<- realizacje:

 

 

Teatr Ludowy w Krakowie

David Mamet
OLEANNA



Tłumaczenie: Marek Kędzierski

Udział biorą:

Karolina Stefańska, Tomasz Schimscheiner

 

Premiera: 29.04.2011, Kraków


 

Znaczenie władzy, władza znaczenia
Każdy recenzent ma własne kryteria oceniania i definiowania, kiedy styka się ze sztuką wysokich lotów. Dla mnie dobry teatr zaczyna się wówczas, gdy po opuszczeniu kurtyny długo jeszcze nie potrafię przestać myśleć o obejrzanym spektaklu. Gdy chętnie analizuję i trawię problemy, które w umiejętny, przekonujący sposób poddano mi pod dyskusję
Niestety, bezsenne noce nie przytrafiają mi się zbyt często – niewątpliwie z korzyścią dla zdrowia, lecz z prawdziwą szkodą dla rozwoju intelektualnego Reżyser „Oleanny” w krakowskim Teatrze Ludowym, Andrzej Sadowski, stworzył spektakl nie tylko do podziwiania przez estetów, ale również taki, co przemocą zmusza widza do uruchomienia procesów myślowych. Spektakl otwarty, który rodzi same pytania, nie dając jednocześnie prawie żadnych gotowych odpowiedzi.

David Mamet, autor „Oleanny”, dramaturg, scenarzysta i reżyser, zasłynął w Stanach Zjednoczonych głównie dzięki niezwykłemu zmysłowi obserwacji, pozwalającemu wypreparować z laboratoryjną precyzją najbardziej aktualne problemy, z jakimi zmaga się współczesne społeczeństwo. Często takie, o których nie mówi się głośno, choć wszyscy namiętnie szepczą o tym po kątach.

W „Oleannie” Mamet postanowił zajrzeć do uniwersyteckiego gabinetu, gdzie urzęduje John (Tomasz Schimscheiner), mężczyzna czterdziestoparoletni, w przededniu uzyskania nominacji profesorskiej oraz sfinalizowania zakupu wymarzonego domu. Zły los sprawił, że w tak szczególnym momencie jego życia, stanowiącym ukoronowanie dotychczasowych wysiłków, odwiedza go studentka, Carol (Karolina Stefańska) – nieszczęśliwa, zdesperowana dziewczyna, która nie potrafi zaliczyć przedmiotu Johna, bo właściwie niczego nie rozumie. Nie rozumie wykładowcy, nie rozumie języka, nie rozumie wszystkiego, co się dzieje na uczelni. Ale z drugiej strony wewnętrzny imperatyw mówi jej, że musi przebrnąć przez studia, choćby się paliło i waliło, za wszelką cenę. Postanawia walczyć o swój dyplom, idąc do swojego nauczyciela z błaganiem, by jej pozwolił zaliczyć przedmiot… 

Niejeden płaczącą, żebrzącą, jęczącą wyrzucił by za drzwi – w końcu studia polegają właśnie na selekcji. Jednak John czyni rzecz dokładnie odwrotną: postanawia pomóc zgnębionej dziewczynie, nie bacząc, że dom, że umowa, że pośredniczka czeka. Zostaje w gabinecie wbrew zdrowemu rozsądkowi, bo jego poczynania również determinuje nieprzezwyciężony imperatyw, całkowicie różny od Carol.

John to współczesny Ole Borneman Bull, założyciel norweskiej kolonii w Zachodniej Pensylwanii, nazwanej Oleanną. Tak jak Bull chciał zbudować najdoskonalszą osadę pod słońcem, krainę ludzkiej szczęśliwości, tak John zaprojektował w obrębie uniwersytetu przestrzeń swobodnej wymiany myśli między nauczycielami a studentami. Na bazie własnych negatywnych doświadczeń związanych ze zdobywaniem wyższego wykształcenia postanowił zerwać ze stereotypem profesora przemawiającego wyłącznie z pozycji niepodważalnego autorytetu; z pozycji ultraliberała proponuje dialog i zerwanie z niewolniczym odbębnianiem zajęć według schematu, chce twórczej konfrontacji postaw reprezentowanych przez ludzi z różnych pokoleń.

Czym się skończyła owa pożądana konfrontacja? Oskarżeniem o molestowanie seksualne, napaść i próbę gwałtu, skargą do komisji, cofnięciem nadania tytułu naukowego, utratą wymarzonego domu, zszarganiem dobrego imienia, a nade wszystko – złamaniem wiary w człowieka oraz ideały związane z uniwersytetem. Carol dała swojemu wykładowcy ostrą lekcję, czym kieruje się współczesny, pragmatyczny świat. Dobitnie pokazała, jak łatwo zniszczyć drugą osobę, o ile umiejętnie wykorzysta się arsenał środków oferowany przez „polityczną poprawność”, a zwłaszcza feministyczną histerię związaną z ciemiężeniem kobiet przez męskich sadystów.

Prawda? Moralność? Uczciwość? Kto by się przejmował kategoriami z poprzedniej epoki, gdy liczy się cel, nie człowiek? Carol, która z cynicznym uśmiechem na twarzy przywdziała dostojne szaty ludowego trybuna, w imieniu swoim oraz całego pokolenia dopomina się o władzę, gdyż nie uznaje ani autorytetów, ani hierarchii, ani ograniczeń. Bierze odwet na systemie, a prawdziwa walka toczy się w przestrzeni symbolicznej, o to, kto będzie triumfował i kto kogo zniewoli skuteczniej. Oto kroczy młodość – bezideowa, roszczeniowa, opętana myślą o przekuwaniu świata na swój obraz i podobieństwo.

„Oleanna” jest nie tylko sztuką o zdobywaniu władzy oraz przegrywaniu ideałów podczas uprawiania intelektualnego i etycznego hazardu. To także fascynujący, hipnotyczny pokaz konstruowania znaczeń. Podczas spektaklu widz obserwuje, jak za pomocą języka można dowolnie kreować sens, nie odstępując ani o krok od prawdy: Carol właściwie niczego nie zmyśliła w swojej skardze skierowanej do komisji. Ona po prostu zrekontekstualizowała słowa, które zostały wypowiedziane. Zreinterpretowała sytuację, gesty i zachowania, żeby elegancko wpisywały się w ramy oskarżenia o molestowanie seksualne. Rodzą się bardzo nieprzyjemne i niewygodne pytania – czy istnieje jakakolwiek obiektywna rzeczywistość, skoro na scenie widzimy dwa skrajnie odmienne warianty tego samego zdarzenia...? Jeśli można konstruować dowolną liczbę znaczeń, jeśli faktycznie intencje nic nie znaczą, a słowo dzięki swej performatywności potrafi jak tsunami zniszczyć wszystko, co spotka na drodze – czy to oznacza (!),  że jesteśmy zakładnikami języka? Świadkami ostatecznej dewaluacji prawdy?

Co się tyczy problematyki, opisałam ledwie jej wierzchołek wynurzający się nad powierzchnię „Oleanny” (pominęłam choćby kwestię zależności człowieka od prawa). Gdyby dokładniej rozebrać tekst sztuki, wyszedłby co najmniej traktat filozoficzny, a przynajmniej solidne opracowanie o tematyce okołohumanistycznej. Tymczasem wartość spektaklu Sadowskiego w równym stopniu wyznaczona jest przez świetny dramat, jak i doskonałą obsadę aktorską – bez czego ta sztuka, właściwie pozbawiona akcji, mogłaby okazać się spektakularną klapą.

Od dłuższego czasu obserwuję grę Tomasza Schimscheinera i utwierdzam się w przekonaniu, że to jeden z wybitniejszych aktorów, jakich można zobaczyć aktualnie na deskach teatru. Schimscheiner traktuje każdą rolę poważnie, niezależnie od jej charakteru. Widać, ile pracy i serca wkłada, by za każdym razem stworzyć wyrazistą, przekonującą postać, i że granie na scenie sprawia mu prawdziwą satysfakcję. Wbrew niedobrym tendencjom upowszechniającym się w środowisku aktorskim, o których pisał w ostatniej „Polityce” Zdzisław Pietrasik, traktuje widza poważnie i z należnym szacunkiem.

Jego rola w „Oleannie” potwierdza tę opinię. Postać nauczyciela akademickiego została zbudowana tak naprawdę w oparciu o kilka odrębnych kreacji – utopisty, który chce rozbić mur między kadrą a studentami; człowieka, który zmaga się z najzupełniej prozaicznymi, nieakademickimi problemami takimi jak kupno domu; człowieka, któremu zawsze wiatr wieje w oczy i z trudem wspina się po kolejnych szczeblach drabiny społecznej; człowieka przegranego, który nie potrafi pojąć, dlaczego los poczyna sobie z nim w tak okrutny sposób. Wreszcie – współczesnego Hioba doprowadzonego do ostateczności, przekraczającego granicę bólu i szaleństwa.

Nie mniej przekonująco wypadła Karolina Stefańska w roli studentki. Z początku dość skutecznie nabiera widzów, grając zakompleksioną, nieszczęśliwą dziewczynę z ambicjami, niepotrafiącą sklecić jednego składnego zdania, bezradną wobec autorytetu. W drugiej części natomiast wciela się w sfiksowaną feministkę z kiepskich dowcipów, młodzieńczą Nemezis, która chce się zemścić za przeżyte upokorzenia. Stefańska potrafiła wyzwolić w widzach sporo negatywnych emocji, wywołać odruch sprzeciwu, czego z pewnością nie osiągnęłaby, gdyby nie umiejętność należytego i stosownego dysponowania aktorskim warsztatem, a w tym właściwie zastosowanymi środkami ekspresji.

„Oleannę” można określić mianem spektaklu doskonale autorskiego, ponieważ Sadowski-reżyser zadbał również o scenografię oraz oprawę muzyczną (jazzowy klimat doskonale współgrał z duszną atmosferą towarzyszącą całej tej historii). Udało mu się także wpleść kilka naprawdę pomysłowych rozwiązań, ocierających się o stylistykę impresjonistyczną. Te drobne, prawie niedostrzegalne chwyty dopełniły dzieła. Noc oczekiwania, niepokoju i rozpaczy Sadowski pokazał w niemalże filmowym skrócie, a zarazem – sugestywnie. Przez prawie całą drugą część spektaklu padał deszcz, zaś strugi wody naprawdę ściekały po scenicznym oknie. I właśnie ten szmer towarzyszył powolnemu, tragicznemu umieraniu Oleanny, krainy niespełnionych marzeń oraz zawiedzionych nadziei.

Monika Adamczyk / Dziennik Teatralny / 02 maja 2011

 



 

Andrzej Sadowski odczytał sztukę Mameta dość powierzchownie. Nie jest to może arcydzieło, ale Mamet racje rozdziela mniej więcej równo. Argumenty studentki - czyli jej interpretacja zachowania profesora jako demonstracji władzy, niekoniecznie uzasadnionej wiedzą czy intelektem - nie są pozbawione sensu. To, że każde zachowanie, zwłaszcza w sytuacji zależności (studentki od profesora), może zostać odczytane na kilka sposobów, też nie jest obserwacją bagatelną. Natomiast reżyser jest wyraźnie po stronie profesora. Miły i skłonny do pomocy facet (a Tomasz Schimscheiner wydobywa ze wszystkich sił sympatyczność swego bohatera) zdobywa od razu widzów w przeciwieństwie do studentki (Karolina Stefańska), która w części pierwszej jest zapłakaną, irytującą idiotką, a w kolejnych - triumfującą suką z ustami pełnymi frazesów. To, że dziewczyna ma nieco racji, demaskując strategie profesora wobec studentów jako poniżające (choć on uważa się za równego gościa), zostało w spektaklu zatarte.
"Te straszne baby" / Joanna Targoń / Gazeta Wyborcza nr 102 online / 04-05-2011

 


 

Spóźnione krzesło.

Na początku - ani jednego całego słowa. Ostrożniej mówiąc: nawet cienia całego zdania. Jeśli cudem pada ze sceny nieposzatkowany przymiotnik, czasownik nieporżnięty, niepołamany rzeczownik, jakiś nie kikut po prostu - z punktu zdycha w jazgocie semantycznych, gramatycznych, stylistycznych strzępów, kwiczących bez cienia planu, na ślepo, nieprzewidywalnie, strzępów, z których każdy panicznie ciągnie w swoją stronę. Prolog wyreżyserowanej przez Andrzeja Sadowskiego "Oleanny" Davida Mameta, pierwsze pięć, dziesięć, piętnaście minut, to Wieża Babel - ale jednego języka. Katujący ucho portret narzecza, które samo siebie nie rozumie.

I to jest dobre. Teatr niepouczający, nienaprawiający świata, niementorski, teatr niedźgający widza wysokopienną tezą - to zawsze jest ulga. Przez pierwszy kwadrans, niech będzie - przez całą pierwszą część Sadowski zgrabnie ucieleśnia bełkot. Śmiesznie jest, groteskowo. W efekcie - przerażająco. Sadowski podaje do słuchania, oglądania codzienny nasz gulgot w akcji.

John (Tomasz Schimscheiner), profesor chyba psychologii, a konto wymarzonego awansu uniwersyteckiego dom kupuje. Więc - urwanie głowy. Telefon szaleje, żona wyje w słuchawce, spóźnienie rośnie, agent nieruchomości czeka, John wciąż w uczelnianym gabinecie. Nerwy szczytują, czas ucieka, papiery lecą z roztrzęsionych łap, a na dokładkę - ona włazi! Boże, zlituj się! Ona! Studentka Carol (Karolina Stefańska), ten chorobliwie ambitny debilek, co z wykładów Johna nic nie rozumie i pracą semestralną zbliżył się do zera absolutnego, lecz mimo to przylazł! Przylazło toto, by trójcynę wyżebrać, gdyż od dziecka marzy o ukończeniu studiów! Co robić?! Wyrzucić? Nie wypada! Przyjąć? Czasu nie ma! Boże, pomóż!... Zaczyna się ping-pong półsłówek, sylab, liter, bąknięć, zająknień. Puchnie seans gaf, nieporozumień, językowych rozminięć. I coś jeszcze: z dna bąkających, zwłaszcza z dna pamięci Johna, wyłazi jakaś miękkość, niemoc, lęk, jakiś brak siły do tupnięcia nogą. Wyłazi ułomność, inaczej zwana delikatnością. John zostaje. Zaprasza do rozmowy. Bełkot się uspokaja. Słychać pełne zdania. Czuć czułość.

Trochę przypomina się Gustaw Flaubert, jego projekt powieści, która trzymałaby się siłą samej melodii języka - nic nie znacząc. I przypomina się Samuel Beckett. "Cóż pan chce - słowa to wszystko, co mamy" - tak mówił. Choćby połamane, porżnięte, poszatkowane, martwe - ale są. A jak są, jak słychać bełkot - to znak, że się jeszcze jest tu i teraz. Tak, pierwszy akt jest dobry, ale się kończy. W drugim włazi na scenę IDEA, TEZA, POUCZENIE. Zaczyna się nuda oczywistości. Jak na Mameta - nuda potworna. Włazi Carol i od pierwszego gestu, pierwszego zdania wiadomo, że przepoczwarzyła się. Z kobiety zrobiła się działaczka - taka to była dziwaczka. Na domiar złego - o buraczkach zapomnij.

Krańcowo wyżyłowana feministka, z lodowatym okiem recytująca formułki ze skryptu politycznej poprawności. Mam przyjaciela na Uniwersytecie Jagiellońskim - ciągle opowiada o tych duchowych poczwarach w glanach i portkach z krokiem na wysokości kolan. Bez wytchnienia pyskują o "gender studies", wzdychają do Jelinek, chcą podnosić ciężary na olimpiadzie w Londynie, nic nie umieją, nic nie czytają, ale codziennie człapią do rektora - one, których by za żadne pieniądze nie tknął nawet kryminalista po 25 latach odosobnienia! - człapią ze skargą, że profesor nieprzyzwoite propozycje seksualne im na zajęciach składał gestem polegającym na dłubaniu palcem w nosie! Przyjaciela mego gnębi dylemat: dlaczego mianowicie żadnej z poczwar jeszcze nie zabił. Podobny dylemat gnębi widzów na drugiej części "Oleanny".

Raczej Mamet, nie Sadowski, rzecz tak ustawił, że jedyną ciekawostką jest: dlaczego John chce Carol, która na kanwie bełkotu w akcie pierwszym oskarża go o wszelkie mobbingowe świństwa, potraktować krzesłem dopiero w finale. Innych ciekawostek brak. Z dobrej, szybkiej, nieoczywistej gry Stefańskiej i Schimscheinera w akcie pierwszym - zostaje sceniczna pogadanka poglądowa o cwaniaczce, która męczy niewinnego. Słowem, gdyby John uruchomił krzesło godzinę wcześniej - nie tylko on zaoszczędziłby godzinę.

"Spóźnione krzesło" / Paweł Głowacki /Dziennik Polski nr 103 online
Link do źródła


 

/.../ W przedstawieniu w reżyserii Andrzeja Sadowskiego nie ma politycznego zaangażowania. W ogóle trudno mówić o jakimkolwiek napięciu. Zamiast szyderstwa z poprawności politycznej, oglądamy dosyć siermiężnie zaaranżowane "sceny z życia pozamałżeńskiego". Tomasz Schimscheiner gra sympatycznego faceta tuż przed zasłużonym awansem i zakupem wymarzonego domu.

Niestety, na jego drodze staje rozwydrzona debilka. Studentka z wyzywającą szczerością wyznaje, że nie rozumie niczego z zajęć, profesor docenia jednak jej nogi, co kilka minut dzwoni także jego żona, do której zwraca się per: "kotku". Jednak Carol tylko pozornie jest typową słodką idiotką. Przypuszczalnie nie wie kto to był Schopenhauer, ale swój rozum ma. Oskarży profesora o molestowanie seksualne, zemści się za jego błyskotliwość. Ale czy zwycięży?

Andrzej Sadowski nie bawi się w subtelności. Sympatia publiczności od początku jest po stronie Johna. Karolina Stefańska nie dostała żadnej szansy na obronę postaci. To tylko przykra kreatura mszcząca się na bogu ducha winnym profesorku. Idiotka zostanie jednak przykładnie ukarana. Dostanie po dupie i po krzyku. Lekcja tolerancji ma w końcu swoje granice.»

"Sceny z życia pozamałżeńskiego" / Łukasz Maciejewski / Polska Gazeta Krakowska

 


 

Profesor i dziewczyna

W przedpremierowych wywiadach Andrzej Sadowski, reżyser spektaklu "Oleanna" w krakowskim Teatrze Ludowym, zapowiadał nałożenie na dramat Davida Mameta "polskiej perspektywy". Widzowie dostają jednak sceniczny obrazek jakby żywcem wyjęty z amerykańskich filmów Woody'ego Allena: biurko i biblioteczka intelektualisty-neurotyka, wszędzie książki, wokoło jasne, pastelowe kolory. W kącie stoi skórzana kanapa, nietypowy chyba element gabinetów na polskich uniwersytetach. A za oknem widok na wielkomiejską kamienicę, ale ani trochę nieprzypominającą tych krakowskich. Podobnych rozczarowań jest w spektaklu Teatru Ludowego znacznie więcej.

Sadowski wystawił "Oleannę" Mameta argumentując, że jest to jeden z najlepiej napisanych dramatów, jakie zna. Cóż z tego, jeśli w tych zachwytach nad konstrukcją i dialogami zapomniał o głębokiej analizie treści. I ta powierzchowna lektura tekstu mocno przebija przez reżyserską interpretację. Bohaterowie spektaklu to profesor uniwersytetu John (Tomasz Schimscheiner), pracownik z długim stażem, czekający na mającą nadejść lada chwila dożywotnią nominację oraz jego studentka Carol (Karolina Stefańska) - nierozgarnięta, mało inteligentna dziewczyna. Profesor, a konto nominacji, buduje dom. Jego służbowy telefon dzwoni nieustannie: rozmawia z żoną i prawnikiem, rozwiązuje na odległość swoje problemy. W sam środek tych problemów wkracza Carol. Ma szereg wątpliwości wobec wykładów Johna, nie potrafi zrozumieć napisanej przez niego książki, czego potwierdzeniem jest niezaliczona praca semestralna. Czym tak ujmuje profesora, że ten postanawia poświęcić jej swój czas na ponowne tłumaczenie treści wykładów? Wydaje się, że obecność Carol, żywej porażki jego metod pedagogicznych, jest tylko pretekstem do rozpoczęcia wariackiego monologu. Zawiera w nim krytykę systemu szkolnictwa wyższego i własne wątpliwości, dotyczące sensu nauczania. I, co najważniejsze, projekt "lepszego jutra", swoją Oleannę, utkaną z marzeń i życzeń. Ten nieprzerwany, maniakalny monolog staje się narzędziem władzy i dominacji - doprowadza Carol do histerii. A że od zawsze wiadomo: najlepszą obroną jest atak, dziewczyna wnosi skargę do komisji uniwersyteckiej, posądzając Johna o molestowanie seksualne.

Nieporozumienie dwojga bohaterów staje się przyczyną nieszczęśliwych wypadków. Mamet rozdziela racje po równo. John jest ofiarą dwuznaczności ludzkiego zachowania i swojej bezmyślnej paplaniny - męskiego aparatu opresji. Carol zostaje zaatakowana przez jego monolog, nie dostaje prawa głosu, co traktuje jako dyskryminację. Dlatego sięga po najmocniejszy argument: zarzut o seksizm. W tej walce to ona staje na wygranej, ofensywnej pozycji. W krakowskim spektaklu szala sympatii przechyla się na stronę Johna. Schimscheiner robi wszystko, żeby zdobyć przychylność widowni. Jego profesor to lekko ciapowaty, sympatyczny świr, który żyje w świecie swoich książek, a nie w tym rzeczywistym. Przytłaczają go problemy z nowym domem, natrętna żona i rozterki wieku średniego. Natomiast Carol Stefańskiej to od początku do końca postać niesympatyczna. Najpierw irytuje swoją bezradnością i głupotą, potem, gdy już przerodzi się w wojującą feministkę, będzie denerwować patetycznymi frazesami, które wyrzuca nerwowo z siebie w rozmowach z Johnem.

Reżyser zapowiadał "wojnę płci", która jest rzeczywiście istotnym elementem dramatu Mameta. Jednak w spektaklu Sadowskiego ta wojna zamienia się w nieznośną przekrzykiwankę pomiędzy natrętną studentką-feministką (która pewnie nie rozumie znaczenia tego terminu) a safandułowatym profesorem, pogrążonym w utopii swojej Oleanny. I nie bez przyczyny nazywam ten spór "przekrzykiwanką", bowiem to słowo idealnie oddaje poziom aktorskich interpretacji. Widzowie niewiele dowiedzą się o postaciach, skoro te jedynie starają się przekrzyczeć siebie nawzajem, wcinają się sobie w słowa, zacinają i nie kończą myśli. Być może w ten sposób reżyser starał się nadać akcji tempa, a budowane napięcie stopniować jak u Hitchcocka: od trzęsienia ziemi po zdarzenia coraz gorsze. Niestety widz nie potrafi wyłapać żadnej treści z wykrzyczanego na scenie tekstu. Gdy pada jakieś dowcipne sformułowanie nikt się nie śmieje, bo przecież przed momentem było aż nazbyt poważnie. Dziwią gwałtowne wyciemnienia i filmowe cięcia. W takiej chaotycznej konstrukcji zgubić się można od razu. I przyznaję, że ja skapitulowałam już po pierwszej części. Za sugestią reżysera znienawidziłam Carole, poddałam się antyfeministycznemu dyskursowi i nie znalazłam nic na obronę tej złej dziewczyny. Tragiczne, finałowe wypadki nie poruszyły mojego sumienia, aktorzy nawet lekko nie trącili żadnej z moich uczuciowych strun. Zdziwiłam się nawet, że po tak płytkiej i emocjonalnie jednostajnej akcji następuje tak drastyczny i ekspresyjny finałowy wybuch - jakby oderwany zupełnie od całości spektaklu. W dramacie Mameta uzasadniony i poruszający, tu pasował, jak przysłowiowy kwiatek do kożucha. Wielka szkoda, że wychodziłam z teatru, myśląc "jakie te baby są głupie". Chyba nie o to chodziło reżyserowi. A może to jest ta "polska perspektywa"? Rozczarowujące.

Anna Matras / Nowa Siła Krytyczna / 20-05-2011

 


 

Za zamkniętymi drzwiami.

Ładnie wyposażony gabinet profesorski, jaki nieraz widziały oczy zestresowanych studentów, z nadzieją oczekujących na wpisanie w indeks upragnionej, pozytywnej oceny. Miejsce, w którym, jak się zdaje, niepodzielnie rządzi wykładowca, ma nad petentami władzę absolutną i często nie waha się jej wykorzystać. Szczególnie, że drzwi do gabinetu po wejściu studenta zamykają się za nim, skrywając przed niepożądanym wzrokiem prawdę o tym, co zdarzyło się w środku.

Taki właśnie gabinet zbudowany został za pomocą bogatej scenografii. Zawiera wszystko, co niezbędne do rozegrania dramatu, czyli meble oraz książki, jak również elementy raczej niepotrzebne, jak okno z widokiem na ulicę. Chwilę po zapaleniu światła na scenie poznajemy właściciela opisanego pomieszczenia - nierzucającego się w oczy profesora w średnim wieku, który spodziewając się awansu, właśnie dokonał zakupu domu. Po chwili jego spokój burzy studentka, zwykła dziewczyna szukająca pomocy w zaliczeniu przedmiotu. Wykładowca, mimo że zajęty, decyduje się wyjaśnić jej niezrozumiałe fragmenty swoich wywodów, nawet jeśli miałoby to oznaczać kolejne spotkania. Z początku wszystko idzie świetnie, ona notuje, on mówi. Niestety dziewczyna nadal nie rozumie i zaczyna ją to irytować, do tego widzi, że profesor się spieszy i chętnie by się jej pozbył. Wzburzona wychodzi, aby wrócić po jakimś czasie z większą pewnością siebie i oznajmić zdziwionemu profesorowi, że wniosła oskarżenie o molestowanie seksualne. Wykładowca czyta na głos jej zarzuty i nie może się im jednoznacznie sprzeciwić, ponieważ dziewczyna użyła jego prawdziwych wypowiedzi, zmieniając tylko ich kontekst. W tym momencie zaczyna się gra między nimi, mająca na celu nakłonienie studentki do wycofania oskarżenia.

Sytuacja jest niezwykle ciekawa. Otóż obserwujemy cały czas jedynie dwójkę bohaterów w tym samym pomieszczeniu, jednak relacje między nimi zmieniają się niezwykle szybko. Początkowa przewaga profesora przekształca się w jego wielką przegraną. Z pana decydującego o "być albo nie być" tysięcy studentów nagle sam staje się błagającym o litość osobnikiem. I to błagającym kogo? Właśnie tę, nad którą sam miał władzę. Ona napawa się jego klęską, ale w zasadzie gotowa jest pójść na pewne ustępstwa. Warunków ugody wykładowca nie jest w stanie zaakceptować, czym ostatecznie wygrywa, pokazując, że potrafi pogodzić się z utratą stanowiska, nie pozbawiając się swoich przekonań.

Tak skonstruowany tekst nie wymaga specjalnej obróbki, ale żeby w pełni zagrała relacja między bohaterami musi zaiskrzyć także między aktorami, tutaj niestety nie udało się tego osiągnąć. W rezultacie obejrzeliśmy przedstawienie o tym, że wszystko jest pozorne, a powodzenie oraz sukces chwilowe, i w każdej chwili mogą nam zostać odebrane. Trochę za mało odkrywcze jak na pointę.

Marcelina Nowakowska / Teatralia Kraków / 7 czerwca 2011