<- realizacje:

 

 

Teatr Powszechny, Radom
MAJAKOWSKI // REAKTYWACJA

 

Muzyka: Małgorzata Tekiel


Obsada: 
Klaudia Kuchtyk, Karolina Łękawa, Marek Braun, 
Michał Górski, Adam Majewski

Premiera: 31.05.2013

link do strony teatru: >> majak

Foto: Zbigniew Rybka

 

Od Teatru:

Włodzimierz Majakowski. Niepokorny artysta przekraczający ramy swojego czasu. Ekscentryk, geniusz, awangardzista. Z grupą takich jak on, młodych artystów wierzyli, że zmienią świat, że sztuka przeniesie ich ponad pospolitość życia. Walczyli o swoje miejsce w świecie: pisząc, malując, fotografując: uprawiając sztukę. Pili, kłócili się, zdradzali, zazdrościli, kochali. O tym też mówili swoimi utworami. Majakowski o miłości pisał szczególnie – pięknie, gorzko, drapieżnie. 
Ci szaleni młodzi artyści byli w jednej chwili pupilami sowieckiego systemu, by za chwilę popaść w niełaskę. Wszyscy już odeszli… a odchodząc wierzyli, że coś po nich zostało. A co by było, gdyby grupa najbliższych przyjaciół poety miała okazję spotkać się po latach raz jeszcze? Gdyby każdy z nich dostał dodatkowe życie jak w grze komputerowej? I co by to było, gdyby to spotkanie jak niegdyś odbyło się z okazji urodzin poety? Gdzieś w jakimś miejscu zwanym „przyszłością”…
Czy wszystko byłoby jak dawniej? Czy wykorzystaliby szansę tego ponownego spotkania? Co z dawną miłością? Co z nienawiścią i zazdrością? Tragikomiczne, absurdalne zdarzenia, momentami groteskowy wręcz język sztuki. I porcja niezłej rockowej muzyki napisanej do utworów poety.



 

Aktorski zestaw przyjaciół jest znakomity. Lila Brik - Karolina Łękawa, Osip Brik - Michał Górski, Nora Połońska - Klaudia Kuchtyk i- Aleksander Rodczenko - Adam Majewski grają koncertowo. A jeszcze lepiej śpiewają! Poezje Majakowskiego do rockowej muzyki Małgorzaty Tekiel, wokalistki zespołów rockowych, współpracującej między innymi z Maciejem Maleńczukiem, to perły same w sobie.
Włodzimierzem Majakowskim jest Marek Braun. Młody aktor kolejny raz pokazał, że jest aktorem nieprzeciętnym. Kilka fragmentów sztuki - między innymi ten, w którym odgrywa rolę Prisypkina, z "Pluskwy" i finałowy song ogląda się i słucha z zapartym tchem. Cały zresztą finał, w którym każdy z bohaterów dokonuje swoistej spowiedzi, jest piękny i przejmujący.
Barbara Koś / Echo Dnia

 


 

Spotkanie po latach.
31 maja w Teatrze Powszechnym w Radomiu, na nowo powstałej Scenie Kotłownia miało miejsce bardzo osobliwe wydarzenie. Wszyscy, którzy przyszli tego wieczoru do teatru, wzięli udział w przyjęciu urodzinowym rosyjskiego poety i dramaturga Włodzimierza Majakowskiego. Stało się to możliwe za sprawą najnowszej premiery radomskiego teatru, która pozwoliła widzom cofnąć się w czasie i zanurzyć w twórczości znakomitego artysty. Spektakl ten w reżyserii Andrzeja Sadowskiego nosi tytuł „Majakowski // Reaktywacja”.
Uważam, że pomysł stworzenia takiego spektaklu jest naprawdę znakomity - reaktywować poetę, jego twórczość; ponownie skupić się na jego dziełach, odnieść ich przesłanie do obecnych czasów, skonfrontować poglądy poety, postulaty stawiane przez niego w swych utworach z obecną rzeczywistością, realiami „przyszłości”, o której marzył i którą opiewał.

Reżyser w swej sztuce reaktywuje Majakowskiego również dosłownie. Grupa przyjaciół poety ożywia go, wybudza ze snu, jakim jest śmierć. I po co? Czy wszystko może być tak jak dawniej? Starzy przyjaciele, wspólne świętowanie urodzin poety, wszystko tak, jak kiedyś. Dlaczego powrót do przeszłości, przynajmniej częściowy, miałby się nie udać? Podczas spotkania odżywają dawne uczucia, sympatie, także spory i pretensje. Powracają wszystkie wspomnienia, bez wyjątku, zarówno te miłe, jak i te, do których bohaterowie woleliby nie wracać. Czy możliwa jest reaktywacja minionych wydarzeń, skoro nikt nie jest już tym samym człowiekiem, skoro po śmierci wszystkie tajemnice zostały odkryte, a zagadki rozwiązane? Mimo wszystko bohaterowie najnowszej sztuki radomskiego teatru decydują się na taki krok. Mają przed sobą do wykonania zadanie. Życie postawiło przed nimi pytanie, którego treści wprawdzie nie znają, ale na które odpowiedź jest im niezbędna. Spotkanie w dawnym gronie ma im umożliwić odnalezienie tej odpowiedzi. Na koniec spektaklu poznajemy historię każdej postaci. Słuchamy swoistej spowiedzi wszystkich uczestników „przyjęcia urodzinowego”, wszystkich świadków narodzin Majakowskiego, jako artysty. Dowiadujemy się również, jaką znaleźli odpowiedź, na niezadane pytanie.
Włodzimierz Majakowski to znany  awangardzista, znakomity poeta, piewca techniki i postępu. Zarówno on, jak i jego przyjaciele mają  okazję w spektaklu poznać przyszłość, czas komputerów i aparatów, czas nowinek technicznych.  Co o tej przyszłości sądzą? Czy tego chcieli? Oglądając spektakl wiele razy wątpiłam w doskonałość naszych czasów. Bohaterowie poddają się  jednak zasadom, które rządzą światem. Zachłyśnięci "przyszłością” patrzą na nią bezkrytycznie. Ale czy czasy, w których żyjemy to tylko postęp technologiczny i „język przyszłości”? Mam nadzieję, że nie.
W nowym spektaklu Teatru Powszechnego mogliśmy zobaczyć  Karolinę Łękawę (Lila Brik), Michała Górskiego (Osip Brik), Klaudię Kuchtyk (Weronika Połonska), Adama Majewskiego (Aleksander Rodczenko) oraz wcielającego się w postać Majakowskiego - Marka Brauna.
Oprócz doskonałego scenariusza (Andrzej Sadowski), a także niebanalnych i bardzo interesujących rozwiązań reżyserskich,  o bogactwie spektaklu decyduje również muzyka. Znakomite rockowe aranżacje utworów Majakowskiego (Małgorzata Tekiel) są jednym z najważniejszych elementów przedstawienia. Uzupełniają wydarzenia, których świadkami są widzowie, obrazują emocje bohaterów sztuki. Pogłębiają także niepokorny klimat spektaklu doskonale wpisując się w undergroundową przestrzeń sceniczną. Przede wszystkim jednak  pozwalają zapoznać się z twórczością Włodzimierza Majakowskiego tym widzom, którzy wcześniej nie czytali jego wierszy. Moim zdaniem doskonałym pomysłem byłoby nagranie albumu z piosenkami z tego spektaklu.
W piątkowy wieczór radomski teatr zaproponował widzom prawdziwą poetycko-muzyczną ucztę. Świetna aranżacja i doskonałe wykonanie utworów Włodzimierza Majakowskiego uświetniły przyjęcie urodzinowe poety. Publiczność zaś miała okazję i zaszczyt poznać samego artystę, jak i jego przyjaciół - ludzi nieprzeciętnych. Przypuszczam, że nowy spektakl Teatru Powszechnego na długo pozostanie w pamięci widzów.
Agata Guza / Teatr Dla Was



 

Majakowski bez granic

Rzecz dzieje się tu i teraz, w czasach, w których spełniają się najskrytsze, najbardziej dorzeczne i niedorzeczne, najgorętsze i wykalkulowane marzenia wizjonerów początku dwudziestego wieku. W setną rocznicę urodzin Włodzimierza Majakowskiego grupa jego przyjaciół wykrada zamrożony mózg poety. Wybudzają go ze śpiączki śpiewając jeden z jego tekstów...

 

Kolorowe czapeczki, trąbki urodzinowe, alkohol i gry karciane oraz - najważniejsze - trwające na scenie rozmowy na temat spełnionych bądź nie spełnionych pragnień z lat młodości. Zadawanie sobie pytań dotyczących zasadniczych życiowych decyzji oraz o sens zaistniałych sytuacji. Przyjaciele pomagają Majakowskiemu odnaleźć się w nowej dla niego, bogatej w cyfrowe wynalazki teraźniejszości. Nieprawdopodobny, trwający sto lat, rozwój nauki, techniki i nauk humanistycznych. Całkowicie inny świat digitalizacja, rozwój technik fotograficznych, który szczególnie cieszy Aleksandra Rodczenkę. Wszystkie dyscypliny uległy wielkiemu postępowi i niewyobrażalnie daleko wyprzedziły wyobrażenia futurystów. Dzięki pracy reżysera i aktorów razem z bohaterami możemy babrać się w tej rzeczywistości. Lila Brik, Nora Połońska, Osip Brik i Aleksander Rodczenko razem z Majakowskim piją alkohol, tańczą, bawią się i rozmawiają przy wielkim stole na środku sceny. Przyjaciele relacjonują mu bieg historii: II wojnę światową i pierestrojkę, wyjaśniają procesy przekształceń systemu komunistycznego i zmiany jakie zaszły w ZSRR. Trudno i łatwo poczuć się współuczestnikiem tej brutalnej i intensywnej imprezy urodzinowej.
Autor i reżyser spektaklu - Andrzej Sadowski pozostawia samego Majakowskiego-rewolucjonistę na marginesie. Chętniej przedstawia twórczość rosyjskiego poety ale przez pryzmat warunków, które ją kształtowały. Niczym Dawid Burluk, mentor i przyjaciel poety, koncentruje się na jego osobowości, czasach i środowisku w którym żył. Opowiada o inspirującej sile miłości i o znaczeniu zabawy, i seksu dla istoty jego osobowości. Prezentuje obsesje Majakowskiego i niejasności towarzyszące jego śmierci oraz skłania do podjęcia refleksji nad skutkami tak intensywnie realizujących swoje poglądy artystów. Jest to spektakl, w którym rockowa muzyka napisana przez Małgorzatę Tekiel niczym wiatr zdmuchuje kurz z tomików rosyjskiego artysty i sprawia, że stają się one łatwiejsze w odbiorze dla mniej doświadczonego widza. Przedstawienie posługując się czasami znacznymi skrótami, stara się jednak obrazowo i dość jednoznacznie obnażać szczególność artystycznych i etycznych problemów środowiska rosyjskiej bohemy. Uzmysławia też jak silne żądze mogą kierować postępowaniem młodych ludzi.
W wymagającą znacznych nakładów energii rolę Majakowskiego wcielił się Marek Braun, ciekawie zapowiadający się aktor młodego pokolenia. Mądrze, z pomysłem i z pasją oddał emocje, które mogły towarzyszyć zagubionemu w swoich poglądach i realiach poecie. Majakowski wściekły na profanowanie jego utworu, Majakowski, który pragnie usłyszeć, że jego wiersze przetrwały próbę czasu, Majakowski w trakcie miłosnych uniesień, czy goniący wokół stołu za młodą kochanką. Aktor, wcielając się w tę rolę sprawdził się w kilku, nieraz skrajnie, odmiennych stanach emocjonalnych dał z siebie wiele i wyszło ciekawie.
Karolina Łękawa zagrała Lilę Brik, postać damy środowiska rosyjskich kręgów artystycznych. To właśnie dla niej powstała większość utworów. Aktorka śpiewając udowodniła, że w jej żyłach płynie iście rockendrolowa krew. Emanowała energią podobną do tej, którą znamy z występów popularnych gwiazd polskiej sceny muzycznej. Podobnie jak w „Klejnotach" pokazała, że świetnie sprawdza się w rolach przebojowych kochanek destabilizujących równotakty męskich serc.
Weronika (Nora) Połonska, aktorka moskiewskiego MChat-u, ostatnia miłość poety zagrana przez Klaudię Kuchtyk, to młoda dziewczyna wpatrzona w Majakowskiego. Ładnie poradziła sobie z rolą pragnącej prawdziwej i intensywnej miłości, zagubionej w środowisku artystki.
Osip Brik czyli ten, który dzielił żonę ze swoim przyjacielem. Michał Górski. Znający swoje rzemiosło, najbardziej doświadczony z całej piątki. W „Majakowskim..." użył swoich aktorskich walorów do opowieści o kochającym swoją kobietę i swojego przyjaciela konformiście, który co prawda z żalem, ale jednocześnie życzliwie pozwala na nieco instrumentalne traktowanie siebie.
I jeszcze Adam Majewski. Zagrał barwną postać Aleksandra Rodczenko. Malarza, rzeźbiarza, projektanta, scenografa i utalentowanego fotografa. To on pomaga zrozumieć Majakowskiemu, że to w czym biorą udział to gra w rękach niewiadomego sprawcy. To właśnie on najbardziej zachwyca się rozwojem techniki i z zapałem wciąż zachęca przyjaciół do wypróbowania nowinek. To także porządna, solidna aktorska robota.
Intensywny, naładowany emocjami tekst, ostra rockowa muzyka oraz nabuzowani młodością i aktorską energią wykonawcy w zestawieniu z oryginalnym klimatem nowo oddanej do użytku sceny Kotłownia zabudowanej surowymi, chłodnymi elementami scenografii, to kolejna nowa jakość radomskiego teatru. Zbigniew Rybka zrealizował kolejny pomysł na teatr. Teatr, który z uwagi na swoją teatralną samotność w mieście, realizuje ambicje przyciągnięcia do siebie kolejnej grupy widzów potrzebującej, jak inne, indywidualnej, charakterystycznej dla swoich energetyczno-kulturowych upodobań, propozycji repertuarowej.
Myślę, że zarówno zaproszeni do wspólnego projektu realizatorzy, a także aktorska młodzież tego teatru udowodnili sobie, widzom i władzom, że teatr bez granic może się zdarzyć także z dala od wielkich ośrodków kulturalnych. Także w Radomiu.
Aleksandra Osiak /Dziennik Teatralny

 



Na radomskiej scenie Kotłownia, za sprawą autorskiego spektaklu Andrzeja Sadowskiego narodził się na nowo [Majakowski], by wziąć udział w życiowej grze. Aktor Marek Braun tchnął w niego duszę. Intrygował, inspirował, zachwycał. Choć zmagania z przeszłością czerwonego bohatera nie były łatwe, stworzył postać niezwykle barwną i interesującą. Mistrzowska rola Brauna sprawiła, że Majakowski znów miał swoje 5 minut. Jak kiedyś – otaczali go przyjaciele – artyści; Aleksander Rodczenko, Osip i Lila Brikowie oraz ostatnia miłość poety – Nora Połonska.Doskonała obsada aktorska, mnóstwo emocji, niesamowita ekspresja, tempo i rockowa muzyka (Małgorzata Tekiel) ożywiły ten nieco przygnębiający sens sztuki, w której życie to sterowana gra, program komputerowy niczym "Matrix" braci Wachowskich. Co dał nam chwilowy powót Majakowskiego? Po co wskrzeszać umarłych poetów, gdy wokół tyle młodych talentów?
Ponownie narodzony, w nieokreślonej przyszłości Wołodia stanął na radomskiej scenie, by pokazać współczesnym, że sztuka jest wieczna, a artyści, bez względu na miejsce, czas i okoliczności, w jakich żyją walczą wciąż o to samo. Odchodzą jedni, pojawiają się drudzy. Najważniejsze, by zmieniać świat na lepsze, nie pozostawiać go takim, jakim się zastało...
Małgorzata Ziewiecka /www.coolturalnyradom.pl


Powrót do przeszłości
Współczesny kult nowoczesności i młodości to nie do końca moja bajka. Stare filmy częstokroć bardziej mnie poruszają niż te, które dopiero pojawiają się na ekranach. Lubię stare książki, bo kiedy czuję ich zapach, przewracam szare strony, wiem, że, jeśli można tak powiedzieć, swoje przeżyły, mają swoja historię. Dlaczego zatem czasem tak łatwo zapomnieć nam o tym, co zostawiła nam przeszłość? To pytanie powraca do mnie coraz częściej, odkąd obejrzałam spektakl „Majakowski//Reaktywacja”.
Wiem, kim był Majakowski – rosyjski literat, artysta, piewca rewolucji, czytałam kilka jego utworów. I to by było na tyle. Chociaż to pewnie i tak więcej niż wie większość współczesnych młodych ludzi. Pytanie brzmi, czy ta wiedza jest nam niezbędna? Niby nie, bo ktoś mógłby powiedzieć, że nie da się o wszystkim usłyszeć. Pewnie poniekąd ten ktoś miałby rację, ale nie ma to dla mnie najmniejszego znaczenia, bo cieszę się, że w Radomiu pojawił się ktoś taki jak Andrzej Sadowski, który swoim autorskim tekstem postanowił przypomnieć nam, kim był Włodzimierz Majakowski.

Gdybym miała wyliczyć zalety tego spektaklu, to w pierwszej kolejności podałabym właśnie tekst. Andrzej Sadowski przeniósł przeszłość w czasy współczesne, oswoił ją: wkładając w usta bohaterów dzisiejszy język, oprawiając całą historię rockową muzyką Małgorzaty Tekiel, napisaną do tekstów XX-wiecznego poety/dramaturga. Siła tego spektaklu tkwi też bez wątpienia w zespole szczerze zaangażowanych w odtwarzanie kreowanych postaci aktorów.
Na scenie widzimy spotkanie pięciorga przyjaciół - to urodziny tytułowego poety, a wszystko zaczyna się jego ponownym ożywieniem.
W Majakowskiego nowe życie tchnął Marek Braun. To z pewnością wymagająca rola, bo spektakl jest aż naszpikowany emocjami, ale aktor świetnie sobie z nią poradził. Widzimy Majakowskiego – zagubionego, Majakowskiego – zakochanego, Majakowskiego – egoistę. Braunowi udało się stworzyć postać intrygującą – z jednej strony ten bohater fascynuje i zachwyca, z drugiej odpycha.
To spotkanie nie mogło odbyć się bez Lili Brik – największej miłości i muzy Włodzimierza Majakowskiego. Wybór aktorki do tej roli był doskonały. Na scenie bowiem była nie Karolina Łękawa, ale prawdziwa femme fatale. Kobieta niezależna i nowoczesna, a jednocześnie zazdrosna i zaborcza – taka właśnie jest Lila.
Niełatwa rola przypadła także Michałowi Górskiemu. Osip Brick to z jednej strony przyjaciel Majakowskiego, z drugiej mąż Lili. W prawdziwym życiu nie byłoby łatwo odnaleźć się w takim układzie, pogodzić tak silne uczucia – miłość/przyjaźń i zazdrość. Górski wydaje się rozumieć człowieka rozdartego przez te skrajne emocje.
Wśród przyjaciół nie mogło zabraknąć Aleksandra Rodczenki i Weroniki Nory Połońskiej. W jego rolę, zafascynowanego nowoczesną myślą technologiczną artystę, wcielił się Adam Majewski. Ją, młodą zakochaną w Majakowskim aktorkę, zagrała Klaudia Kuchtyk. Oboje, podobnie jak reszta zespołu, włożyli w swoje postaci mnóstwo energii i emocji. A efekty? Naprawdę przekonujące.
Chciałabym zawsze oglądać stare dzieła, utwory podane właśnie w taki sposób jak „Majakowski//Reaktywacja”. Spektakl nie tylko przypomina to, co zapomniane, ale przede wszystkim porusza i dociera do głębokich emocji widza. Myślę, że dobrze się stało, że wybór spektaklu inaugurującego działalność nowej sceny padł właśnie na tekst Andrzeja Sadowskiego. Tekst niby o „rzeczach starych”, ale jednocześnie bardzo współczesnych: fascynacji nowoczesnością, miłości, zazdrości...

Agnieszka Wojciechowska / OK! magazyn

 


 

Ile we mnie jest mnie? (Majakowski // Reaktywacja)

Teatr Powszechny w Radomiu zaprosił na imprezę… undergroundową. Obowiązkowo: rockowe ciuchy, mocna nuta, dyskusje „do upadłego”. Odlot potęguje odtworzenie przeszłości w przyszłości – reaktywacja. A zatem: przeżyjmy to jeszcze raz!
Niewątpliwie duże wrażenie wywołuje rockowe wykonanie utworów spotęgowane „głębokimi” tekstami Włodzimierza Majakowskiego (w tej roli jego sobowtór – Marek Braun). Widz poznaje go jako rosyjskiego poetę zaangażowanego w życie polityczne, wdającego się w otwarte polemiki z socrealistami. Prawdopodobnie popełnił samobójstwo, a po śmierci jego życie i twórczość stały się materiałem propagandowym w epoce stalinizmu. W spektaklu „koniec” Majakowskiego staje się jednocześnie „początkiem”, ale czy możliwe jest „życie po życiu”?
Reżyser Andrzej Sadowski punktem wyjścia przedstawienia uczynił moment odtworzenia, a raczej powtórzenia aktu kreacji poety. Wszystko wydaje się układać idealnie, ale to tylko pozory, chyba że tak właśnie miało być, a raczej – było. Relacje głównego bohatera z jego znajomymi, bliskimi ukazane są w sposób burzliwy, skomplikowany. Przy tym powstaje nieuchronne wrażenie, że problem tkwi w samym zainteresowanym. To nieodparte wrażenie, że Włodzimierz Majakowski był outsiderem, ale nie wobec świata, tylko… samego siebie.
Poetę otaczają inteligentni kumple i piękne kobiety, ale nie wypełnia to jego życia, bo ciągle mu czegoś brakuje… Z tego braku jednak coś wynika. Chcąc się spełnić, realizuje się jako pisarz, bo to gwarantuje mu „życie po życiu”. Mimo talentu i szczególnego sposobu bycia główny bohater nieuchronnie zmierza do końca, zupełnie tak, jakby cała ta sytuacja nie mogła potoczyć się inaczej. Chociaż sam wykreował spektakl swojego życia, w którym – wydaje się – pod jego dyktando zagrali otaczający go ludzie, nie może nad wszystkim całkowicie zapanować. Co więcej – traci grunt pod nogami. Niby jest go trochę szkoda, ale z drugiej strony właśnie taki sposób jego „zagubienia” czyni jego samego i jego twórczość bardziej interesującymi…, zastanawiającymi…, uwodzicielskimi?
Jak na szaloną imprezę przystało, alkohol leje się strumieniami, jej uczestnicy tracą kontakt z rzeczywistością, co jednak bardziej przypomina upojenie życiem, nie alkoholem. Zawieszone nad sceną duże okrągłe lampy przypominają pojedyncze księżyce, do których poszczególne postaci „wyją szeptem”, każde z nich z bólu swojego życia. Wszyscy mają tutaj coś do zrobienia, coś do powiedzenia – tylko dlaczego nie widać żadnej perspektywy ich poglądów, pytań, podjętych działań? Aktorskie wykonanie w mistrzowski sposób nakreśla ów charakterystyczny klimat podziemnego artyzmu – młodzi-zdolni podbijają świat, a przynajmniej mają takie plany.
I wciąż zastanawiający jest status tych ludzi żyjących w określonej epoce: są zagubieni, zbuntowani, a może zdesperowani? Ich działanie oderwane jednak od surowego rosyjskiego socrealizmu nie zmienia się, wręcz przeciwnie – jest bardziej zdecydowane. Bo prawdziwym człowiekiem jest się przecież bez względu na jakiekolwiek uwarunkowania.

Diana Tomaszewska / Teatralia Radom

 


 

Jednostka niczym
"Majakowski//Reaktywacja" Andrzeja Sadowskiego, w reżyserii autora w Teatrze Powszechnym im. Jana Kochanowskiego w Radomiu. Pisze Szymon Kazimierczak, członek Komisji Artystycznej XX Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.
Nowa polska dramaturgia chętnie czerpie inspirację z materiałów biograficznych. Na różne sposoby i z różnych powodów dzisiejsi autorzy chcą nas konfrontować z postaciami historii bardziej lub mniej odległej, oświetlając je nowymi kontekstami, pisząc im nowe kwestie, stawiając w zaskakujących sytuacjach i w końcu przygotowując materiał dla aktorów, którzy uobecnią ich w naszej współczesności - na scenie. Takich prób w ostatnich sezonach - zauważonych i docenionych - było co najmniej kilka. Paweł Demirski w "Bitwie warszawskiej 1920" udzielił głosu Józefowi Piłsudskiemu i Feliksowi Dzierżyńskiemu, Małgorzata Sikorska-Miszczuk przywołała w swoim dramacie księdza Popiełuszkę, zaś słowami Jolanty Janiczak przemówiła do nas w zeszłym sezonie caryca Katarzyna. W ten sam nurt wpisuje się także spektakl "Majakowski//Reaktywacja" Andrzeja Sadowskiego, wystawiony w Teatrze Powszechnym w Radomiu. I dość przewrotnie - jako najmniej udana próba dramatyczna z wymienionych tytułów - dostarcza bogatego materiału do przemyśleń na temat natury takich przedsięwzięć.
Włodzimierz Majakowski w obliczu dramatu współczesnej historii - to fascynująca sytuacja. Jeden z fundatorów rosyjskiego futuryzmu w literaturze, piewca rewolucji, autor awangardowej, ale i propagandowej poezji, z której przynajmniej kilka wersów przeszło do mowy potocznej, autor dwóch dramatów, wciąż dość żywych w teatralnym obiegu, budzący w mieszczańskiej Moskwie kontrowersje swoim "rozwiązłym" trybem życia, zmarły młodo w niejasnych okolicznościach w 1930 roku. Wskrzeszony dziś na scenie, mógłby zadać ważkie pytania o rewolucję, ideologię, sztukę, obyczajowość, czy nawet postęp techniczny i naukowy. Pod jego nieobecność wydarzyło się przecież wszystko to, co ukształtowało europejską kulturę XXI wieku: wojna światowa, Holocaust, dominacja komunistów i upadek Związku Radzieckiego, raczkujący kapitalizm; w życiu codziennym - postępujące uzależnienie człowieka od zdobyczy technologicznych; w sztuce - zmierzch socrealizmu, kolejne fale awangard, rozwój kina, wreszcie prym paradygmatu postmodernistycznego. "Reaktywowanie" Majakowskiego w 2014 roku jest więc pomysłem szalenie trudnym i ambitnym, ponieważ otwiera cały kosmos pytań o współczesnego człowieka, oraz - może zwłaszcza - pytanie o miejsce nieprzeciętnej jednostki w dzisiejszym świecie.
Niektóre z wymienionych tematów pojawiają się w radomskim przedstawieniu, ale powiedzmy od razu, że z żadnym z nich sobie nie poradzono. Po pierwsze ze względu na wątpliwy koncept fabularny - wywiedziony co prawda ze słynnej Pluskwy, ale w radomskim przedstawieniu potraktowany jednak z pewną naiwnością. Ów koncept opiera się na fantazji, w której Majakowski (Marek Braun) budzi się w dzisiejszych czasach z niemal stuletniej hibernacji, czy raczej - niczym w filmie science-fiction - zostaje "reaktywowany" we współczesności. Budowaniu tej sytuacji i wyciąganiu z niej fabularnych konsekwencji oddają się twórcy przez większą część spektaklu - jakby nie wierzyli, że samo postawienie przed nami aktora, który by Majakowskiego reprezentował, byłoby w teatrze zupełnie wystarczającym znakiem, że chcą nas z nim skomunikować.
Majakowski Sadowskiego budzi się we własne urodziny, długo dochodząc do siebie, nie do końca pamiętając na czym się jego "poprzednie" życie skończyło i nie rozumiejąc, w jaki sposób znalazł się w owej przyszłości, o której wielokrotnie marzył i pisał. Towarzyszą mu jego dawni przyjaciele: Aleksander Rodczenko - zaprzyjaźniony z Majakowskim fotograf i plastyk; Osip i Lila Brik - małżeństwo, z którym Majakowski przez wiele lat żył w tzw. ménage trois; Weronika Połonska - aktorka moskiewskiego MChAT-u, ostatnia miłość poety. Mieszkają w ciemnym squacie, wypijają hektolitry alkoholu, układają piosenki do nieśmiertelnej poezji Wołodii, sypiają ze sobą, kochają, nienawidzą (aż dziw bierze - czy to aby na pewno XXI wiek, czy nie lata siedemdziesiąte, kiedy tego typu komuny stanowiły społeczny fenomen).
Ta czwórka przebywa w "przyszłości" już dłuższy czas, dlatego dość nieźle orientuje się w kształcie współczesnego świata. Świeżo wybudzony Wołodia przechodzi przez kolejne etapy uświadamiania: na nowo przypomina sobie nieproste relacje z przyjaciółmi, uczy się własnych wierszy, zapowiada, że napisze nowe, wreszcie dopytuje co się wydarzyło na świecie pod jego nieobecność. Jego towarzysze ogólnikowo tłumaczą mu, że "była wojna", którą Rosjanie wygrali, choć owo "wygrali" wypowiadają z goryczą, czego Wołodia jakby nie zauważa, ciesząc się: "to przecież dobrze". Ten brak przenikliwości bohatera jest zastanawiający. To niestety nie jedyna scena spektaklu, w której duży, ważny temat, zostaje w pół słowa zarzucony. Nie wnikliwiej potraktowany został, zasygnalizowany w kilku scenach, wątek sztuki. Na początku Majakowski dowiaduje się, że nazywanie czegoś "pięknym" jest dziś passé, gdyż współcześnie słowo to zastępuje bardziej adekwatne: "zajebiste". W innej scenie jego towarzysze wykonują przed nim coś w rodzaju performatywnego czytania Pluskwy, które Sadowski obliczył na parodię postdramatycznej maniery. Oburzony i zdezorientowany bohater przerywa spektakl.
LILI Wołodia, psia mać! Czego chcesz? Teraz, współcześnie, w przyszłości, już się nie robi całych tekstów. Sławniejszych od ciebie
MAJAKOWSKI No, proszę, są i sławniejsi ode mnie, proszę Brawo!
LILI Sławniejszych od ciebie się kroi, zamienia, poddaje eksperymentom To jest jak z rozbiciem atomu na mniejsze atomy. Atom wybucha a potem
ALEKSANDER Tworzy się instalacje
MAJAKOWSKI Co takiego?
ALEKSANDER Performatywny dyskurs, rozumiesz?
MAJAKOWSKI O czym ty bredzisz?
ALEKSANDER O sztuce.
MAJAKOWSKI Mam gdzieś taka sztukę!
Jest dość jasne, że ten żal Majakowskiego jest żalem samego reżysera - bohater Sadowskiego czuje wobec najnowszej sztuki kompletną bezradność. Zarzeka się, że już niedługo sam będzie pisał nowe wiersze - ale nic z tego. W zamian śpiewa z przyjaciółmi swoje dawne poematy pod rockowe aranżacje (nawiasem mówiąc nie są to szczyty aktorskiej i wokalnej interpretacji) - które wypadają dość miałko i nieznacząco. Wyłania się myśl z tego myśl, że gdyby Majakowski żył dzisiaj, byłby może liderem jakiejś pesymistycznej i zaangażowanej politycznie rockowej kapeli. Marek Braun w swojej roli eksponuje zresztą niemal wyłącznie porywczy charakter i uwodzicielską fizyczność Majakowskiego: ciągle krzyczy, bluźni, wybucha szaleńczym śmiechem, pije, uwodzi, stając się jednym z wielu współczesnych nam ludzi bez właściwości. Inną postawę reprezentuje Rodczenko (Adam Majewski), który obsesyjnie kradnie z marketów ekskluzywne tostery, przeczuwając w masowej produkcji artystyczny potencjał (bo chyba nie słyszał o Warholu?).
Zasadnicze pytania, od których Sadowski zaczął namysł nad swoim bohaterem - co by było, gdyby Majakowski ożył w dzisiejszych czasach? Co by miał nam do powiedzenia? Po co dziś się z nim konfrontować? - zostają w gruncie rzeczy bez odpowiedzi.
ALEKSANDER To tylko gra.
MAJAKOWSKI Jaka gra?
ALEKSANDER Jesteśmy w grze. W grze digitalnej. Nie zrozumiesz tego.
MAJAKOWSKI Jak szachy.
ALEKSANDER Coś więcej niż szachy. Nie zrozumiesz. [...]
MAJAKOWSKI O co chodzi w tej grze? Dlaczego ja?
ALEKSANDER Nie wiem.
MAJAKOWSKI A ty? Dlaczego jesteś w tej grze?
ALEKSANDER Nie wiem. Wiem tylko, że psim swędem dostałem kolejne życie. Dodatkową szansę.
Otóż to - teatr jest grą, w której "kolejne życie", czy "dodatkową szansę" może dostać caryca Katarzyna, Józef Piłsudski czy Włodzimierz Majakowski. Jest to po prostu właściwość tego medium - dlatego budowanie sążnistych fabuł, w których historyczna postać zostaje "odhibernowana" z przeszłości, jest tu po prostu tautologią, na granicy uwłaczania inteligencji widza. Symptomatyczne jest tu pytanie rzucone przez aktora wprost do publiczności: "kiedy ostatnio czytaliście coś Majakowskiego?" - z góry zakładające, że na widowni zapanuje znaczące milczenie. Zamiast jednak poddawać w wątpliwość kompetencje publiczności, zapytałbym raczej aktorów: co by zrobili, gdyby okazałoby się, że widzowie akurat przygotowali się do spektaklu i poczytali co słynniejsze kawałki poety? A nawet jak nie poczytali, to na pewno kojarzą słynne: "jednostka zerem, jednostka niczym". Nie wdając się już w ocenę przedstawienia, jest to całkiem poręczna fraza w jego interpretacji. U Sadowskiego Majakowski wpada w sidła własnych słów - bohater, osobowość, jednostka, nawet jeśli nie jest jeszcze niczym, przeżywa tu całkiem poważny kryzys.
Szymon Kazimierczak / Materiał własny / 30-01-2014