziwy. Nie mamy przecież wglądu do przyczynowego rdzenia stanów psychotycznych, nie wiemy co naprawdę dzieje się w chorym człowieku. Możemy jedynie współodczuwać albo intuicyjnie podejrzewać źródła imaginacji.
Minimalistyczny spektakl w "Barakah" jest udanym teatralnym szkicem. Nie ma tutaj żadnych fajerwerków, a Sadowski jako reżyser nie przeszkadza Piróg, to jego główny sukces. I chociaż osobiście wolałbym żeby tekst "Kłamczuchy" był znacznie skromniejszy w dawkowaniu nazbyt szerokiej emocjonalnej amplitudy (seks, przemoc, inwalidztwo), dawno nieoglądana na krakowskich scenach Piróg-Karaszkiewicz wychodzi z karkołomnej próby zwycięsko. Nie próbuje udawać autentycznej morderczyni, świadomie wprowadza do monologu katatoniczny, chorobowy nawias. Zmyśla po to, żeby opowiedzieć o kosmosie własnego cierpienia. Musi wyrzucić z siebie to wszystko. Powiedzieć nawet za dużo, byleby tylko nie milczeć, nie zastanawiać się, nie dopuszczać zdroworozsądkowej refleksji. Kłamczucha nie panuje nad słowem, ponieważ rozsypał się jej świat. Mówi nieskładnie, bo taka jest jej osobowość. Zbrodniarka zagaduje zbrodnię. Kółko czy krzyżyk, prawda czy fałsz...
Łukasz Maciejewski / Gazeta Krakowska



 

Demony w przeciągu
Piwnica. W zaaranżowanej sali przesłuchań pojawia się kobieta (Anna Piróg-Karaszkiewicz) bełkocząca niezrozumiałe frazy. Od początku wiadomo, że nie jest z nią najlepiej. Wie o tym również grający złego glinę (dobry w ogóle się nie pojawia) policjant (Zbigniew Kozłowski), dlatego nikogo nie dziwi jego zniknięcie po pierwszych minutach spektaklu. Pod ziemią, w ciasnej, surowej przestrzeni zostajemy tylko my, ona i kamera rejestrująca podejrzaną.
Kłamczucha nie ma ani początku, ani końca. Rewelacyjny, niespełna godzinny monolog jest jedynie – na ile to możliwe – uspójnionym fragmentem ulepionym z bezkształtnej masy słów, cierpienia, miłości, psychozy, mordu, seksu i Bóg wie ilu jeszcze rzeczy.
W piwnicy są dwa wyjścia. Kiedy postać siedząca tuż przed widownią oplata nas kolejnymi strasznymi i jednocześnie intrygującymi zdaniami, jedyne, co można zaobserwować wśród zgromadzonych ludzi, to nerwowe spojrzenia szukające ucieczki. Powód jest prosty: bohaterka monologu jest tak hipnotyzująca, że nie sposób wytrzymać jej spojrzenia.
Demony nie pojawiają się tak od razu. Wywoływanie duchów odbywa się stopniowo, ale nieustannie – w ruchu cyklicznym. Przeplatające się strzępki słów początku i końca opowieści, przyczyn i skutków postępowania bohaterki, początkowo wirują bezładnie pomiędzy dwoma wyjściami tej diabelskiej klatki, by po jakimś czasie zacząć układać się we względną całość. Widownia, ustawiona w przeciągu słów, jest nieustannie smagana fragmentami opowieści o kalectwie, niespełnionym życiu, fatalnej miłości i jej drastycznych skutkach.
Symbolicznie oskarżona o zbrodnię kobieta-duch jest swoistym medium, przez które przepływa potok słów tworzących parabolę, przypowieść o cierpieniu i pragnieniu bliskości drugiego człowieka. Na uniwersalną historię nakładają się osobiste doświadczenia wieszczki w transie: oto kaleka kobieta spotyka na swojej drodze hermafrodytyczną postać, która uwodzi ją i upadla jednocześnie.
Wszystko, o czym mówi oskarżona, przesycone jest groteską w jej najczystszej postaci. Zdeformowane, w pewnym sensie ułomne postacie, które budzą chwilami śmiech, chwilami przerażenie, wiją sobie miłosne (?) gniazdko w postaci królestwa kartonów. Wzniosłość uczucia miesza się tu z okropnością aktu damsko-hermafrodytycznego. Jeśli dołożymy do tego podwieczorek z ludzkiego serca jako przyczynę pseudozalotów tajemniczego kochanka wobec głównej bohaterki, to w jakimś sensie „dobierzemy się” do naskórka tej zwariowanej, makabrycznej opowieści.
Kłamczucha pozostaje na długo w pamięci widza. Nie tylko za sprawą świetnej gry aktorskiej i bardzo ciekawego tekstu, ale przede wszystkim z powodu nieustępującego poczucia, że jeden z panoszących się w piwnicy demonów przedostał się na powierzchnię i ciągle za nami chodzi. Krok w krok.
Piotr Gaszczyński, Teatralia Kraków