<- realizacje:

 

 

Teatr Barakah, Kraków

Andrzej Sadowski

Sąsiedzi

 

Reżyseria, scenografia: Andrzej Sadowski

Współpraca muzyczna: Małgorzata Tekiel

 

Obsada:

Katarzyna Galica, Konrad Hanas, Wojciech Leonowicz, Jacek Wojciechowski

 

Premiera: 27 marca 2015, Teatr Barakah, Kraków


 

Odkrywanie tajemnic cudzego podwórka.
Krakowski Teatr Barakah uczcił Międzynarodowe Święto Teatru prapremierą „Sąsiadów” – sztuki napisanej i wyreżyserowanej przez Andrzeja Sadowskiego. To bardzo polski spektakl – nie tylko ze względu na temat skomplikowanych sąsiedzkich relacji. U Sadowskiego pojawia się problem możliwości wypowiedzenia swoich uczuć i myśli w taki sposób, by w wyniku wymiany narracji mogło dojść do jakiegoś porozumienia. Zgoda jest warunkiem społecznej homeostazy. W „Sąsiadach” równowaga jest jednak chwiejna. Można przedstawić ją jako sinusoidę, w której ruch postępujący przybiera postać fali wzlotów i upadków, ale pewnym momencie zaczyna biec prosto – zupełnie jak linia ze szpitalnego respiratora oznaczająca śmierć.
Niewielka scena teatralna w Barakah została podzielona na pół – po lewej znajdował się dom Oli i Maćka – młodego małżeństwa, które postanowiło przenieść się na wieś; po prawej – dom Stefana i Michała – jego syna. Stefan (Jacek Wojciechowski) zajmuje się gospodarstwem, od śmierci żony wychowuje syna samotnie; jest towarzyski, gadatliwy i nachalny, nadużywa alkoholu i wulgaryzmów, zdarza mu się być agresywnym wobec syna oraz sąsiadów. Pojęcie prywatnej własności jest mu zupełnie obce. Korzysta z wody na działce Oli i Maćka (nie posiada w domu kanalizacji), kradnie drewno z ich lasu i śliwki z drzewek owocowych. Tych kilka faktów wystarcza reżyserowi do zbudowania wyrazistej postaci scenicznej i spójnej narracji wokół niej. Stefan to jednoznacznie postać negatywna, choć na początku wydaje się zupełnie niegroźnym wiejskim gospodarzem, któremu po prostu brakuje towarzystwa. Okazuje się typem natręta, który narzuca się wraz ze swoją narracją, będącą w gruncie rzeczy „zagadywaniem” własnych frustracji i lęków. Trzeba pamiętać, że te narracje mają charakter towarzyski, dotyczą codziennych spraw (hodowla królików, kłopoty finansowe, wychowanie Michała). Stają się dla Oli i Maćka uciążliwe. Widzowie są jednak świadkami wytworzenia się szczególnej relacji miedzy sąsiadami – to relacja, której spoiwem jest rodzący się stopniowo resentyment.
Granica między domem młodego małżeństwa a domem Stefana i Michała nie jest w spektaklu zaznaczona – narracje przepływają więc płynnie, co podkreśla towarzysząca im od czasu do czasu muzyka. Sadowski zastosował ciekawy inscenizacyjny zabieg. Po obu stronach sceny znajdowały się mikrofony i gitary. Bohaterowie „Sąsiadów” mogli podejść do mikrofonu, zagrać i zaśpiewać. Z jednej strony ten sposób wyrazu świetnie wpisywał się w lekki (jednak jak się okaże pod koniec sztuki – lekki tylko z pozoru), dowcipny ton spektaklu; z drugiej wskazywał na zasadnicze oddzielenie narracji bohaterów, autonomiczność i autorytarny (to znaczy nie inicjujący dialogu lub lekceważący odpowiedź) charakter ich wypowiedzi – to rozdzielenie najlepiej określają słowa Oli (Katarzyna Galica), które pojawiły się w scenie konfrontacji piosenek Maćka i Stefana (piosenki zastąpiły sąsiedzką kłótnię) – „każdy mówi za siebie”. Naturalny, dialogowy tok spektaklu został uzupełniony indywidualnymi występami bohaterów. Ten moment wyjścia na przód sceny, pojawienia się przed mikrofonem w blasku reflektorów jest symboliczny – to rodzaj projekcji pragnienia bycia widzianym i wysłuchanym, uzyskania czyjegoś zainteresowania i uwagi. W dialogu granice prywatności, które bohaterowie starają się dokładnie wykreślić i utrzymać, zaczynają się rozmywać, przesuwać. „Występ” natomiast ustanawia je na nowo, ponieważ do głosu dochodzi jednostka, władczy podmiot i – jednocześnie – przedmiot narracji.
Nie wszyscy bohaterowie mogą jednak zabrać głos. Milczącym obserwatorem zdarzeń jest Michał (Konrad Hanas) – syn Stefana. Chłopak stracił matkę w wieku sześciu lat, mieszka sam z ojcem, niewiele się odzywa, dobrze się uczy i nie pije alkoholu. Cisza, która panuje w domu, drażni Stefana, wzbudza w nim agresję. Granica między ojcem i synem jest wyraźna - nie znajdują wspólnej płaszczyzny porozumienia. Michał zamyka się w sobie – ten gest odmowy interakcji jest dla Stefana niezrozumiały; brak interakcji oznacza nieporozumienia. Syn pełni w spektaklu funkcję obserwatora oraz – jak się okaże – tego, kto rozstrzygnie spór między sąsiadami i wyda wyrok. Spektakl kończy piosenka Michała – chłopak śpiewa tylko jedną frazę: „Mam dziurę w głowie”.
Tę „dziurę” można uznać za pseudonim braku. Michałowi brakuje szacunku ojca i poczucia bezpieczeństwa, jakiegoś rodzaju normalności, spokojnej codzienności bez kłótni i awantur. W obu rodzinach problemem staje się zbudowanie domu jako stabilnej, emocjonalnej wspólnoty. Więź Oli i Maćka jest silna, ale również naznaczona jakimś rodzajem braku – nie mają dzieci, prawdopodobnie któreś z nich jest bezpłodne. Co istotne, tych dwoje nie rozmawia ze sobą o tej kwestii – to Stefan przypomina im, że każde małżeństwo powinno ugruntować związek poprzez spłodzenie potomka.
Ingerencja z zewnątrz zaburza homeostazę domu. Stosunki sąsiedzkie komplikują się coraz bardziej, obserwujemy, jak napięcie między bohaterami rośnie, jak sytuacja staje się coraz bardziej mroczna i niepewna. Linia fabularna rozwija się płynnie, nie ma niekonsekwencji, sedymentacyjny rytm spektaklu zostaje konsekwentnie utrzymany (konflikty nawarstwiają się, a sąsiedzka relacja komplikuje). Maciek (Wojciech Leonowicz) stara się ograniczyć kontakty z sąsiadem, zaczyna prowadzić swoistą „zimną wojnę” przeciw Stefanowi (stawia płot, zakłada kamery). Sąsiad interpretuje te gesty jako rodzaj ataku, dowód separowania się od tego, co nazwać można sąsiedzką wspólnotą, której jednym z wyznaczników (wg Stefana) jest dzielenie się przestrzenią, swobodny dostęp do czyjejś własności, czyjegoś świata. Kwestia dostępu jest w „Sąsiadach” podstawowa – co wiemy tak naprawdę o ludziach mieszkających obok? Jak szybko zostaną ujawnione zamknięte za drzwiami tajemnice? Czy wiedza, którą zdobywamy poprzez obserwację (a właściwie podglądactwo), jest miarodajna?
Cudze podwórko to rodzaj kompleksu – chcemy wiedzieć, co dzieje się u innych, porównać swoją sytuację z sytuacją sąsiadów, porozmawiać. Zaniechanie interakcji nie jest możliwe – to naturalna potrzeba, potęgowana dodatkowo obecnością kogoś, z kim da się nawiązać jakąś relację. W przypadku „Sąsiadów” okazuje się jednak, że istnienie pewnych granic prywatności jest konieczne. Wyrozumiałość, która charakteryzuje Olę i Maćka, zostaje wystawiona na próbę. Stefan zawsze pozostanie kimś obcym; kimś, kto wraca do swojego domu i zaczyna zachowywać się w inny sposób. W relacji między sąsiadami zawsze istnieje jakiś element niepewności, wynikający z niewiedzy, której figurą są zamknięte drzwi. W spektaklu Sadowskiego tego elementu wyposażenia domu nie ma – tu granice są bardziej wirtualne, ulokować je możemy wewnątrz sąsiadów, są one związane z ich problemami, tajemnicami, frustracjami, lękami. Ten właśnie splot różnych prawd, półprawd i przemilczeń „podglądamy” w „Sąsiadach”.
Istnieje takie miejsce, gdzie za podglądanie nie grozi żadna kara – tym miejscem jest teatr. I właśnie o takiej – „inwigilacyjnej” – funkcji sztuki scenicznej mówił w swoim orędziu z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru Krzysztof Warlikowski. „Zaglądać tam, gdzie patrzenie wzbronione”. Warlikowski projektuje teatr zaangażowany w widzenie, to znaczy zainteresowany odkrywaniem nowego, eksplorowaniem miejsc i sytuacji objętych tabu, dokładnie przyglądający się przedmiotowi swojej uwagi, podchodzący do niego krytycznie, refleksyjnie, przekraczający symboliczne granice, wykorzystujący kreacyjny potencjał transgresji. Spektakl Andrzeja Sadowskiego właśnie ten typ refleksji uruchamia – widzowie mają okazję przyjrzeć się tworzeniu i zmianom relacji między sąsiadami; stają się poznającymi podglądaczami, którzy na mocy prawa nadanego im przez sztukę, mogą podglądać i poznawać dopóki spektakl trwa.
Klaudia Muca / Teatr dla Was

link do źródła: http://teatrdlawas.pl/spektakle/2112-sasiedzi

 


 

 

Najlepszy, najlepsza, najlepsi w sezonie 2014/2015.

Po raz dwudziesty piąty redakcja "Teatru" zaprosiła krytyków do wzięcia udziału w ankiecie podsumowującej ubiegły sezon teatralny.

Kategoria - najlepsze przedstawienie offowe:

KALINA ZALEWSKA "Ony" Marty Guśniowskiej w reż. Daniela Adamczyka w Czytelni Dramatu w Lublinie; "Sąsiedzi" Andrzeja Sadowskiego w T. Barakah w Krakowie
JACEK SIERADZKI "Ony" Marty Guśniowskiej, Czytelnia Dramatu, Lublin; "Sąsiedzi" Andrzeja Sadowskiego, T. Barakah, Kraków

 


 

Po sąsiedzku (Sąsiedzi)

Ostatnimi czasy trochę zapomniany motyw sąsiedztwa wraca do łask jako nośny temat filmów i spektakli, nie tylko w Polsce. Wystarczy przywołać głośny obraz Grzegorza Królikiewicza Sąsiady, wzbudzający sporo kontrowersji. Twórcy najnowszego przedstawienia w Teatrze Barakah również biorą na warsztat relacje ludzi połączonych jedynie miejscem zamieszkania, pokazując jak niełatwe bywa ułożenie poprawnych stosunków z obcymi osobami. Szczególnie jeśli trafi się na jednostki niezwykle trudne w pożyciu.
Ponoć dzielimy się na tych, którym zależy na kontaktach z sąsiadami oraz tych mających je w głębokim poważaniu. Różne mogą być przyczyny tak odmiennego podejścia. Brak czasu, stabilizacji, stresująca praca, częste przeprowadzki nie pomagają w budowaniu relacji z ludźmi nieraz całkowicie nam obojętnymi, lub wręcz działającymi na nerwy. Życie w wielkim mieście sprzyja raczej zaszywaniu się w mieszkaniach bez mówienia „dzień dobry” komukolwiek w budynku. Są jednak miejsca, gdzie odcięcie się od drugiego człowieka nie jest takie proste. Ola i Maciek to bezdzietne z wyboru małżeństwo, które z dużego miasta przeprowadza się do wielkiego domu na wsi. Nie wiadomo, co spowodowało podjęcie takiej radykalnej decyzji, ale z pewnością nie była to chęć zacieśnienia stosunków z otoczeniem.
Las, spora ilość ziemi i pokaźny metraż nowego lokum gwarantują odcięcie od wścibskich spojrzeń oraz umożliwiają zaszycie się tylko we dwoje we własnym gniazdku. Niestety, jak się okazuje, jedynie pozornie. W domu obok mieszka bowiem Stefan, który nie ma bieżącej wody, więc korzysta kilka razy dziennie z dobroci nowych lokatorów, a tak się składa, że najkrótsza droga na jego teren prowadzi przez ich podwórko. Młodzi nie chcą być nieuprzejmi w stosunku do sąsiada, szczególnie dlatego, że ten początkowo zachowuje się niezwykle przyjaźnie. Jednak jedno wyjątkowo upalne lato wystarczy, aby sytuacja zmieniła się diametralnie. Fabuła tej opowieści jest dosyć prost, a zwroty akcji mimo że pozornie zaskakują, nie wykraczają poza banalną historię, pełną klisz. Budowanie napięcia od samego początku sugeruje, że wydarzy się tragedia, nie wiadomo jedynie, jaka konkretnie.
Nie oznacza to wcale, że spektakl ogląda się źle. Wręcz przeciwnie. Opowieść przepełniają absurdalny humor oraz mięsiste dialogi, które w ustach aktorów nabierają zupełnie nowej  jakości. Całość zagrana jest bardzo dobrze, mimo ciężkiej tematyki lekko oraz zabawnie, chociaż nie udaje się uniknąć sztampowych chwytów, szczególnie w wykonaniu panów. Spektaklowi z pewnością pomaga inscenizacyjny minimalizm, umowność scenograficzna, ograniczenie rekwizytów do tych absolutnie niezbędnych. W tak przedstawionym świecie uzasadniona wydaje się obecność lektora/ narratora, który w zabawny sposób opowiada nam okoliczności poszczególnych sytuacji. Świetnym pomysłem okazują się piosenki, stworzone z tekstów dramatu, bardziej melorecytowane niż śpiewane, niemniej jednak z lekkością wykonywane przez aktorów. Muzyczna kłótnia Macieja i Stefana na długo zostaje w pamięci. Gra na gitarach stanowi czasem dodatek do scen jak również ich podstawowy element. Staje się też atrybutem syna Macieja, małomównego Michała, który dzięki instrumentowi uzyskuje możliwość wypowiadania się bez słów. Podsumowując, Sąsiedzi to sprawnie zrealizowany spektakl, niemający ambicji zostania arcydziełem, choć nawiązujący delikatnie do antycznej tragedii, gwarantujący miłośnikom czarnego, nietypowego humoru rozrywkę na bardzo dobrym poziomie.
Marcelina Nowakowska  / teatralia..com.pl

link do źródła: http://www.teatralia.com.pl/po-sasiedzku/

 


 

Chłopy, lato, wieś
"Sąsiedzi" Andrzeja Sadowskiego w reż. autora w Teatrze Barakah w Krakowie. Pisze Maciej Stroiński na blogu Teatr jest cute.
Placówka teatralna w centrum, ale poza Ringstrasse, NA KAZKU, ale w części niehipsterskiej, w szczerym i dosłownym undergroundzie. Off-Kazek, a wobec Rynku, to off-off-Rynek. Tematem ich nowej premiery jest true grit, tzn. true męstwo. Przedstawienie ma tytuł "Sąsiedzi" i jest do schrupania. Stołeczna parka lemingów, pan uczony i pani nauczycielka: chcą wrócić do źródeł, robią transfer na wieś i mają, co chcieli. Ale nie JAK chcieli. Natura - spokastik, ale zaraz w twarz? Jednak true jest true, więc trzeba było myśleć wcześniej. Ich sąsiad-autochton, nosiciel wspomnianego MENstwa, jest lokalną okolicznością przyrody, czyli "co mu zrobisz". Jara, a nie pali, chodzi w robociarskich ogrodniczkach, całe lato w jednych, alko sączy ze słoika, puszcza obciachowe beaty, "pedalstwa" nie ceni, nie ma żadnej tam hip brody, tylko jest nieogolony, brzydko się wyraża ("w sroc", "za damski chuj robię" i w ogóle dużo celnej mowy nienawiści), jest zawzięty, ma ciężką rękę i lepkie palce. Asertywność nie jest seksi i on nie jest asertywny. Autentyczny wsiowy luj, Stanley Kowalski na 100%, choć nie w Nowym Orleanie. Trzeba dodać, że jest wdowcem, pięknie śpiewa, pięknie płacze, kocha syna, nadal, jak zapewnia, MOŻE i jest w nim poezja, w spojrzeniu (nie w obejściu!) ma wdzięk mister Batesa z "Downton Abbey", a na imię Stefan. I jak go nie kochać! TYPAS rajcowniejszy od miejskiego wykształciucha, który w miarę atrakcyjne ma tylko czerwone spodnie, a na imię Maciej. Daj dwóch takich obok siebie, pomiędzy kobieta, i masz walkę klas. Walczą np. na songi. Miks Brechta z hip-hopem. Scenka freestyle battle, tzn. bitwy na dissy - szał pały. TYPOWI faceci, co nie sprawia, żeby bohaterka, jedna w całym przedstawieniu, była prostym "dopełnieniem" panów, tzn. paniusią. Teatr społeczny nierewolucyjny, z konfliktem klasowym jako faktem po prostu, zdąży się wypowiedzieć i o wierze, i o orientacji. BARDZO dobre aktorstwo realistyczne, bez zadęcia, bez przegięcia: Katarzyna Galica, dawniej ze Słowaka, teraz bardziej z telewizji, Wojciech Leonowicz z Bagateli, Jacek Wojciechowski z Ludowego i Konrad Hanas, chyba teatralny kot, w sensie debiutuje. Nikt się nie rozbiera, a jest intymnie. Dialogi wychodzą naturalnie również dlatego, że tak były napisane. Nie ma happy endu! Za to - "opad szczęki" end. Serio byłem w szoniu. A żeby nie samo miodzio, to pofuczmy chociaż trochę: dzisiaj "docentów" to już nie mianują. Więc albo sztuka się dzieje, kiedy mianowali, albo skucha. Plus jest to niecute, że co druga rzecz z Baraki toczy się na tle kafelków, które tu były, zanim był tu teatr.
**
Maciej Stroiński
www.teatrjestcute.pl
Link do źródła

 


 

Zło czai się za rogiem.

Sąsiedzi Andrzeja Sadowskiego na scenie Teatru Barakah to jedno z tych przedstawień, których zaczynamy się bać, ponieważ w pewnym momencie staje się pewne, że zło nadejdzie. Nie wiemy tylko, kiedy i w jakiej postaci.
On, ona, nowy dom na wsi, spokojne życie z dala od zgiełku miasta. I nagle ten, który zaburza upragnioną idyllę – sąsiad. Sympatyczny, ale natrętny. Jeszcze w pierwszych scenach spektaklu wydawać się może, że do czynienia będziemy mieć z komedią obyczajową z jakimś skomplikowanym układem miłosnym w tle. To oczywiście błędny trop. Akcję swej sztuki Sadowski prowadzi bowiem w zupełnie innym kierunku, który – mimo groteskowej oprawy – okazuje się mroczny i złowieszczy.

To ciemne oblicze wsi w Sąsiadach wyłania się stopniowo, poniekąd wyczuwamy je podskórnie w następujących po sobie scenach – z pewnością jednak nie zapowiada go część wstępna. Jeszcze przed rozpoczęciem przedstawienia możemy oswoić się z zaprojektowaną przez reżysera przestrzenią gry, choć umieszczone na scenie rekwizyty właściwie dopiero po objaśniającym komentarzu narratora (głos z offu) zaczynają odsyłać do konkretnych miejsc akcji. Stół i krzesła po lewej symbolizują wnętrze nowego domu Oli i Maćka; dwa leżaki na środku to ich ogród; biedny stolik po prawej i kilka ustawionych na nim słoików to dom sąsiada – mieszkającego wraz z synem Stefana. W tej ostatniej przestrzeni usytuowany jest jeszcze młody chłopak z gitarą – od początku wydaje się nieobecny, skupiony wyłącznie na grze i powtarzanej jak mantra tej samej frazie muzycznej. Po chwili na scenie pojawiają się Maciek (Wojciech Leonowicz) i Ola (Katarzyna Galica) – publiczności przedstawiają się w songach. Są małżeństwem z dziesięcioletnim stażem, on pracuje na uczelni, ona właśnie zwolniła się ze stanowiska bibliotekarki, by pracy poszukać w miejscowej szkole. Są młodzi, cechuje ich nowoczesny sposób myślenia i bycia, jednakże zmęczeni miejskim wyścigiem postanawiają przeprowadzić się na wieś. Właśnie kończą remont nowego domu. Ich sąsiad Stefan (Jacek Wojciechowski) wkracza na scenę w zielonych roboczych ogrodniczkach – jego skromne gospodarstwo graniczy z działką Oli i Maćka, zatem po sąsiedzku pomaga im w pracach remontowych. Podczas pierwszej wizyty w domu Maćka i Oli chętny do pomocy Stefan jawi się jako prosty, dobroduszny wdowiec, samotnie wychowujący syna Michała (Konrad Hanas). Na swój los uskarża się w ckliwej, melancholijnej pieśni o zmarłej żonie, narzekając przy tym na brak pożytku z małomównego, zamkniętego w swoim świecie syna (chłopak z gitarą z pierwszej sceny). Jego historia porusza szczególnie Olę, która stara się nawiązać ciepłe relacje z sąsiadami i mimo sprzeciwu męża przyjmuje zaproszenie na urodzinowego grilla. Ogrodowa impreza, zakrapiana zresztą alkoholem, stanowi punkt zwrotny w akcji dramatu i ujawnia pierwsze skrywane przez Stefana tajemnice…

Andrzej Sadowski jako autor i reżyser sztuki nie tylko zaproponował intrygujący temat, ale znalazł też ciekawą formę jego prezentacji. Główną linię narracyjną, opartą na rozgrywanych w realistycznej konwencji scenach i dialogach, uzupełniają songi, w których aktorzy zwracają się wprost do widza – wciąż jednak w imieniu swych postaci. O ile pierwsze piosenki mają charakter przedstawiający (aktorzy prezentują w nich swoich bohaterów oraz kreślą sytuację wyjściową), o tyle kolejne stanowią już wyraz konkretnych emocji związanych z zaistniałym konfliktem między sąsiadami. Poczciwie wyglądający Stefan przestaje być bowiem miły, kiedy sąsiedzkie relacje zaczynają układać się nie po jego myśli. Największy gniew wzbudza w nim ogrodzenie, jakie Ola i Maciek stawiają między działkami – Stefanowi uniemożliwia to swobodne korzystanie z wody sąsiadów, „pożyczanie” rozmaitych rzeczy z sąsiedniego podwórka, a także podrywanie Oli pod nieobecność Michała. Pozornie błahy sąsiedzki konflikt przekształca się w zaciekłą walkę o przetrwanie, zaś nieobliczalne zachowanie Stefana z każdą sceną budzi coraz większy niepokój. W pewnym momencie wiemy już, że dojdzie do tragedii, nie wiadomo tylko, kto stanie się ofiarą.

W kameralnej sztuce Sadowskiego punkt ciężkości od początku spada na barki aktorów, zaś ich sceniczna aktywność staje się podstawowym środkiem wyrazu. Dodatkowym wyzwaniem jest konieczność balansowania między naturalistycznym sposobem gry (sceny dialogowe prowadzące właściwą akcję przedstawienia) a nieustannym rozbijaniem scenicznej iluzji podczas wykonywania songów. Aktorzy doskonale radzą sobie jednak z tym zadaniem, sprawnie i dynamicznie przechodząc z jednego porządku w drugi – nie tracąc przy swej scenicznej wiarygodności.

Rodzaj napięcia, jaki udaje się wytworzyć Sadowskiemu, przypomina trochę inną mroczną historię wiejską – Drogę śliską od traw. Jak to diabeł wsią się przeszedł Katarzyny Dworak i Pawła Wolaka. Sam Stefan z Sąsiadów roztacza wokół siebie podobną aurę, jaką emanował bohater legnickiego spektaklu, recydywista Bogdan – wywołując w widzach rodzaj strachu przemieszanego z lekkim współczuciem. Siłę oddziaływania krakowskiego spektaklu zwiększa z pewnością sam Wojciechowski, który, kreując rolę wiejskiego cwaniaczka z problemami alkoholowymi i skłonnościami do agresji, jest nadzwyczaj naturalny.

W spektaklu Sadowskiego emocjonalną gęstość i ciężkość atmosfery rozładowują jednak songi, które mają charakter groteskowy, a nawet absurdalny. Poprzez wykonywane na żywo utwory wokalne aktorzy szukają na widowni sojuszników dla swych postaci – w finałowym starciu Maćka i Stefana, kiedy wszyscy „mają powiedzieć to, co naprawdę myślą”, Maciek z satysfakcją wielkiego odkrywcy kilka razy śpiewa o tym, że w sklepie powiedziano mu, iż to Stefan psychicznie wykończył swoją żonę. Odpowiedź Stefana na zarzuty sąsiada jest dosadna i zwięzła – kwituje je piosenką z powtarzającym się zwrotem „Maciek to buc”. Mimo absurdalnych i humorystycznych przerywników muzycznych, dystansujących widza do przedstawianej historii, sztukę Andrzeja Sadowskiego czytamy jako tragiczną, a biorąc pod uwagę ostatnią scenę, w której decydującą rolę odegra milczący do tej pory Michał, syn Stefana, można powiedzieć, że jest to również opowieść demoniczna.

Magdalena Figzał / teatralny.pl

link do źródła >http://teatralny.pl/recenzje/zlo-czai-sie-za-rogiem,1046.html

 


 

Sami nieswoi
W lewym kącie sceny siedzi chłopak i do momentu, w którym publiczność zajmie miejsca na widowni, gra na gitarze, powtarzając ciągle te same takty – jak okaże się w trakcie spektaklu, jest to lejtmotyw „Sąsiadów”. Widownia umieszczona została w sposób tradycyjny – na wprost przestrzeni scenicznej. Trzy ściany sceny wyłożono starymi, popękanymi kafelkami. Na środku sceny ustawione są dwa leżaki. Po prawej stronie znajdują się krzesła oraz okrągły stolik, po lewej dwa taborety i stół, na którym jest kilka przeźroczystych słoików. Nad całością góruje głos narratora, który co jakiś czas komentuje akcję przedstawienia bądź informuje widownię między innymi o tym, w jakim dniu odbywa się dana akcja spektaklu. To od niego publiczność dowiaduje się, że środek oraz prawa strona sceny to taras Oli i Maćka, natomiast rekwizyty ustawione po prawej stronie symbolizują wnętrze domu Stefana i Michała.
Akcja „Sąsiadów” obejmuje dwa miesiące i rozgrywa się na jednej z polskich wsi. Bohaterami jest para sąsiadów: młode małżeństwo, które sprzedało swoje lokum w mieście i właśnie wprowadziło się do nowo wyremontowanego domu na prowincji, oraz Stefan – wdowiec, rdzenny mieszkaniec wsi – i jego syn Michał. Oprócz Michała bohaterowie sami przedstawiają się publiczności – mówią między innymi czym się zajmują, gdzie pracują. Każda postać spektaklu jest niczym jeden z czterech żywiołów wszechświata. Maciek to ziemia – spokojny, zrównoważony mężczyzna, który zna zasady savoir vivre. Ola, jego żona, jest jak żywioł wody – opiekuńcza, czuła, z wielką intuicją. Michał to powietrze (choć jego charakter tylko w połowie odwzorowuje oblicze tego żywiołu) – posiada zdolność koncentracji, prowadzi spokojny tryb życia, ale w pewnych sytuacjach potrafi się unieść gniewem i przeciwstawić innym osobom. Stefan jest niewątpliwie jak ogień – porywczy, agresywny, despotyczny.
„Sąsiedzi” to spektakl o mentalności ludzi, ich zachowaniach w stosunku do „obcego” elementu, niepasującego do danego społeczeństwa. Obcy burzy porządek grupy społecznej oraz ich przyzwyczajenia do pewnych zachowań. To spektakl o odwiecznym konflikcie mieszkańców miasta z prowincją. Stefan jest przedstawicielem wsi, przywykłym do swobodnego przebywania na cudzym polu, pożyczania na długoterminowy okres narzędzi czy pozostawiania przyczepy samochodowej na cudzym podjeździe. Maciek jest typowym panem z miasta, niezwykle ceni sobie prywatność i przestrzeganie pewnych moralnych zasad. Ola próbuje przystosować się do reguł panujących na prowincji i żyć w zgodzie z nowym sąsiadem, zasymilować się do wiejskiego porządku. Michał, małomówny chłopak będący pod rygorem ojca, próbuje zaprzyjaźnić się z Olą.
Scena nie została wyraźnie podzielona na dwie sąsiadujące chałupy – aktorzy swobodnie poruszają się po całej przestrzeni scenicznej, a publiczność na bieżąco informowana jest przez narratora, gdzie obecnie znajdują się bohaterowie. Akcja spektaklu jest energiczna – przejścia pomiędzy scenami-dniami są płynne. Zakończenie jednej sekwencji następuje często w momencie krytycznym – na przykład nierozwiązanej kłótni – dzięki temu widownia nie jest znudzona przedstawieniem. W „Sąsiadach” nie brakuje także momentów zwolnienia tempa gry – zazwyczaj dzieje się to w scenach rozmów małżeństwa bądź Oli z Michałem. Zabieg ten wycisza i uspokaja żwawą akcję spektaklu, wydaje się, że unaocznia też publiczności przyjazne stosunki tych dwóch par. Ze scenami tymi kontrastują momenty rozmowy trójki (bez Michała) bądź czwórki bohaterów.
Ważnym elementem „Sąsiadów” jest muzyka, grana na żywo przez aktorów. Na przedzie sceny, na przeciwległych stronach, ustawione są mikrofony. Najczęściej aktorzy ustawiają się parami przy dwóch mikrofonach i w rytm lejtmotywu mówią lub śpiewają. Zazwyczaj w tych momentach zdania się rymują, co dodaje lekkości wypowiedziom. Piosenki są komentarzami do akcji spektaklu, publiczność dowiaduje się także za ich pośrednictwem o wzajemnych stosunkach postaci – głównie Stefana i Michała.
Tekst Andrzeja Sadowskiego jest śmieszny i błyskotliwy. W połączeniu ze świetną grą aktorską – przede wszystkim komiczną kreacją Jacka Wojciechowskiego – „Sąsiedzi” są spektaklem lekkim, wprowadzającym publiczność w dobry humor. Michał zaczyna wyznaczać granice znajomości ze Stefanem – prosi go o usunięcie jego przyczepy spod ich podjazdu czy o oddanie narzędzi pożyczonych bez pytania. Dla mieszkańca wsi jest to nowa sytuacja, która nie pasuje do jego dotychczasowego stylu życia. Stefan staje się coraz bardziej porywczy i agresywny wobec sąsiadów, co potęguje się w każdej następnej scenie-dniu. Zabawne i rymowane piosenki rozładowują napiętą akcję spektaklu, widz nie może jednak uniknąć pojawiającej się refleksji na temat autentyczności sytuacji, przytoczonych przez Sadowskiego.
Wraz z rozwojem akcji zdarzenia w spektaklu stają się coraz bardziej absurdalne. Na początku przedstawienia Stefan wycina drzewo stojące na polu sąsiadów, ale w ostatniej scenie to oni dostają wezwanie do zapłaty za usunięcie drzewa bez zgody gminy.
Andrzej Sadowski prowadzi akcję spektaklu w sposób przemyślany. Na początku Stefan jest ulubieńcem widowni, jednak w trakcie przedstawienia stosunek publiczności wobec niego zmienia się, a w finalnym rozrachunku bohater jawi się jako bezduszny mężczyzna, ślepo wierzący w swoje racje i prawa. Jego zaślepienie na pewne sprawy nabiera dosłownego znaczenia. Michał, który pod koniec spektaklu zaczyna przeciwstawiać się ojcu, w ostatniej scenie „Sąsiadów” przynosi Oli gałki oczne Stefana.
Teatr dla Was / Beata Kustra

link do źródła: http://www.teatrdlawas.pl/recenzje/4232-sami-nieswoi

 


 

Jacek Wojciechowski [zwycięstwo]
W niedalekim od sceny na Sarego Teatrze BARAKAH aktorzy też biorą instrumenty i to, co ważne dla postaci, dopowiadają muzyką. To dobry patent, zwłaszcza gdy postać jest złożona. W świetnej opowieści Andrzeja Sadowskiego „Sąsiedzi” gra brata-łatę, uczynnego i jowialnego. Takiego do rany przyłóż, któremu wybacza się lekkie buractwo w imię poprawnych i dobrze rokujących stosunków sąsiedzkich, a potem robi się już za późno na zwracanie uwagi – bo przecież było tak miło – kiedy dobrosąsiedztwo zmienia się w natręctwo, a sympatia w obrażalstwo. Jego portret jest fenomenalnie podpatrzony – z całym aparatem wkradania się w łaski sąsiada, z fałszywą przymilnością skutecznie neutralizującą pretensje, z grą na wmawianie partnerowi poczucia winy przy narastającym konflikcie. A wreszcie z cichym, bez podnoszenia głosu, zawiadomieniem: chciałem być fajny, nie umieliście tego docenić, a teraz nie mam wyjścia, muszę dać wam po pysku. Psychologiczno-obyczajowa celność tego obrazka jest zniewalająca; niech ktoś powie, że nie przeszedł czegoś takiego w realu. W teatrze może się już tylko z tego i z siebie śmiać.
Jacek Sieradzki / Subiektywny spis aktorów teatralnych

 


 

Sadowski złapał nas w pułapkę: żadna to komedia obyczajowa, żaden lament o fałszywej Arkadii, ale pełna goryczy opowieść o niemożności wygrania z ludzkim potworem. Ta historia musi skończyć się tragedią, bo nie ma możliwości, by skończyła się dobrze. W spektaklu następuje w końcu jakiś akt sprawiedliwości, ale nie czujemy się po nim dobrze. Bo to krok w jeszcze większy mrok, pochodzący z innego porządku zła. Przaśne, swojskie zło rodzi zło niewyobrażalne. I to jest to, co zasłonięte.
Łukasz Drewniak / teatralny.pl

link do źródła: http://teatralny.pl/opinie/k86-zasloniete,1337.html

 


 

Sztuka Andrzeja Sadowskiego „Sąsiedzi” to zgrabnie napisana, wyreżyserowana i zagrana opowieść o relacjach ludzi, którzy nie zawsze muszą się lubić, ale powinny się tolerować. Uświadamiamy sobie, że pomimo tego, że izolacja społeczna i ogólna znieczulica jest zła, to zaznaczyć granice prywatności jest bardzo trudne.

Paulina Galisz / kulturatka.pl

link do źródła: http://www.kulturatka.pl/2015/12/30/sasiedzi/

 


 

Wszystkie rodzaje bezsilności
Spektakl zamykający serię konkursowych prezentacji tegorocznej edycji R@Portu, czyli Sąsiedzi w reżyserii Andrzeja Sadowkiego z Teatru Barakah, wywołał spore poruszenie na widowni – wielu widzów wyszło w środku spektaklu. Cóż to znaczy? Zwykło się mówić, że współzamieszkujących daną przestrzeń się nie wybiera. A jednak, zgodnie ze wszystkimi prawami logiki, jeżeli sublokator nam wybitnie nie odpowiada, należy pozostawić go samemu sobie. Schemat fabularny jest dość prosty. Maciej i Ola (Kosma Szyman i Katarzyna Galica), młode małżeństwo, przeprowadzają się z miasta na wieś. Remontują stary dom, starają zagnieździć się w nowym miejscu. Niepokoi ich jednak sąsiad Stefan (Jacek Wojciechowski), wdowiec wychowujący małomównego 17-letniego syna, Michasia (Konrad Hanas). Kobieta dostaje posadę w szkole jako nauczycielka geografii, dzięki czemu nawiązuje bliższy kontakt z chłopakiem. W miarę upływu czasu jego ojciec coraz bardziej zatruwa życie swych sąsiadów, ingeruje w ich życie prywatne, wycina drzewa rosnące na ich posesji i równie regularnie jak bezceremonialnie próbuje wejść w fizyczny kontakt z młodą sąsiadką. Sytuacja gęstnieje, zazdrosny Stefan oskarża Michała o to, że łakomie patrzy na swoją nauczycielkę, choć nie tylko to sprawia, że używa wobec chłopaka przemocy zostawiającej widoczne ślady na ciele syna. Na domiar złego okazuje się, że małżeństwo zostaje wezwane do zapłaty wysokich odszkodowań za ścięte bezprawnie przez Stefana drzewa. W finale, niejako na prawach licencji deus ex machina Michał przynosi Oli wyłupione przez niego oczy ojca, by ten „już tak na nią nie patrzył”. Przestrzeń podzielona została na trzy sektory: po prawej znajduje się dom Stefana, na wprost widowni dwa leżaki reprezentujące ogród, a po lewej stoi stół utożsamiony z domem małżeństwa. Mimo tego dość arbitralnego podziału, zaznaczanego ponadto punktowym oświetleniem, aktorzy chętnie opuszczają scenę, znikając na długo z pola widzenia za czarnymi kurtynami. Wśród rekwizytów znajdują się też gitary, skwapliwie wykorzystywane przez aktorów dla szczególnego podkreślenia widocznie istotnych fragmentów ich wypowiedzi. Rzadko są to jednak konkretne melodie, nawet nie regularna melorecytacja, a wyrzucanie z siebie potoku słów pozbawionego choćby zestrojów akcentowych. Naturalnie samo założenie gitary jest przyczyną nie tylko zaburzenia akcji, ale także wprowadzenia chaosu na scenie. Pod koniec spektaklu obaj sąsiedzi, zwróceni twarzami do widowni używają tych instrumentów, by wyrzucić z siebie fale inwektyw (np. „Maciej, ty bucu”). Powyżej świadomie pozwoliłam sobie na zdradzenie zakończenia, by pokazać ułomność fabularną tekstu – asystują jej zresztą niezręczności językowe wszelkiej maści. Ponadto tekst naraża odbiorcę na dłużyzny, wynikające np. z powtarzania konstrukcji konkretnych scen, jak choćby odwiedziny Stefana w domu Oli pod nieobecność jej męża. Trzeba też powiedzieć, że spektakl ma problemy z odpowiednią dynamiką oraz z konstrukcją postaci, które nie postępują konsekwentnie, jakby powodowane histerycznymi zmianami humoru lub też – jak Michaś – pozostają papierowe, a ich obecność nie wpływa na napięcie dramatyczne oglądanego obrazu. Wszystkie te czynniki sprawiają, że spektakl idzie jak po grudzie, ogląda się go bardzo niekomfortowo. Przedstawienie tchnie stęchlizną, która ma swoje źródło w wielu jego warstwach. Jest za długi, zbyt statyczny, nie oferuje nawet przyjemności ze słuchania wypowiadanych kwestii przez ich kulawość. Najgorsze jest jednak to, że trudno dopatrzyć się jakiejś przewodniej tezy postawionej w Sąsiadach: trochę w nich z makabreski, sporo scenek rodzajowych, ciut z analizy przypadku. Właśnie to jest naczelny problem – inscenizowany tekst nie może się zdecydować, czym jest, przez co środki sceniczne (wyzute zupełnie z jakiejkolwiek inwencji) użyte do przeniesienia go na deski dobierane są zupełnie na ślepo. I jeszcze jedno. Nie chodzi nawet o to, czy spektakl przyciągnął uwagę publiczności czy nie; nie chodzi o liczbę osób opuszczających salę w połowie widowiska. Z jednej strony rodzi się pytanie o zamysł twórcy i realizatora opowiadanej historii, z drugiej – o sens i motywację prezentacji tego rodzaju produkcji na festiwalu, jakim jest R@Port. Do momentu prezentacji spektaklu Barakah stawiałam na dominantę różnorodności, chęć pokazania pewnego przekroju – bo przyznać trzeba, że estetyki kolejnych realizacji nie mają ze sobą wiele wspólnego. Po obejrzeniu tego pokazu – nie mam pojęcia. Sąsiedzi wywołali u mnie złość – to uczucie jest teatrowi nieobce i potrzebne. W tym przypadku jednak gniew wynika z poczucia bycia wyszydzonym, narażonym na zupełne zmarnotrawienie czasu. Nie potrafię znaleźć rzeczy, jaką ten spektakl mógłby dać widzowi. Bo po co nam spektakl, po którym nic nie zostaje? Reżyser i autor tekstu w trakcie spotkania po przedstawieniu powiedział, że jego produkcja to opowieść o złu, które drzemie w każdym z nas, o wytracaniu dyscypliny, o pozwalaniu sobie na coraz to większe uchybienia, które kończą się tragicznie. Jednak, tak po prawdzie, jakie wyjście z tej sytuacji zostaje w tym kontekście zaproponowane? Przedstawienie wyzutego ze szczerego kontekstu obrazu, nawet jeśli żywi się on autentycznymi wydarzeniami, jest stratą czasu. Spektakl Teatru Barakah nie otwiera szerszej perspektywy ani nie buduje jakiejkolwiek sieci powiązań – z historią, kanonicznymi tekstami kultury, socjologią. Jako widzowie stoimy wobec tego faktu zupełnie bezsilni. Jedyne, co możemy, to wyrazić swój sprzeciw.
Joanna Żabnicka /Gazeta festiwalowa Fora Nova – Festiwal Raport 2016/

 


 

Spektakl Teatru Barakah na podstawie tekstu i w reżyserii Andrzeja Sadowskiego jest wydarzeniem, którego obecność na przeglądzie najciekawszych przedstawień na podstawie polskich sztuk współczesnych, delikatnie mówiąc, zadziwia. Na początku może wydawać się, że niektóre mechanizmy dramaturgiczne i reżyserskie zastosowane są w nim po to, by wyśmiać je same i używające je konwencje, z czasem okazuje się, że znajdują swoje miejsce w spektaklu całkiem na serio. Wywołany nimi śmiech szybko staje się więc śmiechem niedowierzającym, ironicznym, panicznym. Bohaterowie co jakiś czas przerywają akcję i zwracają się bezpośrednio w stronę publiczności, by – przy akompaniamencie gitary – śpiewać lub melorecytować prezentację swojej postaci, nakreślić, w którym miejscu fabuły aktualnie się znajdujemy lub wylać swoje żale do tytułowych sąsiadów. Szkoda, że publiczność bierze się pod uwagę wyłącznie zwracając się do niej w tych kilku momentach – spektakl zdaje się nie mieć szacunku dla inteligencji widza. Jego osią fabularną staje się konflikt pomiędzy Olą i Maćkiem, którzy dopiero co wprowadzili się do domu na wsi, a panem Stefanem, prostakiem i złodziejaszkiem, od lat zamieszkującym starą chałupę po sąsiedzku. Podczas spotkania po spektaklu Andrzej Sadowski zdradził, że jeden z jego znajomych spuentował kiedyś spektakl krótkim zdaniem: „każdy ma swojego Stefana”. Niestety, ta recenzja trafia w sedno: jedynym przesłaniem przedstawienia zdaje się być to, że sąsiedzka tyrania to problem uniwersalny, a relacje międzyludzkie zawsze niosą ze sobą niebezpieczeństwo wybuchu konfliktu. Oczywiście nigdy nie ma sytuacji, w której jedna strona byłaby całkiem niewinna, młode małżeństwo też ma swoje za uszami. Ola zbytnio wtrąca się w życie nastoletniego Michała, pod pozorem matczynej troski (przez ojca chłopaka odczytywanej zgoła inaczej) zaczyna dominować nad relacją ojciec (naturalnie bijący swoje dziecko) – syn. Maciek czepia się o głupoty, chociażby zostawiony przez sąsiada na podjeździe ciągnik, wykorzystuje też Pana Stefana, nie płacąc mu zaliczki za (niewykonaną) robotę. Drażni tendencyjność i przewidywalność tekstu oraz jednowymiarowość postaci, szczególnie Stefana – od pierwszej sekundy wiadomo, że jest śliski, wiecznie coś knuje i na pewno doprowadzi to dramatycznego finału, w którym mieszczuchy (trochę przeczuwając zagrożenie, ale nie mogąc zareagować), zostaną przez niego wykorzystane. Niewiadomą była tylko kwestia w jaki sposób się to stanie. Nie obyło się bez zaskakującego zwrotu akcji – chyba nikt z widzów nie spodziewał się, że w finałowej scenie Michał, syn pana Stefana, ukarze ojca za to, że lubieżnie gapił się na piękną sąsiadkę, przynosząc jej w ramach przeprosin wydłubane oczy ojca, po czym chwyci gitarę i zaśpiewa growlem „mam dziurę w głowie”. Po spektaklu podsłuchałam rozmowę dwóch osób zastanawiających się, czy naprawdę z Sąsiadami coś było nie tak, czy nagle spora część widowni musiała wybiec na autobus / SKM-kę w połowie przedstawienia. Być może dla kogoś rzeczywiście nie ma w spektaklu żadnych powodów do wyzłośliwiania się, jaki to on kiepski, co właśnie uczyniłam. Jednak taka manifestacja festiwalowej publiczności chyba o czymś świadczy – jeśli poziom festiwalu wywindowało się całkiem wysoko, naprawdę nie wypada tak dramatycznie obniżać go równie nietrafionymi propozycjami.
Agnieszka Misiewicz /Gazeta festiwalowa Fora Nova – Festiwal Raport 2016/

 


 

XI Festiwal Polskich Sztuk Współczesnych R@Port w Gdyni. Piszą Henryk Tronowicz i Jarosław Zalesiński w Polsce Dzienniku Bałtyckim.

Krakowski Teatr Barakah pokazał satyryczną sztukę obyczajową Andrzeja Sadowskiego "Sąsiedzi". Tekst uzasadnia podejrzenie, że polscy autorzy postanowili ścigać się w dialogach na liczbę użytych wulgaryzmów. Inna rzecz, że makabryczna pointa sztuki ścinała widza z nóg.