<- realizacje:

 

 

Teatr Dramatyczny im. A. Węgierki w Białymstoku

Andrzej Sadowski

Leon i Matylda

Reżyseria, scenografia: Andrzej Sadowski

 

Obsada:
Justyna Godlewska-Kruczkowska - Matylda
Monika Zaborska - Nieznajoma
Marek Tyszkiewicz - Leon

 

Chór grecki: Danuta Bach, Arleta Godziszewska, Urszula Mazur

Premiera: 09.02.2018

Foto: Bartek Warzecha

 

Duża Lolita i Fritzl, czyli dwoje na huśtawce

«Słuchaj Leonie, a on nie słucha. Wystarczy mu, że zje zupę. Bo po co mówić żonie o miłości? Przecież i tak nie odejdzie. A może jednak nie pozwoli się poniżać? A może tajemnic alkowy jest znacznie więcej?
Andrzej Sadowski swoją sztukę "Leon i Matylda" rozpoczyna z przytupem, jednocześnie myląc lekko tropy. Najpierw przezabawny chór trzech pań, jako żywo przypominających kumoszki, czy teatralny personel pomocniczy, żwawo opowiada, co powinno się znaleźć na scenie. Zapowiada też wejście Leona, który najbardziej na świecie lubi siedzieć na kanapie i gapić się przed siebie. Zdaje się, że to taki Al Bundy. Szczególnie, kiedy na scenę wkracza Matylda i żąda dowodów miłości. Wypisz wymaluj - znudzony obowiązkami małżeńskimi stary cap i niewyżyta małżonka. Ale to byłoby zbyt proste.
Po świetnie napisanych, pełnych językowej wrażliwości na świat, scenach, dochodzi do pierwszego punktu zwrotnego. Jako, że akcja rozpoczyna się w dniu Wigilii, na scenie pojawi się choinka. Świetnie rozegrane ustawienie aktorów w połączeniu z vis comica grającego Leona Marka Tyszkiewicza daje rewelacyjny efekt. I wtedy właśnie objawi się jego natura. Już nie tylko skapcaniałego, liniejącego małżonka, ale domowego tyrana. Jednym gestem zaprowadza w domu porządek, a widownia wstrzymuje oddech. Choć jeszcze przed momentem jej męska część, zdaje się, mocno żałowała, że nie może tak jak Leon podziwiać "świątecznej choinki".
Wyeksponowany na plakacie stół zostanie jeszcze kilka razy wykorzystany przez reżyserującego spektakl Andrzeja Sadowskiego. Pikantnie, ale z polotem, nie przekraczając granicy dobrego smaku. Jednak to nie scenografia, choreografia, ani zakończenie spektaklu dryfujące w nie do końca zrozumiałą stronę finał "Leona i Matyldy" są najważniejsze. Tu zdecydowanie ponad pozornie banalny tekst wznoszą się aktorzy.
Marek Tyszkiewicz w roli zimnego drania, człowieka o wielu obliczach, wreszcie domowego tyrana, sadysty, czy po prostu zwyczajnego świra jest w doskonałej formie. Śmieszy, tumani, przeraża. Justyna Godlewska-Kruczkowska, sceniczna Matylda, miota się od uwielbienia do nienawiści, od wściekłości do uległości, mówiąc z odpowiednią intonacją słowo "świr" buduje atmosferę grozy.
Bo im dalej toczy się przedstawienie, tym więcej autor zdradza widzom z wcześniejszych losów pary bohaterów. Czy to było brutalne uwiedzenie, czy ocalenie życia. Czy Matylda była w młodości faszerowana narkotykami i jest latami więziona, czy Leon jest zwykłym społecznym pasożytem?
Jednocześnie wiele przeżartych rutyną, czy wypalonymi uczuciami małżeństw, w początkowych scenach odnajdzie lustrzane odbicie swojego życia. Wiele maltretowanych, poniżanych kobiet, może pomyśleć - jestem taka jak Matylda. Pozwalam się poniżać, ale wybaczam, bo kocham. Grozę tych okrutnych prawd przełamują udane komentarze chóru, jednak przeświadczenie, że rodzina Bundy'ch zamieniła się w dom Fritzla gdzieś zostaje z tyłu głowy.
Wydaje mi się, że spektakl mógłby być co najmniej o kwadrans krótszy, bez szkody dla wymowy całości. Reżyserująca świetny film "The Party" Sally Porter przycięła obraz do 71 minut. A zatem można.»
Jerzy Doroszkiewicz / Kurier Poranny nr 33

link do żródła


    

 

Małżeńskie potyczki i panie z okienka. Leon i Matylda w jednym stali domu.
"Leon i Matylda" Andrzeja Sadowskiego w reżyserii autora w Teatrze Dramatycznym im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku. Pisze Monika Żmijewska w Gazecie Wyborczej Białystok.

Ona prosi o czułość i chwilę uwagi. On w ogóle jej nie zauważa. Ona się przymila, w końcu rzuca obelgami. On traktuje ją prymitywnie i cynicznie. 90 minut toksycznej relacji, podlanych surrealistycznych sosem - proponuje niekonwencjonalna para. "Leon i Matylda" w Teatrze Dramatycznym.
To specyficzny spektakl. Miesza porządki, miesza gatunki i nastroje. Naturalistyczne brutalne sceny kotłują się pospołu z bajkowymi. Groteskowy, miejscami zabawny klimat ustępuje miejsca atmosferze jakby wprost z egzystencjalnego horroru (bo takim w sumie staje się scena upokarzania jednej osoby przez drugą; chciałoby się odwrócić oczy albo powiedzieć coś do słuchu tej drugiej).
Ale za chwilę ta pierwsza przejmuje pałeczkę i historia, którą widz układa sobie w głowie, znów nieoczekiwanie zmienia kształt. Emocjonalny i gatunkowy przekładaniec pokazuje kolejne warstwy. A teatrzyk odgrywany przez dwójkę nienawidzących się, ale i potrzebujących się desperacko ludzi - Leona (Marek Tyszkiewicz) i Matyldy (Justyna Godlewska-Kruczkowska), odsłania kolejne warstwy tej małżeńskiej tragifarsy, gdzie nie wszystko okazuje się takie, jakie wydawało się na początku.
Mieszane uczucia
Tekst sztuki napisanej i wyreżyserowanej przez Andrzeja Sadowskiego ma w sobie spory potencjał.
Sęk w tym, że coś w jej konstrukcji zgrzyta. Na tyle, że budzi mieszane uczucia. To, co jest wartością sztuki, zdaje się być jednocześnie jej minusem. Pomieszanie porządków z jednej strony to ciekawy zabieg - pozwala się zdystansować do brutalnej realności. Z drugiej strony jednak - irytuje i nie przydaje wiarygodności tytułowej parze. I przez dłuższy czas zwyczajnie męczy.
Ale jest i trzecia strona. Miliony sypialni w końcu skrywają różne tajemnice. Toksyczne relacje mogą przybierać jeszcze bardziej dramatyczne i surrealistyczne rozmiary. Pary posługiwać się dziwacznymi kodami i uprawiać tylko dla nich zrozumiałą grę. Zaś niejeden z oglądających spektakl w scenicznych potyczkach, może odnaleźć znajome wstydliwe i smutne nuty.
Toteż i wiarygodność (wcześniejszy zarzut) w tym przypadku w sumie może okazać się niewymierzalna.
Więc choć spektakl drażni i wciąga jednocześnie (cóż za męczące połączenie), bywa manieryczny i nieco niespójny w konstruowaniu losów głównych bohaterów (taki drobiazg z wielu - chciałoby się wiedzieć np. choćby, skąd Leon ma pieniądze, skoro nie pracuje), to jednak... spektakl się ogląda.
A gdy w końcu dociera się do finału, to okazuje się on na tyle zabawny, że spuszcza powietrze z całego przedstawienia. I wtedy konstrukcyjnie wszystko niemal wskakuje na swoje tory, ostatnie kawałeczki tej układanki trafiają we właściwe miejsca, a konwencja, która początkowo mogła drażnić, znajduje swoje ujście i wytłumaczenie. Może dlatego, że alternatywna wersja losów toksycznej relacji, umiejscowiona gdzieś w dalekiej przyszłości, rozładowuje złe emocje? Może dlatego, że pomieszanie porządków wydaje się wreszcie naturalne, pozbawione sztuczności?
To, co przydarzy się blisko stuletniemu Leonowi, cóż, na swój sposób trochę mu utrze nosa. Widza zaś sprowadzi na manowce - i na tyle go rozbawi, że i do konwencji spektaklu może już nawet nie mieć zastrzeżeń. Nietypową metaforę ludzkich relacji - przyjmie. A o Leonie i Matyldzie pomyśli jak o dwojgu ludzików, uwięzionych, na własne życzenie, w surrealistycznym świecie.
Choinka inna niż wszystkie
Zanim jednak dotrzemy do zbawczego finału (docierać moglibyśmy też nieco szybciej, skrócenie spektaklu o kilkanaście minut nie wyszłoby mu na złe) - przejść trzeba trudną drogę. I przyglądać się z boku bohaterom walczącym ze sobą na słowa, przemoc cielesną, płacz, obojętność, prymitywne zagrywki. Poszczególne sceny poruszyć w niektórych mogą różne struny - czy się jest z jednej, czy z drugiej strony barykady.
Matylda chce kochać i chce być kochaną - tak mówi. Do Leona próbuje dotrzeć na różne sposoby - dorosłe i bardzo dziecinne. Przymila się, łasi, mówi jak do małego dziecka, za moment wyzywa, pręży się na stole. Taktyki potrafi zmienić w jednej chwili, byle Leon w końcu ją zauważył. Problem w tym, że Leon traktuje ją jak powietrze, psa, dostarczycielkę pożywienia, a jej kobiecości zauważyć nie chce. W Matyldzie wszystko pęka, bo dzień jest szczególny - w końcu to Wigilia. Matylda chciałaby choinki, bombek, prezentu (sama tak o sobie mówi - w trzeciej osobie). W zamian dostaje najpierw bezmyślne spojrzenie, a potem - upokorzenie. Choinka w końcu się znajdzie, ale nie taka, jaką chciałaby tytułowa bohaterka.
Ale i poniżające zachowanie Leona Matylda jest w stanie przełknąć, byle tylko zobaczyć w jego oczach aprobatę, uśmiech, zainteresowanie. I Leon rzuca jej czasem jakiś ochłap (psie konotacje co jakiś czas powracają w spektaklu - czy to w słowach, w scenograficznych szczegółach), Matylda przypada do Leona, a gdy zorientuje się, że ten z niej szydzi - odpłaca się pięknym za nadobne. Gdy jedno poczuje, że drugie odpuszcza, stara się przejąć władzę.
Destrukcja
I tak się toczy ta emocjonalna gra, o zasadach znanych na początku tylko tej dwójce, z czasem bardziej czytelnych też dla widza. Oto domowe potyczki: od wyzwisk po bajkowe opowieści i wspólne fantazjowanie, kiedy przez chwilę można ulec wrażeniu, że to para rozumiejących się freaków. Ale to tylko złudzenie - relacja tych dwojga jest destrukcyjna. Leon zachowuje się jak psychopata (najlepszą, krótką diagnozę wystawia mu zamówiona przez niego dziewczyna do towarzystwa - w tej roli Monika Zaborska), Matylda zaś jest zagubiona. A zagubienie to zaczyna przybierać katastrofalne rozmiary, zwłaszcza, że po drodze okaże się, że Matylda poznała Leona jako zaledwie 13-letnia dziewczynka.
Można ten spektakl więc odbierać nie tylko na poziomie katastrofalnej małżeńskiej relacji, ale i w kontekście uwiedzenia nieletniej przez starszego o ponad dwie dekady mężczyznę, zmanipulowania jej i wtłoczenia w uzależnieniową relację.
Żebrząca o uwagę Matylda w końcu uświadamia sobie bolesny fakt, gdy mówi: "Twój problem polega na tym, że Ty ciągle myślisz o mnie jak o małej dziewczynce. A Matylda nie jest już małą dziewczynką".
Karykatura i zagubienie
Gwałtowność reakcji, emocjonalne jazdy, psychopatyczne zagrania, afekty na najwyższej nucie - i tak przez blisko półtorej godziny. Nie jest to więc spektakl łatwy do zagrania. Dwójka aktorów dwoi się i troi, by ich postaci były wyraziste, i tak się dzieje. Nawet jeśli Leon i Matylda w przerysowaniu stają się karykaturą samych siebie, ciągle pozostają niejednoznaczni. I ciekawie się uzupełniają. Tyszkiewicz potrafi być w jednej chwili przerażający, śmieszny i żałosny - postać wyjątkowo odstręczającego prymitywnego osobnika gra dość sugestywnie, do końca nie stawiając nad nim ostatecznej kropki.
Godlewska swojej bohaterce też nadaje nieoczywisty rys: bywa dziecinna, dorosła, egzaltowana i cięta; zagubiona, a czasem przez parę sekund walki z Leonem - silna; by za chwilę znów zanurzyć się w otchłań rozpaczy. Czasem w swoim histerycznym słowotoku cichnie i wtedy jeszcze bardziej budzi współczucie. Jak choćby w poruszającej scenie, w której stoi w drzwiach, drżąc z zimna i czekając na przytulenie.
Panie z okienka
Reżyser wrzuca do spektaklu multimedia (na ekranie pojawiają się trzy panie, które niczym grecki chór (a może kółko pasjonatek telenoweli w TV) nieporadnie komentują, dopowiadają, a wręcz czytają, jak powinny się zachować główne postaci. O ile jednak ten zabieg (choć początkowo pasujący do spektaklu jak kwiatek do kożucha) z czasem sprytnie podkreśli surrealistyczny klimat i mrugnie do widza; o tyle niczemu niesłużące wprowadzenie mikrofonu na scenę wydaje się być już nadmiarem formy.
Monika Żmijewska / Gazeta Wyborcza - Białystok online / 17-02-2018

link do żródła

 


 

Marek Tyszkiewicz (na fali)

Z podziwem obserwowałem też jego rzetelność w heroicznej walce o uratowanie sensów dziwacznej ni to farsy, ni obyczajówki „Leon i Matylda” Andrzeja Sadowskiego – ale materiał nie dał szans na nic.

Subiektywny spis aktorów teatralnych / Edycja dwudziesta szósta / wrzesień 2018

Jacek Sieradzki

link do żródła


 

 

Trailer: Krzysztof Kiziewicz